Koncert Turbo w krakowskim klubie Studio (28 lutego 2026 r.) był wydarzeniem monumentalnym. Jubileusz 40-lecia kultowej „Kawalerii Szatana” przyciągnął pokolenia fanów, serwując im emocjonalny rollercoster – od premierowych wykonań po sentymentalne powroty, choć nie zabrakło też logistycznych wyzwań.
Klub Studio gościł 28 lutego 2026 roku kilka pokoleń fanów zespołu. Okazja była nie byle jaka. Turbo świętowało 40-lecie legendarnej „Kawalerii Szatana” z udziałem gości. Tym najważniejszym z nich był oczywiście Grzegorz Kupczyk, którego wokal słychać na pomnikowej płycie dla polskiego metalu. Gości ogłoszono kilka dni przed wydarzeniem, więc wiadomo było, że na scenie stanie niemal cały skład z „Kawalerii…”, bo wśród zapowiedzianych znalazł się Andrzej Łysów, czyli autor muzyki do, chociażby „Sztucznego oddychania” i „Żołnierza fortuny”. Ostatni członek składu z płyty, Alan Sors, wciąż muzykuje jako Alan Baster, ale w USA w zespole Mr. Blotto. Na razie mogę się tylko domyślać, że na przeszkodzie w jego pojawieniu się stanęły geografia plus obowiązki w okolicach Chicago.
Koncert był też poświęcony promocji wydanej w 2025 roku, pierwszej po 12 latach przerwy płyty Turbo „Blizny”, bez cienia wątpliwości najlepszej, jaką zespół Wojtka Hoffmanna nagrał z Tomkiem Struszczykiem na wokalu. I to od zaprezentowania „Blizn” w całości zaczął się występ. Na telebimie obok świetnej okładki Xaaya, notabene obecnego na koncercie i parokrotnie cykającego fotki ze sceny, wyświetlane były teksty, co ułatwiło fanom udział wokalny w przedsięwzięciu. Kompozycje z albumu na żywo tylko zyskują na mocy. Wprawdzie nie było na scenie braci Cugowskich, generała Andrzejczaka też nie dostrzegłem, co nie dziwi w kontekście wydarzeń geopolitycznych tego dnia, ale była za to Anja Orthodox z Closterkeller, na albumie nieobecna, której pierwsze pojawienie się na scenie wypadło w kawałku „Do domu”. Był Bartek Struszczyk, który wsparł wokalnie brata i zespół podczas prezentacji na żywo albumu oraz pojawił się w dalszej części występu.
Po kilkunastominutowej przerwie, ogłoszonej po odegraniu „Blizn”, zaczęła się podróż sentymentalna po dyskografii i fani doświadczyli kolejnych niespodzianek. Na scenie na kilka numerów pojawił się Jacek Zema, który z Hoffmannem nagrał bardzo dobry album pod szyldem Hellium. Na niego muzycy nagrali na nowo między innymi „Enola Gay”, numer Turbo z albumu „Dead End”. W nabitym „pod korek” (wtedy jeszcze) Studiu wypadł świetnie. Podobnie inny reprezentant tej płyty, zagrany przed nim „Prophetic Sound”.
Warto wspomnieć, że obok Jacka i Wojtka na scenie byli wtedy Mirosław Muzykant (perkusja) oraz Krzysztof Pistelok, znany z zespołu Kat & Roman Kostrzewski, obecnie Namor. Godne wyróżnienia jest również świetne wykonanie „Miecza Beruda” (lub Bieruta, jak żartobliwie zapowiedział Wojtek) z wokalnym udziałem Zemy oraz „Fałsz” z „Awatara”, który na żywo został zaprezentowany po raz pierwszy w historii Turbo.
