„Sztuka to nie produkt, a kapitał nie może wygrać z muzyką” – Bart, Birds in Row [WYWIAD]

Screamo, etyka DIY, presja mediów społecznościowych, polityczne zaangażowanie i głęboka więź z polską publicznością. W szczerej rozmowie Bart, muzyk francuskiej grupy Birds in Row, opowiada o kulisach przełożonej trasy, kontuzji kolana, ewolucji brzmienia od płyty „Gris Klein”, a także o tym, dlaczego prawdziwy sukces mierzony jest relacjami z ludźmi, a nie stanem konta.

Nieplanowana trasa, kontuzja kolana i cyfrowy detoks

Zniknęliście na jakiś czas z mediów społecznościowych i przestaliście często koncertować. Skąd ta przerwa?

Bart: Planowaliśmy zakończyć trasę koncertową ubiegłego lata. Nasz ostatni występ odbył się w Londynie u boku Alexisonfire – był to prawdopodobnie największy koncert, jaki kiedykolwiek zagraliśmy. Pomyśleliśmy wtedy, że to idealny moment, by postawić kropkę nad i, zatrzymać się i poczekać na skrystalizowanie się nowego materiału. W międzyczasie założyliśmy jednak nowy zespół – Pain Magazine. Potrzebowaliśmy czasu, aby dopracować ten projekt, wydać płytę i ruszyć w trasę.

Wrześniowa trasa Birds in Row w ogóle nie miała się wydarzyć. W kwietniu graliśmy pojedyncze koncerty z Pain Magazine, m.in. w Wiedniu i Kopenhadze, usytuowane w mocno odstających od siebie terminach – dzieliło je sześć dni. Wracanie do domu we Francji i ponowny wyjazd na północ nie miały sensu, więc stwierdziliśmy: „Wciśnijmy w środek kilka koncertów Birds in Row!”. Dawno nie graliśmy w Polsce i okolicach z materiałem z nowej płyty. Zabukowaliśmy daty, ale wtedy… złamałem kolano.

Co za pech!

Bart: Złamałem kolano, a w Birds in Row nie jestem w stanie grać na siedząco. Musieliśmy przełożyć te występy. Ponieważ organizatorzy i promotorzy włożyli już w nie mnóstwo pracy, nie chcieliśmy niczego odwoływać – zależało nam jedynie na zmianie terminu. I oto jesteśmy, grając tę nadrabianą, wrześniową trasę.

Co do mediów społecznościowych – zazwyczaj to ja odpowiadam za nasze profile. W pewnym momencie odpuściłem jednak nawet swoje prywatne konta, bo po prostu miałem tego dość. Odczuwam to środowisko jako toksyczne. Z zawodu jestem tatuażystą, więc moja praca w dużej mierze zależy od obecności w sieci, podobnie jak funkcjonowanie zespołu. Dlatego bywam tam z doskoku – a razem ze mną cały zespół.

Pytam, bo dzisiaj zniknięcie z sieci bywa postrzegane niemal jak branżowe samobójstwo. Ludzie mogliby pomyśleć, że całkowicie zawieszacie działalność.

Bart: W naszym przypadku absolutnie tak nie jest. Osoby, które znają nas od samego początku, wiedzą, że nigdy nie przepadaliśmy za mediami społecznościowymi. Gdy zaczynaliśmy ok. 2009 roku, wszyscy siedzieli na MySpace. Zrezygnowaliśmy z tego z wielu powodów i przez pewien czas posiadaliśmy wyłącznie własną stronę internetową. Później pojawił się Facebook, więc musieliśmy tam dołączyć, ale nie sądzę, byśmy kiedykolwiek korzystali z niego z wielkim entuzjazmem. Podobnie jest z Instagramem.

