W rozmowie z nami Matt z zespołu Zero 9:36 opowiada o tym, skąd wzięła się charakterystyczna nazwa projektu, a także o tym, jak z solowego przedsięwzięcia przekształcił się on w zespół.
Rozmawiała: Marta Antosz
Skąd wziął się pomysł na nazwę twojego projektu muzycznego? Jest ona bowiem bardzo charakterystyczna.
Matt: „Zero” to mój pseudonim z dzieciństwa. A „9:36” to godzina moich urodzin. Przez długi czas był to projekt solowy, aż w końcu przekształcił się w pełnoprawny zespół. Teraz wydaje mi się, że to trochę tak, jak w przypadku Bon Jovi – to jego nazwisko, ale jednocześnie nazwa zespołu.
Skoro, jak sam powiedziałeś, twój solowy projekt przekształcił się w zespół, czym różni się to dla Ciebie jako muzyka?
Matt: To wciąż w sumie ten sam proces twórczy. Teraz mogę po prostu polegać na moim perkusiście, basistce i gitarzyście, jeśli chodzi o rzeczy, o których wiemy, że lepiej sprawdzają się na żywo, albo o te, na które ludzie ogólnie reagują bardziej entuzjastycznie. Oni też mogą pisać partie i robić swoje. Pod względem twórczym jest mi teraz o wiele łatwiej, bo wiem, że zmierzam w dobrym kierunku, a oni mogą mnie trochę przyhamować, bo mam tendencję do posuwania się dość daleko. Ale tak, teraz jest zdecydowanie o wiele łatwiej.
Opowiedz mi o swoim procesie twórczym. Jak on wygląda w Twoim przypadku? Co Cię inspiruje? Jak powstają Twoje nowe pomysły?
Matt: Zazwyczaj zaczynamy od mnie i jednego z naszych producentów – Jonathana Delise’a albo No Love’a. Jeśli pracujemy z No Love’em, zwykle zaczynamy od jakiegoś pomysłu na fortepian, bo ma wykształcenie klasyczne. Czasami zaczynamy od czegoś innego, na przykład gdy chcemy, żeby zagrał w utworze na wiolonczeli. To zazwyczaj są główne pomysły, na których się opieramy – po prostu ustalamy, jaki klimat chcemy osiągnąć. Zazwyczaj zaczynamy więc od klimatu, który chcemy osiągnąć, lub od tego, jak wyobrażamy sobie zakończenie utworu – na przykład czy chcemy mieć wielki most orkiestrowy, czy coś w tym rodzaju. Szczerze mówiąc, za każdym razem jest inaczej. To naprawdę zależy od dnia. To, co wydaje się odpowiednie na zakończenie utworu, zazwyczaj nadaje ton początkowi, więc w pewnym sensie pracujemy od końca do początku.
A jak ludzie reagują na tę muzykę? Czym dla Ciebie różni się granie na żywo?
Matt: Uwielbiamy grać na żywo. Nasze występy są zazwyczaj bardzo energetyczne, więc po około 45 minutach możemy się trochę zmęczyć. Ale w naszym repertuarze jest chyba z dziesięć kawałków, o których wiemy, że dają mnóstwo energii i są świetną zabawą przez cały czas. Kiedy tworzymy utwór, który pasuje do tego klimatu, wysyłam go do zespołu i pytam: „Co trzeba tu zmienić, żeby ten kawałek na żywo wywoływał taki sam efekt jak inne utwory?”. Zazwyczaj to jest główna rzecz, na której się skupiamy. Powiedziałbym, że jedyną rzeczą, która mi się naprawdę nie podoba, jest granie wolniejszych kawałków na żywo. Uwielbiamy grać energetyczne kawałki, więc to naprawdę zależy od utworu.
Opowiedz mi więc o They Were Always Here. Jak powstała ta płyta? Muszę przyznać, że jedną z rzeczy, które naprawdę zapadły mi w pamięć – oczywiście poza samą muzyką – była strona wizualna tego wydawnictwa.
