Są zespoły, które po sześćdziesięciu latach kariery nagrywają kolejną płytę przede wszystkim po to, żeby przypomnieć światu, że jeszcze istnieją. Są też The Rolling Stones, w których przypadku każde kolejne wydawnictwo wiąże się z pytaniem: „Co jeszcze możemy zrobić?”. „Foreign Tongues” jest najnowszą próbą udzielenia na nie odpowiedzi. I, co chyba najbardziej zaskakujące, raz jeszcze okazuje się, że brzmi ona: Stonesi wciąż mogą zrobić całkiem sporo!
Moment, w którym musieliby cokolwiek komukolwiek udowadniać, The Rolling Stones mają już dawno za sobą. Mick Jagger i Keith Richards mają dziś po 83 lata, Ronnie Wood w przyszłym roku dobije do osiemdziesiątki. Ich zespół istnieje od 1962 roku. W międzyczasie zmieniła się praktycznie cała muzyczna mapa świata, pojawiły się i zniknęły kolejne mody, gatunki i pokolenia artystów, a Stonesi nadal robią swoje.
Po wydanym w 2023 roku „Hackney Diamonds” mogło się wydawać, że panowie powiedzieli już wszystko, co mieli do powiedzenia. Tamten album był przecież nie tylko kolejną płytą w katalogu, lecz globalnym wydarzeniem kulturowym. Pierwszym od 18 lat albumem Stonesów z premierowym materiałem, który spotkał się z wyjątkowo dobrym przyjęciem i pokazał, że nawet w bardzo późnym etapie kariery można nagrać rockową płytę, która nie brzmi jak muzealny eksponat – a zarazem może stanowić idealną puentę trwającej ponad sześć dekad, jedynej w swoim rodzaju muzycznej historii.
A jednak minęły zaledwie trzy lata i Stonesi postanowili raz jeszcze wszystkich zaskoczyć, wydając kolejny album – „Foreign Tongues”.
Zaczyna się od konkretnego uderzenia
Otwierający tracklistę „Rough And Twisted” nie pozostawia wielkiego pola do interpretacji. To po prostu The Rolling Stones w najczystszej postaci: brudny blues, harmonijka Jaggera, gitary Richardsa i Wooda oraz rytm, który nie potrzebuje żadnych dodatkowych ozdobników. I właśnie takie otwarcie okazuje się bardzo dobrym wyborem. Nie ma tutaj próby stworzenia wielkiego, współczesnego rockowego hymnu. Nie ma produkcyjnego zadęcia. Jest zespół, który po prostu gra swoje – tak jak robił to w 1962, 1974 czy 1986 roku.
Jeśli „Rough And Twisted” wydaje się pozbawiony komercyjnych ciągot, zupełnie inne nastawienie przyświecało Stonesom przy nagrywaniu kolejnego numeru – typowo radiowego, singlowego „In The Stars”. Utwór zaczyna się zaskakująco miękko – od niemal hipnotycznych, przeciągniętych wokaliz, które nadają mu przestrzennego, lekko stadionowego charakteru. Ten klimat powraca zresztą w tle również później, kiedy chóralne partie wokalne przeplatają się z charakterystycznymi okrzykami Jaggera, a pomiędzy nimi swoje trzy grosze dorzuca Keith Richards.
To jednak przede wszystkim tekst sprawia, że „In The Stars” nabiera dodatkowego znaczenia. Można go odczytać jako swoiste podsumowanie ponad sześciu dekad historii zespołu – wzlotów, upadków, skandali, triumfów i wszystkich zakrętów, które po drodze mogły zakończyć tę historię niejeden raz. Stonesi spoglądają więc w gwiazdy, ale zamiast nostalgicznego pożegnania dostajemy raczej kolejne potwierdzenie, że po tych wszystkich latach wciąż mają ochotę dopisać do swojej historii następny rozdział.
The Rolling Stones – zespół o wielu obliczach
I rzeczywiście – piszą go z każdą kolejną piosenką z „Foreign Tongues”, odsłaniając kolejne ze swoich rozlicznych twarzy. „Jealous Lover” pokazuje bardziej soulową, zaskakująco romantyczną stronę zespołu, okraszoną fragmentami, w których Mick śpiewa falsetem, a „Divine Intervention” przynosi charakterystyczny dla późniejszych Stonesów miks rockowego boogie i przewrotnego tekstu. Ten ostatni utwór jest zresztą dobrym przykładem tego, że Jagger wciąż lubi sobie pożartować nawet wtedy, gdy temat jest mało zabawny. Koniec świata? Proszę bardzo. Zamiast paniki – rock’n’roll!