Nie znoszę poczucia, że musisz być tam codziennie, przypominając ludziom o swoim istnieniu. Na zespoły wywierana jest dziś ogromna presja. Niektórzy promotorzy koncertowi przestali wykonywać swoją pracę i zrzucają cały ciężar promocji wydarzeń na muzyków. Podobnie niektóre wytwórnie – wydają płytę i oczekują, że to zespół zrobi całą reklamę. Social media z narzędzia pomocniczego stały się kolejnym ciężarem na barkach artystów.

Oczywiście robimy to, co konieczne. Jeśli chcemy poruszyć ważny temat, np. polityczny, udostępniamy odpowiednie treści, najczęściej z mojego prywatnego profilu. Nie chcę jednak podporządkowywać temu swojego życia. Wolę wkładać energię w komponowanie muzyki i dawanie dobrych koncertów niż w tworzenie ładnych zdjęć czy kreowanie kretyńskich rolek.

Zaangażowanie polityczne

Wspomniałeś o polityce. Czy według Ciebie istnieje granica, której artysta nie powinien przekraczać? Ostatnio głośno było m.in. o konflikcie wokół wypowiedzi Macklemore’a i reakcji branży na trasie Ed Sheerana. Czy artyści powinni angażować się w takie tematy, czy raczej zachować opinie dla bliskich?

Bart: Wywodzimy się ze sceny, w której antyfaszyzm i zaangażowanie społeczne stanowią fundament wszystkiego, co robimy. Byłoby dziwne, gdybym powiedział, że zespół nie powinien wypowiadać się na tematy polityczne.

Kwestia Palestyny z mojej perspektywy we Francji wygląda tak, że dla tamtejszej lewicy obrona wolnej Palestyny jest czymś oczywistym. Wiem, że w innych krajach – chociażby w Niemczech – ten temat traktowany jest zupełnie inaczej. Niemniej, jeśli czujesz potrzebę stanięcia po stronie ludzi poddawanych przemocy i rzezi – a o ludobójstwie w Palestynie mówią wprost chociażby instytucje ONZ – to uciszanie takich głosów jest po prostu porażające.

Co do całej tej historii z milionerami, Edem Sheeranem czy Macklemore’em – wypowiedzi Sheerana uważam za mocno nietrafione, ale cała ta sytuacja jest symptomatyczna dla współczesnego świata. Głosy popierające Palestyńczyków są masowo uciszane. To smutne, bo rola artysty polega na używaniu swojego głosu w imieniu tych, którym ten głos odebrano.

Artyści mają siłę – może nie po to, by od razu zmieniać świat, ale by być nośnikiem idei i wspierać potrzebujących. Na naszych profilach może nie ma o tym codziennych wpisów, ale na scenie zawsze mówimy o tych sprawach głośno. Kiedy jako artysta milczysz w sprawie tego, co dzieje się w twoim społeczeństwie, stajesz się wyłącznie produktem. Wtedy kapitał wygrywa nad sztuką.

Wasza muzyka jest niezwykle osobista, a jednocześnie dotyka uniwersalnych uczuć wyobcowania, lęku i niepewności. Jak wygląda u Was proces komponowania? Piosenka zaczyna się od emocji, osobistego doświadczenia czy od konkretnego motywu muzycznego?

Bart: Zazwyczaj najpierw powstaje muzyka, a słowa dochodzą na samym końcu. Nie jestem specjalnie duchową osobą, ale w tworzeniu muzyki z innymi ludźmi jest jakaś magia. Przynoszę do sali prób pomysł na riff gitarowy, zaczynamy wspólnie jamować i pod koniec dnia mamy utwór, którego rano w ogóle się nie spodziewaliśmy.

Gdy słucham nagrań z naszych prób, w mojej głowie od razu pojawiają się konkretne słowa, frazy i rytm wokalu. Temat tekstu przychodzi bardzo szybko – muzyka sama dyktuje mi nastrój i problematykę, czy to osobistą, czy polityczną. Tworzy się dzięki temu głęboka, wręcz organiczna więź między tym, co gramy, a tym, co śpiewam.