Matt: Dziękuję. Myślę, że ten projekt powstał, bo wszystko, co było przed nim, tworzyliśmy tylko ja i nasz producent, No Love. Potem zaczęliśmy współpracować z Jonathanem Delise. Jak już wspomniałem, mniej więcej w czasie, gdy ten projekt się rozpoczął, No Love zaczął pracować nad wszystkimi najnowszymi albumami Machine Gun Kelly’ego. Pracował nad „Mainstream Sellout” i wieloma singlami, które ukazały się później. Tak więc, kiedy on był w Los Angeles, a ja w Nashville, Jonathan Delise i ja zaczęliśmy razem pracować. Zebraliśmy sporo piosenek i wysłaliśmy wiele z nich do No Love, żebyśmy mogli dalej pracować na odległość. Dość szybko zebraliśmy zbiór utworów, które naprawdę pasowały do projektu „None of Us Are Getting Out”, więc postanowiliśmy połączyć te dwa projekty. Pierwotnie miał to być album dwuczęściowy.
A oprawa graficzna – zwłaszcza okładka albumu – to głównie twój pomysł, czy współpracowałeś przy tym z kimś? Bo jest naprawdę wyjątkowa, w bardzo pozytywnym sensie.
Matt: Dziękuję. Widziałeś okładkę „None of Us Are Getting Out”? Została zrobiona przez fotografa z Pensylwanii, skąd sam pochodzę. Skontaktowałem się z nim i zapytałem, czy zrobiłby okładkę albumu, i ostatecznie to on ją wykonał. Kiedy więc nadszedł czas na kolejny album, powiedziałem mu, że chcę kontynuować ten sam styl i narrację, co na poprzedniej okładce. Ostatecznie to on sfotografował również tę okładkę. Wszystkie teledyski nakręcił jednak nasz przyjaciel Eric Easterday, który mieszka w Louisville w stanie Kentucky, niedaleko ode mnie. Mogliśmy więc po prostu pojechać tam na kilka dni i wszystko nakręcić. Wszyscy, z którymi współpracujemy przy oprawie wizualnej, są naprawdę zgrani pod względem kreatywnym. Nawet jeśli nie współpracują ze sobą bezpośrednio, ich ogólna energia jest bardzo podobna. Dzięki temu dość łatwo jest mi dzielić się pomysłami i wyjaśniać, jaką historię chcemy opowiedzieć, z ludźmi, z którymi decydujemy się współpracować twórczo.
Jaka jest twoja ulubiona piosenka z tej płyty?
Matt: Powiedziałbym, że albo „System”, albo „Make a Mess”. To moje dwa ulubione kawałki. Są zupełnie różne, ale to właśnie te utwory wybrałbym.
Czy mógłbyś nam opowiedzieć, dlaczego właśnie te są twoimi ulubionymi?
Matt: Myślę, że „Make a Mess” to jeden z moich ulubionych kawałków, bo śpiewa w nim No Love. To mój najlepszy kumpel i uwielbiam tworzyć z nim muzykę, więc zawsze jest to dla mnie coś wyjątkowego, gdy faktycznie bierze udział w nagraniu, a nie tylko zajmuje się produkcją. No i „System” stał się jednym z moich ulubionych utworów, zwłaszcza po tym, jak zagraliśmy go na żywo tyle razy. To chyba najfajniejszy kawałek, jaki mamy w repertuarze koncertowym. To najcięższy kawałek w naszym repertuarze, ma najwięcej energii i myślę, że jest też najbardziej wyjątkowym ciężkim utworem, jaki mamy. Na albumie są one praktycznie całkowitymi przeciwieństwami, ale to zdecydowanie moje dwa ulubione kawałki.
Opowiedz mi o zbliżającej się czwartej trasie koncertowej po Europie. Na pewno nie możesz się doczekać.
Matt: To już nasza trzecia trasa po Europie w ciągu ostatnich 18 miesięcy. Pierwszą trasę jako główni wykonawcy odbyliśmy w lutym zeszłego roku i poszło nam o wiele lepiej, niż się spodziewaliśmy, zwłaszcza że nigdy wcześniej tam nie byliśmy. Naprawdę nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać, ale było niesamowicie. Potem wróciliśmy z zespołem Atreyu, a teraz nie możemy się doczekać występów na festiwalach takich jak Rock for People, Summer Breeze Open Air i Download Festival. Szczerze mówiąc, nigdy nie sądziłem, że będziemy mieli okazję zagrać na takich festiwalach, więc bardzo nas to cieszy.
No i tak, mamy też kilka koncertów jako headlinerzy w tych terminach. Uwielbiamy być w Europie – uwielbiamy być w Niemczech, szczerze mówiąc, po prostu uwielbiamy być gdziekolwiek w Europie.
Mieszkasz w Nashville. Czy ta scena – bo wiem, że to dość dynamiczne środowisko muzyczne – stanowi dla ciebie źródło inspiracji? A może masz inne muzyczne inspiracje?
