Thy Art Is Murder udowodnili w warszawskiej Progresji, że zmiana wokalisty nie osłabiła ich siły. To był bezkompromisowy pokaz deathcore’u.
Thy Art Is Murder w Warszawie 2026 – brutalna siła deathcore’u wróciła do Progresji
5 sierpnia 2026 roku klub Progresja ponownie zamienił się w miejsce, gdzie ekstremalny metal nie zna kompromisów. Australijski Thy Art Is Murder przyjechał do Warszawy w szczególnym momencie swojej kariery. Po rozpoczęciu europejskiej trasy bez Tylera Millera wielu fanów zastanawiało się, jak zespół poradzi sobie na żywo z nowym wokalistą. Odpowiedź przyszła już po pierwszych minutach koncertu – z pełną mocą, bez zawahania i bez choćby cienia sentymentu.
Nowy frontman Jerry Grimefeld nie próbował kopiować swojego poprzednika. Wyszedł na scenę z własną energią i od pierwszego utworu pokazał, że znalazł się we właściwym miejscu. Publiczność szybko zaakceptowała zmianę, bo najważniejsze pozostało niezmienne – charakterystyczna, miażdżąca ściana dźwięku, z której Thy Art Is Murder słyną od niemal dwóch dekad.
Jerry Grimefeld zdał egzamin jako nowy wokalista Thy Art Is Murder
Zmiana wokalisty zawsze budzi emocje, zwłaszcza w zespole o tak ugruntowanej pozycji na scenie deathcore. Jerry Grimefeld od początku koncertu sprawiał jednak wrażenie muzyka, który doskonale rozumie estetykę zespołu.
Jego growl był niezwykle potężny, a sceniczna pewność siebie pozwoliła błyskawicznie nawiązać kontakt z warszawską publicznością. Nie było miejsca na zachowawczość. Grimefeld prowadził kolejne utwory z ogromną intensywnością, zachęcając fanów do circle pitów i nieustannego ruchu pod sceną. W efekcie koncert ani przez chwilę nie sprawiał wrażenia występu zespołu przechodzącego okres zmian personalnych.
Setlista Thy Art Is Murder w Progresji nie dawała chwili oddechu
Koncert rozpoczął się od „Blood Throne”, które natychmiast uruchomiło lawinę energii pod sceną. Kolejne „The Purest Strain of Hate” i „Death Squad Anthem” tylko podniosły temperaturę, a publiczność od pierwszych minut stworzyła wir mosh pitów.
„Make America Hate Again” zabrzmiało niezwykle agresywnie, a ciężar gitar wręcz fizycznie uderzał w zgromadzonych fanów. „Slaves Beyond Death” oraz monumentalne „Holy War” należały do najmocniejszych momentów wieczoru, pokazując, jak znakomicie zespół potrafi budować napięcie poprzez połączenie brutalnych riffów z bardziej monumentalnymi melodiami.
Nie zabrakło także utworów z ostatniego materiału. „Godlike”, „Killing Season”, „Join Me in Armageddon” czy „Keres” udowodniły, że współczesne kompozycje świetnie funkcjonują obok koncertowych klasyków. Publiczność reagowała równie żywiołowo zarówno na nowe utwory, jak i dobrze znane hymny zespołu.
Końcówka koncertu była prawdziwym testem wytrzymałości. „Puppet Master”, „They Will Know Another”, a przede wszystkim finałowe „Reign of Darkness” wywołały absolutny chaos pod sceną. To właśnie podczas ostatniego utworu Progresja eksplodowała energią, a wspólne wykrzykiwanie charakterystycznych fragmentów potwierdziło, że ten numer pozostaje niekwestionowanym koncertowym symbolem Thy Art Is Murder.
Brzmienie i oprawa koncertu Thy Art Is Murder w Warszawie
Od strony realizacyjnej koncert prezentował wysoki poziom. Gitary zachowały selektywność mimo ekstremalnie niskiego stroju, perkusja była potężna, a wokal bez problemu przebijał się przez ścianę dźwięku.
Zespół nie potrzebował rozbudowanej scenografii, aby wywrzeć ogromne wrażenie. Dominowało intensywne oświetlenie, gęsty dym oraz nieustannie zmieniające się światła podkreślające ciężar poszczególnych utworów. Najważniejszym elementem widowiska pozostawała jednak muzyka oraz niesamowita energia płynąca ze sceny.
Publiczność w Progresji stworzyła idealne warunki dla deathcore’u
Warszawska publiczność pomimo niedużej frekwencji od pierwszych sekund pokazała, że doskonale wie, na jaki koncert przyszła. Mosh pity praktycznie nie zatrzymywały się przez cały występ, a kolejne breakdowny wywoływały natychmiastowe eksplozje energii.
Thy Art Is Murder potwierdzili, że pozostają światową czołówką deathcore’u
Warszawski koncert pokazał, że nawet poważne zmiany personalne nie zachwiały pozycją Australijczyków. Jerry Grimefeld wniósł do zespołu świeżą energię, jednocześnie zachowując wszystko to, za co fani pokochali Thy Art Is Murder.
To nie był występ oparty na nostalgii ani próba udowadniania czegokolwiek. Było to bezkompromisowe, perfekcyjnie wykonane widowisko, które przypomniało, dlaczego od niemal dwudziestu lat nazwa Thy Art Is Murder pozostaje jedną z najważniejszych marek światowego deathcore’u.
Jeżeli ktokolwiek miał wątpliwości, czy zespół po zmianie wokalisty nadal potrafi bezlitośnie zmiażdżyć publiczność koncertową energią, koncert w warszawskiej Progresji rozwiał je definitywnie. To był wieczór brutalny, intensywny i pozostający w pamięci długo po opuszczeniu klubu.
Organizatorem koncertu był Knock Out Productions.





