Czy słyszałeś kiedyś zarzut, że powinieneś pisać bardziej optymistyczne teksty?

Bart: Uważam, że w gruncie rzeczy jesteśmy bardzo optymistyczni! Nasze koncerty mają charakter katartyczny. Świat bywa okropny i mroczny, ale wciąż mamy przyjaciół, rodziny i wsparcie innych ludzi. Możemy budować coś razem, by zmienić rzeczywistość na lepszą. Jesteśmy realistami – wiemy, że nie wszystko jest kolorowe i kroczymy ciemną ścieżką, ale inni ludzie trzymają dla nas pochodnie i pomagają nam iść naprzód.

Od zawsze kochałem mroczną muzykę, z której wyziera optymizm – dającą energię do walki o kolejny dzień, do stawania się lepszym człowiekiem i po prostu do przetrwania. To właśnie staramy się przekazać.

Ewolucja brzmienia, Radiohead i orkiestra

Z każdym kolejnym wydawnictwem Birds in Row ewoluuje. Jak rozpoznajesz moment, w którym naprawdę rozwijacie swoje brzmienie, a nie zmieniacie się tylko dla samej zmiany?

Bart: Zawsze istnieje pewna ciągłość, bo wciąż jesteśmy tymi samymi ludźmi o podobnych inspiracjach. Jesteśmy trio, więc nie dodamy nagle wielkiej orkiestry – wciąż będziemy brzmieć jak zespół screamo / post-hardcore.

Chęć wnoszenia nowych brzmień wynika też z faktu, że dorastamy i słuchamy nowej muzyki. Przy tworzeniu albumu „Gris Klein” po raz pierwszy w życiu naprawdę odkryłem Radiohead. Wcześniej ich nie słuchałem, a ich twórczość mocno zainspirowała mnie do pchnięcia granic naszego zespołu nieco dalej.

Poza tym, gdy wydajesz płytę złożoną z 11 utworów i grasz je na trasach przez cztery lata, nie chcesz w nieskończoność powtarzać tego samego szablonu. Zmiana przychodzi naturalnie. Nie chcemy po prostu odcinać kuponów od sukcesu poprzednich wydawnictw, lecz dokładamy naszą małą cegiełkę do sceny, na której wyrośliśmy.

Może jednak powinieneś pomyśleć o tej orkiestrze? To mogłoby być ciekawe!

Bart: Orkiestra jest niesamowicie droga! To ta druga strona medalu, haha…

Reklama

Lata koncertowania na pewno zmieniły Twoje spojrzenie na relację między zespołem a publicznością. Co jest w niej najważniejsze?

Bart: Od zawsze towarzyszy nam świadomość, że dziś stoimy na scenie, ale jutro możemy być po tej drugiej stronie i oglądać kogoś innego. W tym tkwi piękno sceny punkowej – nie ma tu miejsca na „gwiazdorzenie” czy sztuczne bariery dzielące zespół od ludzi. Wszyscy jesteśmy częścią tej samej społeczności.

Po każdym koncercie staramy się rozmawiać z ludźmi. Często słyszymy: „Ten utwór bardzo pomógł mi w trudnym momencie życia”. Odpowiadam wtedy: „Mnie również pomógł, kiedy go pisałem i kiedy gram go co wieczór na scenie”. Chcemy zobaczyć naszą muzykę w oczach innych, ponieważ sami jesteśmy dla siebie najsurowszymi krytykami. Kiedy kończysz nagrywać płytę, często myślisz: „To do niczego, powinniśmy zrobić to inaczej”. dopiero na koncertach, widząc tańczących, śpiewających i przeżywających te emocje ludzi, doceniasz prawdziwą moc utworów. Gdybyśmy nie grali na żywo, ten zespół nie miałby sensu.

Zauważasz różnice w reagowaniu publiczności w zależności od kraju?