Matt: Szczerze mówiąc, nie mam już zbyt wielu muzycznych inspiracji. Przez ostatnie pięć czy sześć lat, odkąd zacząłem poważnie zajmować się tworzeniem muzyki, sam przestałem słuchać tak dużej ilości muzyki. Głównym artystą, którego wciąż słucham, jest chyba Ethel Cain. Myślę, że zbyt łatwo ulegam wpływom, kiedy słucham muzyki, i to nawet nie robię tego celowo. Po prostu bardzo mi się podoba to, co słyszę, a potem zaczyna to wkradać się do tego, co tworzę. Nagle moja muzyka zaczyna brzmieć zbyt podobnie do tego, kogo słucham. Więc większość rzeczy, których teraz słucham, nie ma tak naprawdę związku z muzyką, którą tworzę. Ale tak, powiedziałabym, że Ethel Cain to prawdopodobnie główna artystka, której słucham w ostatnim czasie. Jeśli chodzi o inspiracje, to The Plot in You to chyba mój ulubiony zespół. Ale tak, to trudne – jak już mówiłem, zbytnio się inspiruję, kiedy słucham za dużo muzyki.
A co z nowym materiałem? Czy już pracujecie nad czymś nowym, czy może jest to trudne przy tych wszystkich trasach koncertowych i ciągłym jeżdżeniu tam i z powrotem?
Matt: Nie, nie do końca. Zawsze tworzyłem muzykę w krótkich, sporadycznych odcinkach czasu. Nigdy tak naprawdę nie siadałem na miesiąc czy dwa, żeby stworzyć projekt od początku do końca. W tej chwili mamy już prawdopodobnie około 15 rozpoczętych utworów – niektóre to wersje demo, inne są prawie gotowe. Do końca roku prawdopodobnie popracujemy jeszcze nad kolejnymi pięcioma lub sześcioma. Ale po raz pierwszy naprawdę chcę usiąść z moimi dwoma producentami i zespołem i skupić się na stworzeniu pełnego projektu od początku do końca, bo nigdy wcześniej tego nie robiliśmy. Zawsze składaliśmy albumy kawałek po kawałku. I technicznie rzecz biorąc, nigdy nie wydaliśmy jeszcze pełnego albumu, co jest trochę szalone, jeśli się nad tym zastanowić. Tak więc mam nadzieję, że to się wkrótce zmieni.
To naprawdę ekscytujące. Co Cię motywuje poza muzyką?
Matt: Pretty much, yeah. I do a lot of graphic design work outside of music. I’ve designed stuff for bands like Slipknot and I Prevail, along with a bunch of other bigger bands, so I really enjoy doing that. I also buy way too many clothes. I need to stop spending money on clothing and jewellery. But honestly, anything related to graphic design or fashion is probably what I spend the most time doing when I’m not making music.
Jak podchodzisz do współpracy z innymi? Czy jest ktoś konkretny, z kim chciałbyś współpracować – na przykład ktoś, z kim marzysz o wspólnym projekcie? Może to być muzyk, producent, współpracownik ze studia nagraniowego lub jakakolwiek inna osoba, z którą widzisz siebie w kontekście twórczym.
Matt: Tak, producenci też, bez wątpienia. To znaczy, oczywiście bardzo chciałbym kiedyś mieć Ricka Rubina w studiu. Chciałbym po prostu wiedzieć, co się tam właściwie dzieje, bo on najwyraźniej robi coś dobrze i bardzo chciałbym zobaczyć ten proces na własne oczy. A jeśli chodzi o artystów, to chciałbym kiedyś nagrać piosenkę z Coreyem Taylorem. Wydaje mi się, że każdy by tego chciał, ale to byłaby prawdopodobnie moja wymarzona współpraca numer jeden. Poza tym, tak, Corey Taylor byłby dla mnie prawdopodobnie największym wydarzeniem.
Czy teksty piosenek też są częścią Twojej tożsamości?
Matt: To właściwie tylko ja — nie pozwalam zbyt wielu osobom wtrącać się w teksty. Jedynymi osobami, które zazwyczaj zapraszam do pisania tekstów, są Brandon z Atreyu albo Cody z Wage War. To chyba jedyne dwie osoby, którym naprawdę ufam w tej kwestii, no i No Love — on jest niesamowity. Dodałbym jeszcze Grandsona. To w zasadzie jedyne cztery osoby, które kiedykolwiek pomagały mi pisać teksty do piosenek. To wszystko. To jedyne osoby, z którymi naprawdę czuję się swobodnie, gdy pracujemy nad tekstami.