Publika czekała niecierpliwie na pojawienie się Kupczyka. Zanim jednak legendarny głos Turbo rozpalił Studio do czerwoności, mikrofonem zarządzali jeszcze bracia Struszczykowie, prezentując numery ze „Strażnika światła” („Na przekór nocy” z Bartkiem oraz bonusowy na płycie „Przestrzeń-Światło”; po raz pierwszy na żywo). Aż nadszedł moment, w którym Tomek Struszczyk majstrując przy statywie z mikrofonem powiedział: „Na tym mikrofonie jest napisane »Grzegorz«”. I po chwili Kupczyk pojawił się na scenie przy euforycznej reakcji fanów. To nie był jednak jeszcze czas zaprezentowania „Kawalerii Szatana” w całości. Najpierw był z chóralnie odśpiewanym refrenem „Jaki był ten dzień?” ze „Smaku ciszy”, a po nim porywający energią „Szalony Ikar” z „Dorosłych dzieci”, a po nim znów nastąpił powrót do „Smaku…” i usłyszeliśmy „Już nie z tobą”. Jeszcze tylko kolejny debiut na żywo, „This War Machine” z „Piątego żywiołu” oraz „Otwarte drzwi do miasta” z „Tożsamości” z udziałem Anji Orthodox i zapowiedziano kolejną kilkunastominutową przerwę. A po niej…
Po niej nadjechała „Kawaleria Szatana” w pełnej krasie. Pewnym zaskoczeniem, i jednocześnie ciekawostką, było to, że Kupczyk i Struszczyk podzielili się kawałkami z płyty (zaśpiewali po cztery), a w „Wybacz wszystkim wrogom” dodatkowego wsparcia wokalnego udzieliła Grzegorzowi wokalistka Closterkeller. Kolejność numerów zaburzono, bo „Żołnierza fortuny” zagrano na samym końcu, ale to mało istotny detal dla wyjątkowych malkontentów.
Studio płonęło (chwilami niemal dosłownie, gdy pirotechnika odpalała snopy ognia i iskier), temperatura wśród publiczności osiągnęła okolice wrzenia. Fani szaleli, pod sceną, klaskali i dośpiewywali fragmenty kawałków na życzenie wokalistów. Zespół nie pozostawał na te reakcje obojętnym. Nawet zazwyczaj ze stoickim spokojem wykonujący swoją pracę/pasję Bogusz Rutkiewicz, ogarniał wzrokiem to, co działo się pod sceną i szeroko się uśmiechał.
Wytrzymałość fanów ma jednak granice. Po zaprezentowaniu „Kawalerii…” w całości dało się zauważyć powolny exodus z klubu. Niby to sobota, niby duże miasto, więc nie ma tak, że nie sposób dotrzeć do domu, a knajpy otwarte do białego rana, wiec nie jest tak, że nie zdąży się powymieniać wrażeniami nad kuflem. Jednak koncert zaczął się tuż po 19, a zamykające to wyjątkowe wydarzenie „Dorosłe dzieci” zabrzmiały około 23:40. Wiadomo, metal to nie rurki z kremem, ale nawet biorąc pod uwagę krótkie przerwy, to jest jednak trochę za długo. Podejrzewam, że dałoby się to skrócić. Wszak niejeden legendarny zespół grał jubileuszowe koncerty i trwało krócej, było mniej rozwleczone.
Odniosłem wrażenie, że Struszczyk dostrzegł problem w końcówce koncertu, gdy powiedział, że pod sceną się przerzedziło i zaprosił wszystkich, którzy gdzieś tam wałęsali się po klubie, aby wpadli na moment pod scenę do pamiątkowego zdjęcia. To był dla wielu nie tylko koncert, lecz również koncertowy survival. „Nogi mi do dupy wchodzą” – obrazowo opisał swoją kondycję jeden z fanów przy wyjściu. Na pewno nie tylko jemu.
Nim zrobiono pamiątkowe fotki i wyrażono ze sceny podziękowania fanom, gościom, organizatorom i menedżerowi Turbo, przed bisami poleciały jeszcze „Mówili kiedyś” z „Dorosłych…” (Bobiś w roli wokalisty i MC) oraz „Może tylko płynie czas” z „Piątego żywiołu”. Potem były już tylko bisy, ognisty „Ostatni wojownik” z Grześkiem na wokalu oraz wspomniane „Dorosłe dzieci”, podczas których na scenie pojawili się wszyscy goście i z chóralnie odśpiewanym przez fanów refrenem. W pierwszych dźwiękach utworu „Dorosłe dzieci” Tomasz Struszczyk i Grzegorz Kupczyk zabawili się trochę i zaśpiewali fragment „Wciąż bardziej obcy” z repertuaru Lady Pank przy okazji nieco myląc tekst. Po tym Tomasz powiedział śmiejąc się: „Ale się Borysewicz wk*rwi”.
Choć było to wyczerpujące wydarzenie z przyczyn czasowych, dostarczyło wielu wspaniałych chwil i każdemu polecam się wybrać, jeśli tylko Turbo zaplanuje więcej takich wyjątkowych koncertów, by czegoś podobnego doświadczyć. Kto wie, może pojawią się na nich w Studiu nieobecni, a na pewno przez wielu oczekiwani na scenie, Litza (koncertował tego dnia z Luxtorpedą), czy Tomek Goehs?

























