Spory komercyjny potencjał – być może nawet większy od „In The Stars” – ma z kolei „Never Wanna Lose You”, choć tym razem Stonesi skręcają wyraźniej w stronę popu i disco. Jest tu więcej tanecznego pulsu, chwytliwego refrenu i lekkości, ale pod tą pozornie beztroską warstwą kryje się klasyczna dla zespołu historia uczuciowych komplikacji. To jeden z tych numerów, które nie wymagają od słuchacza szczególnego przygotowania – po prostu wpadają w ucho i robią swoje.
Nieco inaczej działa „Side Effects” – bardziej zwarty, oparty na cięższym groove’ie rocker z lekko funkowym posmakiem. To jeden z tych numerów, które początkowo mogą wydawać się mniej istotne, ale z każdym kolejnym odsłuchem zaczynają odkrywać przed słuchaczem kolejne warstwy. Jest tu sporo miejsca dla gitar i charakterystycznej dla Stonesów nonszalancji, a sam tytuł okazuje się całkiem trafną metaforą – bo muzyka zespołu również ma swoje „skutki uboczne”: trudno jej słuchać bez choćby delikatnego poruszania głową w rytm.
Stonesi nadal mają coś do powiedzenia
Pod powierzchnią tego całego groove’u i gitar znajduje się jednak sporo bardziej gorzkich obserwacji. Stonesi zawsze byli zespołem bardzo mocno związanym z rzeczywistością swoich czasów – ich najlepsze płyty nie tylko dostarczały świetnej muzyki, ale także mówiły coś o świecie, który znajdował się za drzwiami studia. „Foreign Tongues” nie jest płytą polityczną w klasycznym znaczeniu tego słowa, ale współczesny świat zdecydowanie przedostał się do tekstów Jaggera.
W „Mr Charm”, przywodzącym na myśl klimat kultowego krążka „Some Girls”, dostaje się między innymi współczesnym miliarderom i technologicznym potentatom, z wyraźnym mrugnięciem okiem w stronę Elona Muska. „Covered In You” dotyka natomiast wojny, autorytaryzmu i poczucia życia w świecie, który coraz trudniej zrozumieć.
Jednym z najciekawszych momentów albumu jest „Ringing Hollow”. Country + Stonesi? Oczywiście! Zespół od zawsze miał szczególną relację z amerykańską muzyką i właśnie tutaj słychać to wyjątkowo mocno: jest niespiesznie brzdękająca gitara, charakterystyczny rytm, lekko przybrudzona atmosfera i – przede wszystkim – wspólny wokal Jaggera i Richardsa. Tyle że tym razem Ameryka nie jest wyłącznie źródłem inspiracji, lecz także powodem rozczarowania.
„Ringing Hollow” brzmi jak list miłosny do kraju, który kiedyś dawał Stonesom muzyczne paliwo, ale którego współczesna rzeczywistość coraz bardziej ich niepokoi. To jeden z tych momentów, kiedy doświadczenie zespołu działa na jego korzyść. Jagger i Richards nie muszą niczego udowadniać. Wystarczy, że śpiewają razem – i nagle pojawia się coś, czego nie da się wyprodukować żadnym komputerem: wiarygodność.
Żaden z tych utworów nie jest oczywiście drugim „Street Fighting Man”. Ale trudno oczekiwać, żeby w 2026 roku The Rolling Stones próbowali powtórzyć samych siebie sprzed pół wieku. Zresztą – czy naprawdę muszą?
Keith Richards nadal jest… Keithem Richardsem
W każdej rozmowie o nowych Stonesach pojawia się oczywiście Keith Richards – to już tradycja! Czy jeszcze gra? Czy jeszcze komponuje? Czy jego ręce nadal są w stanie zrobić z gitarą to, co robiły pół wieku temu? Czy rzeczywiście jest starszy niż dinozaury, ale i tak przeżyje nas wszystkich?
Odpowiedź na każde z tych pytań jest krótka: TAK.
I choć „Foreign Tongues” nie jest kolejnym rewolucyjnym albumem w stylu „Exile On Main St.”, to właśnie partie gitarowe są jednym z powodów, dla których ta płyta działa. Richards i jak zawsze dzielnie wspierający go Ronnie Wood nie próbują odtworzyć samych siebie z lat siedemdziesiątych. Ich granie jest starsze, bardziej oszczędne, ale dzięki temu również bardziej świadome. To nie jest muzyka ludzi, którzy muszą pokazać, ile potrafią. To muzyka ludzi, którzy wiedzą dokładnie, czego nie muszą już robić.
