Furia zakończyła trasę „Furia Gra Kino” sobotnim koncertem w krakowskim Klubie Studio. Publiczność nie dostała jednak klasycznego blackmetalowego występu. Zespół przygotował widowisko, które chwilami bardziej przypominało performans i muzyczny trans niż tradycyjny koncert.
Już przed wejściem do klubu było jasne, że nie będzie to standardowy wieczór dla fanów ciężkiego grania. Publiczność przyszła wcześniej niż zwykle, pod sceną długo nie było typowego koncertowego gwaru, a bardziej napięcie przypominające oczekiwanie na spektakl. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że wielu uczestników przyszło zobaczyć nie tyle sam zespół, co sprawdzić, jak Furia poradzi sobie z formułą, która od miesięcy obrastała niemal legendą.
Furia w Krakowie zagrała koncert, który wymykał się koncertowej formule
Kiedy muzycy pojawili się na scenie, od początku było wiadomo, że nie zamierzają budować kontaktu z publicznością w klasyczny sposób. Nie było przywitań, koncertowego „rozgrzewania” sali ani grania pod reakcję tłumu. Furia weszła w materiał od razu, bardzo pewnie i wyjątkowo chłodno. Zespół praktycznie odciął się od sali, skupiając się wyłącznie na budowaniu atmosfery.
Największe wrażenie robiło jednak to, jak zmieniła się sama dynamika odbioru koncertu. Po kilkunastu minutach ludzie przestawali reagować jak na typowym metalowym występie. Coraz mniej było telefonów w górze, coraz mniej rozmów między utworami. Publiczność po prostu wpatrywała się w scenę. Momentami bardziej jak widzowie niż uczestnicy koncertu.
Furia Gra Kino pokazała zespół w bardziej surowej i transowej odsłonie
Muzycznie koncert opierał się głównie na materiale z ostatnich płyt, ale zespół wyraźnie zmienił sposób grania części utworów. Kompozycje były bardziej rozciągnięte, mniej „piosenkowe”, chwilami wręcz repetytywne. Zamiast budowania klasycznej koncertowej dramaturgii Furia postawiła na powolne zagęszczanie atmosfery.
Najmocniej działały fragmenty oparte na jednostajnym rytmie i hipnotycznych riffach. Właśnie wtedy najlepiej było słychać, jak bardzo zespół odsunął się od prostego blackmetalowego grania. Muzyka coraz częściej przypominała ciężki, pulsujący pejzaż dźwiękowy. Niektóre partie działały niemal fizycznie – bas i perkusja dosłownie wibrowały w sali, a dźwięk stawał się bardziej doświadczeniem niż samym słuchaniem utworów.
Bardzo dobrze wypadł też Nihil. Wokalista momentami schodził z typowego dla siebie agresywnego stylu i bardziej operował rytmem głosu niż samym krzykiem. Chwilami przypominało to bardziej recytację albo nerwowy monolog niż klasyczny metalowy wokal. Dzięki temu koncert miał znacznie bardziej niepokojący charakter niż zwykłe występy Furii.
Krakowski koncert Furii bardziej przypominał performans niż metalowy gig
Najciekawsze było jednak to, jak bardzo Furia zerwała z klasyczną logiką koncertu. Nie było wyraźnych kulminacji, grania pod najbardziej znane fragmenty czy budowania prostych emocjonalnych punktów zaczepienia dla publiczności. Zespół prowadził występ własnym tempem i właściwie nie interesował się tym, czy ktoś oczekuje bardziej koncertowej energii.
To właśnie dlatego sobotni występ działał tak specyficznie. W pewnym momencie trudno już było myśleć o nim jak o zwykłym secie koncertowym. Bardziej przypominał zamkniętą formę performansu, w której publiczność miała wejść w określony stan skupienia i napięcia.
Nie wszystkim musiało się to podobać. Część osób prawdopodobnie oczekiwała bardziej bezpośredniego, agresywnego koncertu. Tymczasem Furia bardzo świadomie poszła w stronę czegoś znacznie chłodniejszego i mniej oczywistego. Paradoksalnie właśnie dzięki temu występ w Klubie Studio zapadł w pamięć mocniej niż wiele technicznie lepszych koncertów.