Wracając do tras koncertowych – co Twoim zdaniem jest dla Ciebie największym wyzwaniem podczas trasy?
Matt: Jedyne, co mnie naprawdę wkurza, to to, że uwielbiam grać koncerty – szczerze mówiąc, mógłbym zagrać milion pod rząd – ale najtrudniejszą częścią tras koncertowych jest dla mnie to, że tak łatwo się przeziębiam. Nie wiem, o co w tym chodzi. Nie sądzę, żebym był stworzony do tras koncertowych w tym sensie, mimo że je uwielbiam. Po prostu nie sądzę, że tak naprawdę powinienem to robić, ale jest jak jest – tak właśnie się stało.
Co najbardziej Cię cieszy w związku z nadchodzącą trasą koncertową? Wiem, że wspominałeś, że nie możesz się doczekać ponownego występu w Europie, ale czy przygotowaliście dla fanów jakieś specjalne niespodzianki albo planujecie wypróbować coś nowego – o ile możesz o tym opowiedzieć?
Matt: W naszym repertuarze mamy kilka nowych kawałków, których jeszcze nie mieliśmy okazji zbyt często grać, więc to naprawdę ekscytujące. Właśnie zakończyliśmy trasę koncertową po Australii, gdzie mieliśmy całą naszą oprawę sceniczną i wszystko inne, więc trochę żałuję, że nie możemy tego wszystkiego przenieść również do Europy. Mam nadzieję, że jeśli będziemy się dalej rozwijać, uda nam się to. Ale mamy kilka nowych utworów, które trafią do setlisty, a w ten piątek ukaże się nasz nowy utwór, który również będziemy grać podczas tej trasy – więc powinno być naprawdę fajnie.
Czy możesz nam trochę opowiedzieć o tej piosence jako zapowiedź, czy wolisz zachować to w tajemnicy?
Matt: To naprawdę szalone — przez cały utwór słychać głównie rap, krzyki i czuje się niesamowitą energię. Nie ma w nim ani odrobiny śpiewu, ale to z pewnością najcięższy kawałek rapowy, jaki kiedykolwiek wydaliśmy. Na pewno ciekawie będzie zobaczyć, jak ludzie na to zareagują, bo bardzo różni się od tego, co robiliśmy wcześniej. Mam nadzieję, że ludziom się spodoba – myślę, że tak będzie, ale tak, to trochę niewiadoma.
Jestem prawie pewien, że tak będzie.
Matt: Myślę, że doszliśmy do punktu, w którym ludzie nie oczekują już od nas jednej konkretnej rzeczy, niezależnie od tego, co wydamy. Mam więc wrażenie, że jesteśmy w dobrej sytuacji, w której możemy po prostu robić to, na co mamy ochotę pod względem twórczym, a ludzie to całkiem dobrze przyjmują.
Czy macie jakieś ulubione wspomnienia z dotychczasowych kontaktów z fanami podczas koncertów – przed lub po występach – albo coś konkretnego, co szczególnie zapadło wam w pamięć?
Matt: Jest ich mnóstwo. Szczerze mówiąc, takich chwil jest naprawdę wiele. Wydaje mi się, że ostatnio w Colorado Springs była osoba, która z powodu pewnej dolegliwości nie mogła stać dłużej niż jakieś 30 minut. Ale ta osoba stała z przodu podczas całego naszego występu, po prostu opierając się przez cały czas o scenę. Powiedziała nam, że to jej pierwszy koncert w życiu i że zazwyczaj nie jest w stanie stać tak długo. Widok tego był prawdopodobnie jedną z najfajniejszych rzeczy, jakie ostatnio widziałem – to było dla mnie i mojego basisty ogromne przeżycie, ale było naprawdę wyjątkowe. Tak, to szalona historia – ale takie rzeczy naprawdę pozostają w pamięci.
Czy masz jakąś wiadomość dla polskich fanów przed koncertem w Warszawie?
Matt: To był dla nas naprawdę wyjątkowy koncert – w lutym zeszłego roku zagraliśmy koncert jako główna gwiazda w Polsce. Chciałbym więc podziękować wszystkim, którzy przyszli, bo to właśnie dzięki temu udało nam się zagrać na festiwalu Summer Punch. Ten wieczór wypadł dla nas naprawdę świetnie, więc tak – dziękuję. Bardzo to doceniam.
Bardzo dziękuję, Matt.
Matt: Dziękuję.