Najbardziej osobistą stronę Keitha Richardsa znajdziemy natomiast w „Some Of Us”. To jedna z tych ballad, w których jego charakterystyczny, mocno już „przeżyty” głos działa lepiej niż jakakolwiek techniczna wokalna perfekcja. Co ciekawe, sam Richards przyznał, że pomysł na ten utwór nosił w sobie od wielu lat, zanim wreszcie udało się nadać mu ostateczny kształt. I może właśnie dlatego brzmi on tak naturalnie – jak piosenka, która musiała po prostu doczekać swojego czasu. Jest w niej sporo melancholii, ale przede wszystkim szczerość, której od Keitha nie da się skopiować.
Charlie nadal jest częścią tej historii
Jest jeszcze jeden członek The Rolling Stones, którego obecność na „Foreign Tongues” ma szczególne znaczenie: Charlie Watts. Większość materiału perkusyjnego na płycie zagrał Steve Jordan, który od czasu koncertowego powrotu Stonesów po śmierci Wattsa pełni tę funkcję w zespole. Jednak w „Hit Me In The Head” wykorzystano archiwalną partię perkusji nagraną jeszcze za życia Charliego.
To niby drobny szczegół, ale w przypadku The Rolling Stones nic nie jest do końca drobnym szczegółem. Watts był częścią tej machiny przez niemal sześć dekad. Jego odejście mogło oznaczać definitywny koniec pewnego rozdziału. Tymczasem Stonesi znaleźli sposób, żeby jego obecność była nadal słyszalna na kolejnych wydawnictwach grupy. To przypomnienie, że historia tego zespołu nie została wymazana, a Charlie Watts zawsze będzie jej częścią.
Goście schodzą na drugi plan
„Foreign Tongues” to jednak nie tylko Stonesi i ich stali współpracownicy – jak wspomniany wyżej Steve Jordan, od lat towarzyszący zespołowi basista Darryl Jones czy producent Andrew Watt, który w razie potrzeby dorzucał od siebie różne partie instrumentalne. Dołączona do płyty książeczka wygląda niemal jak lista obecności uczestników wielkiego rockowego zlotu – wśród muzyków, którzy dorzucili swoje trzy grosze, znajdują się przecież takie nazwiska, jak Paul McCartney, Robert Smith, Benmont Tench, Chad Smith, Steve Winwood czy Bruno Mars.
I tutaj dochodzimy do kwestii, którą akurat bardzo doceniam: żaden z gości nie próbuje ukraść Stonesom show. Paul McCartney pojawia się jako basista w „Covered In You”. Robert Smith wnosi swój charakter do „Divine Intervention” i „Never Wanna Lose You”. Benmont Tench i Steve Winwood wzbogacają album partiami klawiszowymi. A Bruno Mars w „Never Wanna Lose You” gra na… krowim dzwonku. Każdy z nich ma swoje miejsce, ale żaden nie próbuje przejąć pierwszego planu. To nie jest parada celebrytów mająca przykryć fakt, że główni bohaterowie albumu nie mają już pomysłów. Wręcz przeciwnie – Stonesi zapraszają znajomych do swojego świata, ale nadal pozostają w nim gospodarzami.
Keith i Ronnie ponownie tworzą charakterystyczną dla Stonesów gitarową pajęczynę – nie tyle grając obok siebie, ile wzajemnie się uzupełniając. Na to wszystko wjeżdża on – Mick. Ten człowiek nadal ma w sobie tę samą bezczelność, która na przestrzeni ponad sześciu dekad uczyniła z niego jednego z najbardziej charakterystycznych frontmanów w historii rocka. Nie chodzi nawet o to, czy każdą nutę śpiewa dzisiaj dokładnie tak jak w 1972 roku – bo oczywiście, że tak nie jest! Chodzi o sposób frazowania, charakter głosu, energię i przede wszystkim osobowość, której nie da się podrobić. Jagger nie próbuje cofnąć czasu – bo i po co? Przecież nawet w wieku 83 lat utrzymuje zdrowie i wokalną formę, której wielu jego młodszych kolegów mogłoby mu zwyczajnie zazdrościć.
Między wspomnieniami a przyszłością
To, że Mick, Keith i Ronnie są tutaj tak mocno wysunięci na pierwszy plan, jest zresztą jednym z tych elementów, które najmocniej odróżniają „Foreign Tongues” od „Hackney Diamonds”. Nowa płyta wydaje się bardziej zespołowa i bardziej naturalna. Producent Andrew Watt ponownie odpowiada za całość, ale tym razem pozwala Stonesom w większym stopniu być Stonesami. Gitary Richardsa i Wooda są bardziej wyeksponowane, brzmienie wydaje się mniej podporządkowane potrzebie stworzenia kolejnego wielkiego powrotu, a więcej w nim zwyczajnego grania zespołu, który doskonale wie, co chce robić.
Jednym z najlepszych przykładów tego podejścia jest przejmująca ballada „Back In Your Life”, trwająca ponad sześć minut – jak na dzisiejsze standardy sporo, ale Stonesi przecież nie muszą i nie mają zamiaru się nigdzie spieszyć. Jagger śpiewa z rzadko spotykaną u niego powściągliwością, zostawiając miejsce dla narastającej dramaturgii, aż wreszcie przychodzi moment, w którym wokalista rzuca tylko: „C’mon, Ronnie!”, a Wood odpowiada jedną z najbardziej przejmujących solówek na całej płycie.
To właśnie tutaj „Foreign Tongues” przestaje być wyłącznie kolejną porcją rock’n’rolla, a zaczyna brzmieć jak coś znacznie bardziej osobistego. I choć Stonesi nie mówią wprost „żegnajcie”, trudno nie pomyśleć, że po sześciu dekadach wspólnej drogi taki utwór może mieć również drugie dno.
A skoro już jesteśmy przy pożegnaniach – dwa covery również dobrze wpisują się w tę opowieść.
„You Know I’m No Good” z repertuaru Amy Winehouse to wybór zdecydowanie bardziej ryzykowny. Stonesi wychodzą poza swój tradycyjny bluesowy kanon i próbują przepisać utwór na własny język. Jagger nie próbuje udawać Amy – i dobrze! Zamiast tego dostajemy jego interpretację, z harmonijką i charakterystycznym stonesowskim ciężarem. Nie jestem jednak przekonany, czy jest to jeden z momentów, do których będziemy wracać za kilka lat.
Znacznie bardziej naturalnie wypada „Beautiful Delilah” Chucka Berry’ego. Tutaj wszystko się zgadza. Berry był jednym z fundamentów muzyki, z której wyrośli Stonesi. Nagrywając jego utwór, zespół nie tyle wykonuje cover, ile przypomina, skąd właściwie się wziął.
Jeśli „Back In Your Life” można potraktować jako nieśmiałe spojrzenie w stronę potencjalnego końca własnej historii, „Beautiful Delilah” stanowi jej piękne domknięcie – powrót do człowieka i muzyki, od których wszystko się zaczęło.
Tyle że… czy na pewno jest to domknięcie tej opowieści?
Stonesi jeszcze nie powiedzieli ostatniego słowa
Bo „Foreign Tongues” nie brzmi jak album na pożegnanie. Nie ma tutaj atmosfery ostatniego rozdziału. Nie ma wielkiego podsumowania kariery ani próby postawienia pomnika własnej legendzie. Jest za to 14 nowych utworów, sporo energii, blues, rock, country, soul, trochę funkowych i tanecznych odjazdów, a przede wszystkim zespół, który nadal chce być zespołem. Jagger, Richards i Wood po raz kolejny pokazują, że metryka może być co najwyżej ciekawostką – nie definicją ich muzyki.
„Foreign Tongues” jest płytą zespołu, który zna wszystkie swoje zalety, zna również swoje ograniczenia, ale nie zamierza pozwolić, żeby wiek decydował o tym, kiedy należy przestać grać. Może i nie zawiera utworu, który za kilka dekad będzie wymieniany jednym tchem z „Gimme Shelter”, „Jumpin’ Jack Flash” czy „Start Me Up”. Nie ma też takiego momentu jak „Angry” czy „Sweet Sounds of Heaven” z „Hackney Diamonds”. Ale jeżeli ktoś oczekuje, że The Rolling Stones w 2026 roku nagrają utwór zmieniający historię rocka, prawdopodobnie powinien posłuchać czegoś innego. Jeżeli natomiast oczekuje dobrej, świeżej płyty zespołu, który istnieje od ponad sześciu dekad – „Foreign Tongues” ma naprawdę sporo do zaoferowania.
I może właśnie dlatego The Rolling Stones w 2026 roku wciąż brzmią wiarygodnie. Nie dlatego, że brzmią jak w 1962, 1974 czy 1989 roku – tylko dlatego, że wciąż brzmią jak The Rolling Stones.
A w przypadku zespołu, który już wkrótce będzie mógł powiedzieć, że istnieje od 65 lat, to jest naprawdę cholernie dużo.
The Rolling Stones – „Foreign Tongues”
Premiera: 10 lipca 2026
Wydawca: Polydor Records/Universal Music
Producent: Andrew Watt
Tracklista:
- Rough And Twisted
- In The Stars
- Jealous Lover
- Mr Charm
- Divine Intervention
- Ringing Hollow
- Never Wanna Lose You
- Hit Me In The Head
- You Know I’m No Good
- Some Of Us
- Covered In You
- Side Effects
- Back In Your Life
- Beautiful Delilah