Bart: Zdecydowanie. To kwestie kulturowe. Stereotypy o publiczności niemieckiej czy francuskiej nie biorą się znikąd i po części są prawdziwe. Ale to nie znaczy, że jakaś publiczność jest „lepsza” lub „gorsza”. Sam nie jestem osobą, która tańczy w tłumie na koncertach – wolę stać, patrzeć i chłonąć muzykę. Jeśli ludzie nie szaleją pod sceną, wcale nie uważam koncertu za nieudany.

Choć trzeba przyznać, że Niemcy bywają szczerzy do bólu. Potrafią podejść po występie i powiedzieć bez ogródek: „Kocham wasz zespół, ale dzisiejszy koncert był naprawdę do chujowy”, haha…

A co z polską publicznością?

Bart: Moje postrzeganie Polski jest mocno ukształtowane przez pierwsze wrażenia z naszej pierwszej europejskiej trasy. Poznaliśmy wtedy we Wrocławiu faceta imieniem Łukasz, który organizował nasz koncert. Ciągle stroił sobie z nas żarty, nawiązując do utartych stereotypów o Polsce – powtarzał z powagą: „Widzicie? Mamy tu bieżącą wodę w kranie! Mamy nawet łyżki!”. Byłem w szoku i nie rozumiałem tego ironicznego poczucia humoru.

Szybko jednak zrozumiałem, że to bardzo specyficzne – nieco sarkastyczne, z zewnątrz chłodne, ale kryjące ogromne serce. To taki wschodni charakter: przyjeżdżasz, ludzie wydają się twardzi jak skała, a po chwili pękają jak skorupka jajka, otwierają się i tworzy się między wami prawdziwa, głęboka więź. Energia na polskich koncertach zawsze była niesamowita. Bardzo brakowało nam występów u Was, dlatego powrót do Polski był dla nas tak ważny.

Słyszałeś kiedyś o tzw. polskim uśmiechu?

Bart: Czy to ten odwrócony uśmiech? BARDZO przypomina mi to mieszkańców Paryża! Jeśli pojedziesz do Paryża, zobaczysz dokładnie to samo – ludzie nie uśmiechają się tam bez powodu. Może to kolejna rzecz, która nas łączy!

W Waszych kompozycjach czuć ogromne napięcie i przestrzeń. Ciche, powściągliwe fragmenty sprawiają, że te najcięższe momenty uderzają z jeszcze większą siłą. Jak ważna jest dla Was dynamika i pauza?

Bart: Dynamika to fundament naszej pracy, zwłaszcza na ostatnich albumach. Lubię grindcore, w którym dostajesz 20 sekund czystej chłosty w twarz, ale w muzyce, którą tworzymy, chcemy opowiadać historie. Przenosić słuchacza w różne miejsca.

Uwielbiam to w post-hardcorze i post-rocku – słuchasz utworu przez dziesięć minut i nagle uświadamiasz sobie: „Rany, jesteśmy teraz w cichym, spokojnym miejscu, a na początku szalała sztormowa burza”. Zależy nam na opowiadaniu historii nie tylko w ramach jednej piosenki, ale też w skali całej płyty czy setlisty koncertowej. Miejsca na oddech pozwalają wybrzmieć emocjom innym niż sama czysta złość.

Odrodzenie sceny i odpowiedzialność

Scena hardcore i punk zmieniła się od czasu, gdy zaczynaliście. Co we współczesnym undergroundzie daje Ci nadzieję, a co uważasz za wyzwanie?

Bart: W ostatnich latach nieco oddaliliśmy się od samej sceny DIY, więc trudno mi oceniać całą Europę, ale we Francji obserwujemy wspaniałe odrodzenie sceny screamo. Pojawia się na niej znacznie więcej kobiet oraz osób różnorodnych tożsamościowo i płciowo.

