Wolfpack Heading Nowhere świadomie sięga po estetykę gothic rocka i gothic metalu lat 90., ale nie zamierza kopiować przeszłości. Zespół łączy melancholię, ciężar i melodyjne granie z własnym podejściem do klimatu znanego z Type O Negative, Tiamat czy Paradise Lost. O debiutanckiej płycie, występie na Castle Party i współczesnym gotyku opowiada Szczepan „Sz” Inglot.
Wolfpack Heading Nowhere to projekt stworzony przez muzyków kojarzonych wcześniej głównie z black i death metalem, którzy tym razem postawili na melancholię, melodyjne granie i mroczny klimat. Debiutancki album trwa zaledwie 33 minuty, ale zespół nie widział potrzeby sztucznego wydłużania materiału. W rozmowie z Live Rockiem Szczepan Inglot opowiada o granicy między inspiracją a odtwarzaniem dawnych brzmień, miejscu gothic metalu na współczesnej scenie oraz o tym, dlaczego „smutne tiamatowe serduszka” nadal potrzebują takiej muzyki.
Wolfpack Heading Nowhere bardzo świadomie odwołuje się do estetyki goth rocka i gothic metalu lat 90., ale jednocześnie unika kopiowania konkretnych rozwiązań. Gdzie przebiega dla was granica między inspiracją a rekonstrukcją dawnego brzmienia?
Ciężko jednoznacznie określić. To jest pytanie, które mogłoby być zaadresowane do 90% zespołów, które określają swoją muzykę poprzez jakąkolwiek łatkę gatunkową z dopiskiem metal na końcu. Różnica polega na tym, czy ktoś się do tego przyznaje otwarcie czy meandruje dookoła teorii wymyślenia koła na nowo. Odpowiadając na to pytanie, w moim osobistym odczuciu ta granica nie jest wyraźna. Posłużę się przykładem: nie dysponujemy głosem Petera Steela, Eldritcha czy McCoya z tamtych lat, ale pragniemy wywoływać uczucia, używając naszych głosów i brzmień instrumentów które mamy do dyspozycji i piosenkami, które napisaliśmy. Jeżeli ktoś odnajduje tu znajome elementy- zajebiście. Ale nie jesteśmy cover bandem. Ubieramy to wszystko w swoje szaty.
Type O Negative, Tiamat czy Paradise Lost funkcjonowały w czasach, gdy scena była bardziej podzielona gatunkowo. Dziś odbiorcy słuchają wszystkiego równolegle. To pomaga takim projektom jak Wolfpack Heading Nowhere czy utrudnia budowanie wyrazistej tożsamości?
Mam wrażenie, że teraz kiedy gust słuchacza jest bardziej zdywersyfikowany i większość zespół jednak powiela pewien schemat wizerunkowy lub jest klasyfikowany względem niego – myślę, że dla takiego tworu jak WHN jest to jakaś okazja, by błysnąć albo kogoś podkurwić, lub zażenować. Czy to tekstem o miłości, czy to różową okładką singla 😀
Debiut trwa zaledwie około pół godziny, co dziś jest dość nietypowe. Potraktowaliście ten album bardziej jako zamkniętą formę niż próbę maksymalnego wypełnienia materiałem pełnego wydawnictwa?
Mieliśmy jeszcze napisane ze 2 piosenki, które nie weszły na płytę i moglibyśmy dobić runtimem albumu do 40-kilku minut. Tylko po co? Powodem tej decyzji było to, że nic płycie w formie 33-minutowej nie brakowało. Nie było w tym żadnej mądrości typu „lepiej zostawić niedosyt” czy inny bullshit. Ta płyta jest artystycznie kompletna.
W Polsce gothic metal nigdy nie był sceną szczególnie dużą, a mimo to regularnie wraca w nowych odsłonach. Myślicie, że dziś łatwiej funkcjonować z takim projektem niż kilkanaście lat temu?
Nie wiem, nie funkcjonowałem z tym projektem kilkanaście lat temu 😀
Wielu muzyków wywodzących się z black i death metalu po latach zaczyna szukać większej przestrzeni, melodii i klimatu. Czuliście potrzebę świadomego odejścia od ekstremy?
Nikt z nas od ekstremy tak naprawdę nie odszedł. Każdy z nas ma osobny projekt, gdzie utylizuje swoją pasję do: black i death metalu. Wolfpack Heading Nowhere to po prostu kolejne spełnione marzenie o zespole melancholijnej natury i estetyce, która jako najnitsowym dzieciakom jest bliska.
„Over the Tide” i „Endure” pokazują dwa różne bieguny waszego grania – bardziej przebojowy i bardziej melancholijny. Który kierunek jest wam dziś bliższy?
Oba na raz. To nie jest żadna zasadnie nieoznaczoności polskiego gotyku, ale prawda o tym zespole jest dokładnie pomiędzy „Endure”, a „Over The Tide”. I dokładnie dlatego te dwa numery zostały wybrane jako single przewodnie. Chcemy być jednocześnie przebojowi i jesieniarsko melancholijni. I można to uznać za swoisty paradoks, ale nie wyklucza się to jakkolwiek.

Projekt tworzą muzycy związani wcześniej głównie z cięższymi gatunkami. Czy Wolfpack Heading Nowhere od początku miał być przestrzenią na rzeczy, które nie pasowały do waszych głównych zespołów?
Poniekąd tak. Potrzebowaliśmy grać taką muzykę. Raz, że potrzebny był wentyl ujścia dla naszych smutnych tiamatowych serduszek, dwa melodyjne granie z bardziej wyszukanym aranżem jest wysoką poprzeczką dla chłopów zajmujących się blastami i darciem mordy – chcieliśmy zrobić coś, co wykracza poza naszą strefę komfortu, a po trzecie, ku naszemu zaskoczeniu- obecnie mało kto tutaj czymś takim się zajmuje. Takie nasze pójście pod prąd.
Castle Party to festiwal mocno związany z estetyką i klimatem, często bardziej niż z samą techniczną stroną grania. Czujecie, że wasza muzyka lepiej działa właśnie w takim otoczeniu niż na klasycznych metalowych festiwalach?
Przekonamy się ☺. Myślę, że tak. Każdy z nas jest bywalcem Castle Party, każdy z nas już tu nawet występował z innymi rzeczami, stąd ta zuchwała opinie, że wiemy, o co tutaj chodzi.
Tegoroczny line-up Castle Party bardzo mocno miesza klasyczny gothic rock, dark wave, industrial i metal. Jak postrzegacie dziś granice między tymi scenami? Jeszcze istnieją?
Nie istnieją. Piękne jest to, że w ujęciu stylistycznym gotyk jest bardzo inkluzywny. Te same osoby- przebrane w klimat cyber gotha czy steampunkowca czy Kubusia Puchatka będą się tak samo dobrze bawiły się przy Diary of Dreams, Dawn of Ashes i Moonspell na afterku w Haciendzie przy puszczonym po raz miliardny „Elizabeth”. Gothic rock czy industrial to tylko nawigacja stylistyczna dla samej muzyki. Kultura obejmuje to wszystko znacznie szerzej.
W line-upie Castle Party obok was są między innymi Moonspell, Tribulation czy Merciful Nuns. Widzicie siebie bliżej metalowej czy bardziej gotycko-rockowej części tego festiwalu?
Jesteśmy metalami, mamy numery bardziej rockowe, ja osobiście kocham Tribulation, ale nie wiem, czy jest sens przeorganizowywania się w jakieś podgrupy. Jeżeli jest w tym jakaś zasadność – jest to w sumie zadanie dla odbiorców, organizatorów i promotorów festiwalu.