Joel Birch, frontman australijskiej formacji The Amity Affliction, to postać, która nie uznaje kompromisów – ani w swojej twórczości, ani w szczerości wobec fanów. W przededniu kolejnej trasy koncertowej, która obejmie również Polskę, Birch otwiera się na tematy, o których wielu wolałoby milczeć. W tej bezkompromisowej rozmowie muzyk rozlicza się z bolesną przeszłością zapisaną na albumie House of Cards, opowiadając o traumatycznych relacjach z matką i walce z chorobą afektywną dwubiegunową. Nie brakuje tu również gorzkich słów o kulisach branży muzycznej, trudnych zmianach w składzie zespołu oraz ostatecznym pożegnaniu z alkoholem i hazardem. Przygotujcie się na wywiad, w którym brutalna prawda o życiu w trasie miesza się z walką o własne zdrowie psychiczne i artystyczną tożsamość.
Zacznijmy naszą rozmowę „od końca”, czyli od nadchodzącej trasy po Europie. Jak właściwie wygląda u was proces wybierania krajów, w których zagracie? Czy to długa, demokratyczna dyskusja w zespole?
Joel: Właściwie to niemal w ogóle o tym nie dyskutujemy. Patrzymy na mapę Europy i po prostu sprawdzamy, co ma logistyczny sens. Zazwyczaj wracamy w te same miejsca, gdzie wiemy, że ludzie na nas czekają. Tym razem nowością jest Skandynawia, bo przyznaję, że rzadko tam zaglądaliśmy. Ale Polska? Do was wracamy regularnie, bo po prostu bardzo lubimy ten kraj.
Co w Polsce podoba ci się najbardziej? Co sprawia, że chcecie tu wracać?
Joel: Ludzie. To, co u was czuję, jest tak uderzająco inne od tego, do czego przywykłem w Australii. Mój kraj jest specyficzny – mamy rdzennych mieszkańców, którzy są tam od jakichś 90 tysięcy lat, ale jako biali ludzie jesteśmy tam jak małe, niedoświadczone dzieci. A w Polsce? Wy macie za sobą tyle gówna w historii, że to się w głowie nie mieści. Byliście „przeczołgani” nie raz i nie dwa, to wynika z waszej geografii. Dla kogoś z kraju, którego nowożytna historia sięga zaledwie kilkuset lat, obcowanie z miejscem, gdzie historia trwa tysiąclecia, to ciągle coś niesamowitego. Dodatkowo, co bardzo mi odpowiada, czuję u was bardzo silną obecność lewicowych poglądów.
Wiem, że wszędzie zabierasz ze sobą aparaty fotograficzne. Czy podczas trasy udaje ci się znaleźć czas na bycie „turystą”?
Joel: Zawsze mam przy sobie aparat, zawsze. Mam dwa tutaj, kolejny w torbie. Kiedy jesteśmy w trasie, po prostu chodzę po miastach i fotografuję. Dzięki temu widzę te miejsca w sposób, który nie jest taki „turystyczny”. Bardziej interesuje mnie to, co robią zwykli ludzie, jak żyją. Gdybym robił to profesjonalnie, pewnie zarabiałbym więcej niż w zespole, ale to moja pasja.
Czego fani mogą spodziewać się po waszych nadchodzących koncertach?
Joel: Tego samego, co zawsze – autentyczności. Uwielbiamy być na scenie. Nawet jeśli nasze piosenki poruszają bardzo ciężkie, mroczne tematy i emocje, to najważniejsza jest dla mnie radość z nawiązywania więzi z publicznością. To jest główny cel show.
Czy uważasz, że na koncertach udaje ci się przekazać jakąś konkretną wiadomość, czy ludzie przychodzą tylko po to, by posłuchać muzyki i mają wyjebane na teksty?
Joel: Na pewno znajdą się tacy, którzy mają wyjebane na to, co mówię i po prostu podoba im się brzmienie. Ale to, co najbardziej cenię w naszych koncertach, to poczucie wspólnoty, które tam widzę. Ludzie podchodzą do mnie i mówią: „Poznałem mojego najlepszego przyjaciela w kolejce na wasz koncert 10 lat temu”, albo tacy, którzy się dzięki nam pobrali. Nasze koncerty to miejsce wolne od oceniania. Czuję, że tworzymy inkluzywną społeczność, gdzie nikt nie czuje się gorszy.
Muszę zapytać o trudną kwestię: dlaczego Ahren został wyrzucony z zespołu? Fani byli w szoku.
Joel: Nie mogę o tym za dużo mówić, ze względów prawnych i osobistych. Powiem tylko tyle: Ahren był absolutnie fundamentem tego zespołu i brzmienia, które stworzyliśmy. Nigdy nie chciałbym umniejszać jego roli w naszej historii; jest instrumentalną częścią naszej kariery. Ale sytuacja wewnątrz była nie do zniesienia. Mieliśmy dwie drogi do wyboru – rozpad zespołu albo dalsza podróż bez niego. Kiedy trzech członków chce odejść z powodu zachowania jednej osoby, czujesz, że musisz wybrać to drugie rozwiązanie. Zespół to grupa ludzi, a nie jeden człowiek. Straciliśmy „brzmienie” Ahrena, to prawda, ale nasza muzyka i teksty pozostają te same.
Odszedł też perkusista, Joe Longobardi. Czy drzwi dla nich obu są już na zawsze zamknięte?
Joel: Ostatnio sporo o tym myślałem. W dzisiejszych czasach zespoły wywalają kogoś i od razu robią z tego cyrk w sieci, piszą jakieś bzdury na Reddicie czy Facebooku. Nienawidzę takich gównoburz. Staram się trzymać od tego z daleka. Jeśli pytasz mnie dzisiaj o Ahrena, powiedziałbym, że nie ma powrotu, ale widziałem już gorsze sytuacje, w których ludzie po latach się godzili. Z Joe to zupełnie inna historia. Gdyby chciał wrócić, przyjęlibyśmy go z otwartymi ramionami.
Joe jest ojcem i po prostu chce nim być na pełny etat. Jest cholernie dobrym perkusistą, mieszka w Nashville i nie musi koncertować, żeby robić to, co kocha. Trasy go wykańczały psychicznie, płakał na FaceTime z synem. To nie było zdrowe. Daliśmy mu propozycję: „Może chcesz rok przerwy?”, a on po przemyśleniu sprawy stwierdził, że musi odejść na dobre. Trzeba być kompletnym dupkiem, żeby mieć do kogoś pretensje o to, że chce być tatą. Jestem z niego dumny, bo to nie była łatwa decyzja – porzucić wymarzoną pracę dla rodziny.
Skoro mowa o branżowym „gównie”… To, co działo się wokół powrotu Tima Lambesisa z As I Lay Dying, było dla wielu nie do przyjęcia…
Joel: Jebać tego gościa. Serio, jebać go. Mam wrażenie, że on w końcu kogoś naprawdę zamorduje. Gość z taką historią, takim temperamentem, do tego na sterydach, które pierdolą mu w głowie i hormonach…. Kiedy wyszedł z więzienia i reaktywował zespół, zastanawiałem się: gdzie są wywiady z jego byłą żoną, której morderstwo zlecił?. Dlaczego nikt jej nie pyta o zdanie? Wszyscy gadają o tym, że on zasługuje na drugą szansę, ale on nie chciał dać jej drugiej szansy – on chciał, żeby była martwa. Co to za bzdury? Dostaliśmy propozycję wspólnej trasy z nimi po Europie, w wielkich halach na 8 tysięcy ludzi, gdzie mielibyśmy być głównym supportem. Odpowiedziałem: nie, kurwa, nie ma mowy.
W piosence „Bleed” śpiewasz: „Myślałem, że każde słowo, które wypowiedziałem, każda pigułka, którą wziąłem, całe to gówno, które napisałem, naprawi mój pierdolony umysł”. Czy pisanie piosenek przynosi ci ulgę?
Joel: Nie, nie naprawiło mojego umysłu. Cierpię na chorobę afektywną dwubiegunową typu II (bipolar II). Przez ostatnie lata musiałem pogodzić się z faktem, że nic zewnętrznego tego nie naprawi. Biorę leki, które „stępiają ostrze” tego miecza, ale to ciągła walka o przetrwanie. Wszystkie te zewnętrzne rzeczy, piosenki, sukcesy – to nie ma wpływu na to, co dzieje się wewnątrz mnie. Woda wciąż szaleje.
Czy trzeźwość pomogła ci w tej walce? Od 10 lat nie pijesz.
Joel: Kiedy pijesz, możesz uciec przed wszystkim, także przed odpowiedzialnością przed samym sobą. Kiedy wytrzeźwiałem, nagle stałem się brutalnie i szokująco odpowiedzialny za swoje czyny i nienawidziłem tego. Przez pierwsze 18 miesięcy byłem chyba najbardziej wściekłym człowiekiem na świecie. Miałem w sobie tyle emocji, z którymi nie wiedziałem, co zrobić… Musiałem nauczyć się żyć na nowo w zespole i w ogóle wśród ludzi. Kiedy piłem, byłem strasznym dupkiem dla wielu osób. Teraz jest mi po prostu wstyd i czuję zażenowanie, bo ci ludzie nic mi nie zrobili, a ja byłem wobec nich agresywny. To był mój sposób na „ochronę” siebie – atakowanie innych.
Wspomniałeś też o hazardzie. To była kolejna ucieczka?
Joel: Tak, przestałem pić 10 lat temu, ale hazard rzuciłem dopiero 3 lata temu. Byłem „cichym” hazardzistą, nikomu o tym nie mówiłem. Przejebałem mnóstwo pieniędzy, których nawet nie miałem. Nie jesteśmy bogatym zespołem, jesteśmy na średnim poziomie – żyjemy komfortowo, ale nie opływamy w luksusy. Więc tracenie tych resztek wolnej gotówki było idiotyzmem. Hazard i media społecznościowe działają tak samo – to negatywna pętla zwrotna, te same mechanizmy psychologiczne, strzały dopaminy. Instagram to takie samo uzależnienie: logujesz się i nie wiesz, czy zobaczysz coś, co kochasz, czy coś, czego nienawidzisz, a to trzyma cię w napięciu. To jedna z tych „pętli”, które powinny zostać zerwane.
Album „House of Cards” wydaje się niezwykle bolesny. Jakie traumy tam zawarłeś?
Joel: Prawie cały ten album, a już na pewno większość piosenek, dotyczy mojej matki. Jeśli nie są bezpośrednio o niej, to o czymś, co jest z nią związane. Piszę tam o potrzebie każdego człowieka, by być pielęgnowanym przez rodzica i o tym, co się dzieje, gdy tego nie dostajesz. Moja matka była tragicznym rodzicem. Była egoistyczną alkoholiczką, którą obchodziła tylko ona sama. Czuła, że świat jest jej coś winien, a nie był. Kiedy zmarła, jedyne, co przyszło mi do głowy, to pytanie: „Po cholerę ty w ogóle zawracałaś sobie głowę posiadaniem dzieci?”. To zniszczyło życie trójce z nas. Na płycie poruszam też kwestie mojego doświadczenia z chrześcijaństwem i Kościołem, który też zostawił swoje ślady.
Dlaczego nigdy nie słyszymy cię śpiewającego czystym głosem? Spróbowałeś tego raz na „Misery”.
Joel: Bo mi się to nie podobało. Ahren śpiewał o wiele lepiej, a ja kiedy próbowałem śpiewać normalnie, brzmiałem niemal identycznie jak on. Ahren powiedział mi wtedy: „brzmisz jak jakaś gówniana, dziwna wersja mnie”. Musiałem celowo zmieniać sposób śpiewania, żebyśmy się różnili. Teraz mamy Johnny’ego, który też śpiewa o niebo lepiej ode mnie. Ja nie jestem wokalistą, ja krzyczę.
Kto odpowiada za waszą sferę wizualną?
Joel: Za merch odpowiada gość z Brazylii, Philipe, ksywka Tuca. Projektuje dla nas od cholernie długiego czasu i jest genialny. Często piszę do niego: „Philipe, znowu wszystko zostawiłem na ostatnią chwilę, ratuj!” i on zawsze dowozi. Przy „House of Cards” współpracowałem też z Hedi Xandtem. Przez dwa miesiące wymienialiśmy maile, wysyłałem mu teksty, on zadawał mnóstwo pytań, zanim w ogóle zgodził się na ten projekt. Wcześniej sam robiłem wiele okładek, ale nienawidzę wszystkiego, co stworzę. Kiedy okładka jest gotowa, czuję się z nią… uwięziony. Tym razem Hedi zrobił obrazy, a ja byłem tylko projektantem – układałem napisy, co było miłą odmianą i odpoczynkiem.
Na koniec: piosenka i film, które chciałbyś usłyszeć lub zobaczyć pierwszy raz w życiu?
Joel: Jeśli chodzi o piosenkę, to zdecydowanie „Ghostchant” od Poison the Well. Pamiętam dokładnie moment i miejsce, w którym usłyszałem ją pierwszy raz. Ten sposób, w jaki wchodzi… mój Boże, to jest niesamowite! A film? „Prestiż” Christophera Nolana. Christian Bale i Hugh Jackman – uwielbiam ich obu. Ten film totalnie mnie rozwalił. Za pierwszym razem, kiedy nie wiesz, co się wydarzy, to doświadczenie, którego nie da się powtórzyć. Każdy kolejny seans jest już zupełnie inny.