Nepo baby nie zawsze dobrze się kojarzy. Start w jakiejkolwiek branży nie zawsze równa się posiadaniu talentu, a osoby, które wkładają w swoje nazwisko więcej pracy – nie zawsze dostają szansę. Przekleństwo, które w wielu umysłach może też umniejszyć talentowi „nepociakowi”, bo nie musiało przejść przez tortury przemysłu. Dlatego warto zachować otwarty umysł i trzymać się tego, że „co po nazwisku, to po pysku”.
Debiutancki album Violet Grohl, „Be Sweet To me” jest wydawnictwem dość… bezpiecznym. Można by rzec, że słychać na nim bardziej alternatywną wersją Lany Del Rey. Nie możemy wymagać, by 20-letnia wokalistka wynalazła koło na nowo. Dość zgrabnie wpasowuje się w stylistykę rocka alternatywnego lat 90. z naciskiem raczej na relaks przy kominku, aniżeli na twista. Od samego początku wyprawy przez „Be Sweet To Me” towarzyszą nam przesterowane gitary (momentami przenoszące nas w złotą erę grunge’u), rytmiczna perkusja i stonowany wokal a’la PJ Harvey. Chciałoby się dolać oliwy do ognia, żeby wokal lepiej spajał się z niekiedy garażowym dźwiękiem gitar. Ale to Violet dyktuje kierunek i zdaje się, że jest na etapie odkrywania własnej drogi.
Pewnie zadajecie sobie pytanie „no dobra… ale czy słychać, że Grohl to Grohl?”. Oczywiście, że tak, ale muzyka Violet to nie jest „kopiuj-wklej” twórczości swojego ojca. Mniej w niej buntu (który i tak przejawia się dość łagodnie i raczej w gitarach aniżeli w wokalu), a więcej wolności i przyciętych pazurów. Najbardziej w ucho wpada „Bug In The Cake”, który ma w sobie sporo rockowo-imprezowego rytmu, który lirycznie wpisuje się w „stare, dobre czasy”. Violet pokazuje nam także swoje bardziej romantyczne, zamglone oblicze w „Applefish”, „Plastic Couch” czy też „Pool Of My Dreams”, niemniej jednak nie są to utwory, które wyróżniałyby się w morzu alternatywy.
To, że Violet Grohl ma talent, trzeba przyznać. Na pewno nie rozkwitł on jeszcze do wielkich rozmiarów, ale jak na początek jest dość dobrze. Przejrzystości „Be Sweet To Me” na pewno pomógł Justin Raisen w roli współproducenta, który pracował wcześniej m.in. z Nicki Minaj i Drake’em (a to zupełnie inna para kaloszy). Album sam w sobie specjalnie się nie wyróżnia, co nie znaczy, że muzyka na nim zawarta nie jest dobra. Violet ma potencjał i miejmy nadzieję, że rozkręci się w branży, którą wybrała (albo w której się urodziła). W najbliższym czasie oczekiwałabym jednak czegoś więcej aniżeli sztywnego stylu na scenie. Nie każdy lubi uczestniczyć w występach artystów, którzy przez większość wykonywania utworu mają zamknięte oczy. Oczy są wszakże oknami duszy. Tak samo jak muzyka.

„Be Sweet To Me” – lista utworów:
- THUM
- 595
- Bug In The Cake
- Last Day I Loved You
- Big Memory
- Mobile Stars
- Often Others
- Applefish
- Cool Buzz
- Pool Of My Dream
- Plastic Couch