To wspaniały kierunek. Choć na naszej scenie od zawsze dużo mówiło się o feminizmie, antyfaszyźmie i antyrasizmie, to w rzeczywistości większość zespołów tworzyli biali faceci. Zmiana tego układu jest niezwykle cenna.

Jesteśmy trzema białymi, heteroseksualnymi gośćmi. Mamy wszelkie możliwe przywileje. Zrozumieliśmy, że najlepsze, co możemy zrobić, to ustąpić miejsca innym, którzy tego miejsca nie mieli wcale. Nie zamierzam wygłaszać długich przemówień o feminizmie, bo sam nie jestem kobietą. Wolę zobaczyć na scenie zespół z kobietami w składzie, które same opowiedzą o swoich doświadczeniach. Cieszę się, że ta scena staje się bardziej zbalansowana, choć przed nami wciąż długa droga.

Wspomniałeś o pieniądzach. Czy posiadanie pieniędzy równa się sukcesowi?

Bart: Absolutnie nie. Wszystko zależy od tego, jak definiujesz swój cel. Sukcesem może być uznanie ze strony zespołów, które sam podziwiasz i z którymi dzielisz scenę. Ian MacKaye z Fugazi powiedział kiedyś słowa, które często cytuję: „Samo stworzenie piosenki z przyjaciółmi w sali prób jest już ogromnym sukcesem”. Uprzedmiotowienie emocji w muzyce, robienie tego, co kochasz – to jest prawdziwy sukces.

Fakt, że dziś zarabiamy na graniu muzyki, jest dla nas czymś całkowicie niespodziewanym. Nigdy do tego nie dążyliśmy. Z jednej strony czuję ogromną wdzięczność, że mogę utrzymywać się z muzyki na niszowej scenie, z drugiej – przynosi to pytania i dylematy, których wcześniej nie przewidziałem.

Jednak największym sukcesem, jaki osiągnąłem z Birds in Row, jest możliwość podróżowania z przyjaciółmi i poznawania ludzi. Gdyby nie punk rock, nie miałbym pieniędzy na podróże i prawdopodobnie nigdy w życiu nie odwiedziłbym Poznania ani Wrocławia.

Co przyniesie przyszłość?

Czego słuchacze mogą spodziewać się po Birds in Row w najbliższej przyszłości?

Bart: Jestem bardzo podekscytowany pisaniem nowej muzyki, choć nie potrafię jeszcze powiedzieć, jak będzie brzmieć, bo pracę zaczynamy dopiero pod koniec roku. Chcemy stworzyć w sali prób warunki do eksperymentowania i zobaczyć, co z tego wyniknie. Jednego możecie być pewni – to wciąż będzie Birds in Row. Jutro nie staniemy się zespołem popowym!

Patrząc wstecz na Wasze wcześniejsze wydawnictwa – słyszysz je dzisiaj inaczej?

Bart: Tak! Przygotowując się do niedawnego koncertu, musieliśmy przesłuchać „Gris Klein” oraz „We Already Lost the World”. Pamiętam, że pisząc „Gris Klein”, zastanawiałem się, jak zdołamy przeskoczyć poprzeczkę zawieszoną przez „We Already Lost the World”. Wydawało mi się wtedy, że osiągnęliśmy nasz szczyt. Dziś uważam, że „Gris Klein” jest albumem znacznie lepszym.

Z kolei nasze najwcześniejsze demo czy „You Mean the Violence” wspominam z ogromnym sentymentem. Słychać tam autentyczność. „You Mean the Violence” pisaliśmy późnymi nocami po pracy i nie mieliśmy czasu, by dopracować go w studiu, dzięki czemu brzmi tak surowo.

Nie słucham własnej muzyki na co dzień – robię to tylko przed trasą, by przypomnieć sobie partie i teksty. Ale cieszę się, że z albumu na album nasza dyskografia staje się coraz lepsza. Mam wielką nadzieję, że utrzymamy tę wznoszącą falę również przy kolejnej płycie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *