Sześć hymnów z ciemności. Cezary „Cezar” Augustynowicz (Christ Agony) [WYWIAD]

Wywiad z Cezarym „Cezarem” Augustynowiczem (Christ Agony) o powstaniu „Anthems”, dziewięciu latach ciszy, powrocie do twórczości i kondycji współczesnej sceny black metal.

Po dziewięciu latach przerwy Christ Agony wraca z „Anthems” – albumem, który powstawał etapami, w ciszy i poza sceną, ale z pełną świadomością tego, co ma wybrzmieć. W rozmowie Cezary „Cezar” Augustynowicz opowiada, jak wyglądały te lata, co zatrzymało go na tak długo i co sprawiło, że muzyka zaczęła wracać naturalnie, bez presji i bez obowiązku.

Anthems” to Wasz pierwszy album od dziewięciu lat. Co spowodowało tak długą ciszę i co ostatecznie przywróciło impuls do działania?

– Dziewięć lat ciszy to efekt złożonego procesu – zarówno życiowego, jak i twórczego. Z perspektywy czasu widzę, że ten okres był mi po prostu potrzebny. Nie chciałem nagrywać kolejnej płyty z poczucia obowiązku, presji czy przyzwyczajenia. Musiałem dojść do momentu, w którym twórczość znów wypływa ze mnie naturalnie i szczerze.

Nie ukrywam, że przez pewien czas zmagałem się z własnymi demonami. Choroba alkoholowa spowolniła mnie jako człowieka i artystę. Przez lata dryfowałem, próbując trzymać ster, ale dopiero trzy lata temu na dobre oczyściłem swoje życie i zacząłem budować je od nowa – świadomie, trzeźwo, uczciwie wobec siebie. Ten powrót do równowagi był kluczowy, bo dopiero wtedy mogłem znów spojrzeć sobie w oczy bez wstydu i zrozumieć, że mam jeszcze coś ważnego do powiedzenia.

Impuls do działania przyszedł w naturalny sposób. W pewnym momencie muzyka po prostu zaczęła wracać – nie jako obowiązek, ale jako potrzeba. „Anthems” to w dużej mierze efekt tego wewnętrznego odrodzenia. Album, który nie jest powrotem „na siłę”, ale konsekwencją odzyskania własnego głosu i spokoju. Dlatego te dziewięć lat milczenia nie traktuję jako straty – raczej jako czas dojrzewania do czegoś autentycznego.

Czy „Anthems” powstawał od razu jako spójna wizja, czy był raczej efektem długiego procesu i zmiennych stanów twórczych?

Anthems” nie był od początku zamkniętą wizją. To nie jest album zaplanowany na chłodno, według gotowego schematu. Powstawał długo, w różnych momentach mojego życia, więc siłą rzeczy stał się zapisem zmiennych stanów – zarówno twórczych, jak i emocjonalnych.

Pierwsze szkice pojawiły się jeszcze krótko po „Legacy”, ale ich ostateczna forma dojrzewała latami. Muzyka potrafiła we mnie cichnąć na miesiące, by potem wrócić z ogromną intensywnością. To było bardziej jak gromadzenie energii niż ciągła praca. I dopiero kiedy uporządkowałem swoje życie i odzyskałem jasność umysłu, te rozrzucone elementy zaczęły układać się w spójną całość.

Dlatego „Anthems” jest jednocześnie albumem bardzo procesowym i bardzo spójnym. Powstawał etapami, ale finalnie wszystko złączyło się w jeden wyraźny kierunek. To, co łączy wszystkie utwory, to atmosfera – ciężka, powolna, pełna mrocznego majestatu. I to właśnie przyszło naturalnie, nie z założenia. Można powiedzieć, że wizja nie była punktem startu, ale efektem dojścia do samego siebie.

Album momentami brzmi jak rytuał – mistyczny i hipnotyczny (wykorzystałeś na nim znane na Antypodach didgeridoo). Czy duchowość odgrywa dziś w Twoim tworzeniu taką samą rolę jak kiedyś? Hymn jako rodzaj wypowiedzi, jest zawołaniem, zwróceniem się do kogoś, czegoś. Te sześć hymnów na albumie można odbierać jako przekaz mający określonego adresata, czy to po prostu odbicie stanu Twego ducha na przestrzeni tych lat, w których album „Anthems” powstawał?

Duchowość zawsze była fundamentem Christ Agony, ale z czasem jej znaczenie się zmieniło – dojrzało. Kiedyś była to bardziej bezpośrednia fascynacja mrokiem, symboliką, rytuałem. Dziś to głębszy proces: kontemplacja, droga do wnętrza, oswajanie własnych demonów. Dlatego „Anthems” rzeczywiście brzmi momentami jak rytuał – bo ja ten rytuał naprawdę przeszedłem.

Didgeridoo nie jest tu egzotycznym dodatkiem. Wprowadza pierwotny rezonans, coś na kształt oddechu ziemi. Pasowało idealnie do tej muzyki, bo cały album ma w sobie medytacyjny puls, trans, który wynika z mojej własnej przemiany.

Czy te sześć hymnów ma konkretnego adresata? W pewnym sensie tak – ale nie jest to jednoznaczne wskazanie „komu” czy „czemu” są dedykowane. One są raczej formą dialogu: z siłą, która mnie prowadzi, z cieniem, który zawsze był częścią mojej natury, i z samym sobą sprzed lat. To zapis drogi, jaką przeszedłem. Każdy z tych hymnów to etap, refleksja, oczyszczenie.

Można je odbierać jako rytualne zawołanie, ale równie dobrze jako odbicie mojego wewnętrznego stanu na przestrzeni tych lat milczenia. Nie nagrywałem tego albumu „dla świata”, tylko z potrzeby serca, świadomości i duchowej walki. Dlatego właśnie brzmi tak, jak brzmi: ciężko, majestatycznie, hipnotycznie – bo jest autentycznym śladem mojego przejścia przez ciemność.

Jakie były reakcje fanów na „Anthems”? Zaskoczyło Cię coś po premierze?

Reakcje przerosły moje oczekiwania. Po tylu latach milczenia nie wiedziałem, jak „Anthems” zostanie przyjęte – czy ludzie nadal będą gotowi wejść w ten świat, zanurzyć się w tę symbolikę, w ten ciężar emocji.

A jednak od pierwszych dni po premierze czułem ogromne wsparcie i niezwykle intensywny odbiór. Wielu fanów pisało, że to dla nich najdojrzalszy i najbardziej poruszający materiał Christ Agony od dawna – że te sześć hymnów otwiera przed nimi zupełnie nowe przestrzenie, zarówno muzyczne, jak i duchowe.
Zaskoczyło mnie szczególnie to, że odbiór był tak emocjonalny. Ludzie dzielili się ze mną bardzo osobistymi historiami – o swoich kryzysach, poszukiwaniach, o tym, jak „Anthems” rezonuje z ich własnymi doświadczeniami. To pokazało mi, że nie stworzyłem po prostu kolejnego albumu, ale coś, co potrafi dotknąć człowieka na głębszym poziomie.

Odbiór „Anthems” utwierdził mnie w przekonaniu, że warto było czekać, pracować w swoim tempie, i pozwolić tej muzyce dojrzeć. Dla mnie to album przełomowy – ale dzięki reakcji słuchaczy czuję, że jest także ważny dla nich. I to chyba największe zaskoczenie oraz największa nagroda.

Wiadomo, że Daray jest bardzo zajętym muzykiem w kilku zespołach, z Dimmu Borgir i Hunter na czele. Kiedy właściwie dograł partie do numerów na „Anthems”? I czemu właśnie on gra na płycie?

Daray nagrał swoje partie w kilku podejściach – pracowaliśmy tak, jak pozwalał mu czas pomiędzy jego zobowiązaniami w Dimmu Borgir, Hunter i innych projektach. Ale muszę podkreślić jedno: kiedy tylko decydowaliśmy, że „to jest ten moment”, on wchodził do studia w pełnej gotowości. Nie było półśrodków, nie było pośpiechu. Każda sesja była konkretna, skupiona i pełna energii.

To, że jest rozchwytywanym muzykiem, wcale nie było przeszkodą – wręcz przeciwnie. Znamy się od lat, pracowaliśmy razem wcześniej, więc jest między nami naturalne zrozumienie, zarówno muzyczne, jak i emocjonalne. Już na etapie pierwszych szkiców wiedziałem, że te kompozycje potrzebują takiego bębniarza, jak on: precyzyjnego, potężnego, a jednocześnie intuicyjnego i czującego klimat mroku, transu, rytuału.

Dlaczego właśnie on? Bo Daray nie tylko gra – on współtworzy atmosferę. Jego styl jest jak żywioł, który idealnie dopełnia moje wizje. „Anthems” to album rytualny, hipnotyczny, a zarazem agresywny. Perkusja musiała oddychać i pulsować, być sercem tego materiału. Daray ma tę rzadką umiejętność, by łączyć technikę z duchowością. Zna moje podejście, mój język muzyczny, mój świat symboli – i potrafi to wszystko przełożyć na własny instrument.

Dlatego nie szukałem nikogo innego. Wiedziałem, że jeśli „Anthems” ma zabrzmieć jak wezwanie, jak mantra, jak sześć pieśni skierowanych ku ciemności i światłu jednocześnie, to potrzebuję bębniarza, który potrafi wejść w ten świat bez słów. Daray zrobił to naturalnie. Jakby te utwory czekały właśnie na niego.

Na albumie „Anthems” zagrał także na perkusji w dwóch utworach August, pozostałe dwa nagrałem sam. Wynikało z bardzo naturalnego procesu powstawania Anthems. Ten album rodził się etapami, w różnych latach, w różnych stanach ducha – dlatego część muzyki powstawała „od wewnątrz”, intuicyjnie, zanim w ogóle pomyślałem o zapraszaniu kogokolwiek do współpracy.

Dwa utwory, które nagrałem na perkusji sam, były na tyle osobiste i surowe, że w tamtym momencie chciałem, aby pozostały w formie najbardziej pierwotnej – prosto z mojego ciała i rytmu serca. To były kompozycje, przy których nie szukałem wirtuozerii, tylko transu, pulsacji i emocjonalnej szczerości. Czasem pewien niedoskonały gest, pewien zaklęty rytm, zagrany spontanicznie, ma większą siłę niż perfekcyjnie zarejestrowany track.

Z kolei August pojawił się w idealnym momencie – jego styl, pełen energii, młodej dzikości i naturalnego feelingu, świetnie dopełnił dwa konkretne utwory, w których potrzebowałem właśnie tego typu żywiołu. Zna klimat Christ Agony, zna mój sposób pracy i doskonale czuje granie „z wnętrza”, a nie z kalkulacji.
Tak więc to nie była kwestia przypadku czy braku ludzi – to była świadoma decyzja artystyczna. Anthems to album zrodzony z lat ciszy, walki i odrodzenia, dlatego każdy rytm, czy mój, czy Augusta, jest częścią tej samej drogi. Dla mnie ważniejsze od techniki było to, aby każdy fragment miał prawdę w sobie.

Dziś można wypuścić album z domowego studia i puścić go w świat bez wsparcia labelu. Czy klasyczne wydawanie płyt ma jeszcze sens? Jesteś wprawdzie wspierany przez Deformeathing Production, ale czy nigdy nie myślałeś, żeby trzymać nad wszystkim pieczę, jak np. Watain, który od lat licencjonuje swoje albumy?

-To prawda – dziś technologia pozwala stworzyć album w pełni niezależnie i wypuścić go w świat bez udziału wytwórni. Znam ten model i bardzo go szanuję, ale jednocześnie uważam, że klasyczne wydawanie płyt nadal ma sens, pod warunkiem że współpraca opiera się na zaufaniu i wspólnej wizji.

W przypadku Anthems to właśnie Deformeathing Productions dało mi pełną wolność twórczą, a przy tym zajęło się logistyką, dystrybucją, fizycznym wydaniem i promocją – czyli rzeczami, które zabierają ogrom energii i czasu. Ja wolę tę energię kierować w muzykę, a nie w administrowanie wszystkim wokół.

Oczywiście mógłbym spróbować modelu licencjonowania, tak jak robi Watain, ale to wymaga całego zaplecza, którego nie chciałem tworzyć od zera. Christ Agony to dla mnie przede wszystkim przestrzeń duchowa i artystyczna, nie firma produkcyjna. Wolę oddać pewne aspekty ludziom, którzy się w tym specjalizują, a samemu skupić się na tym, co stanowi sedno – na kreowaniu muzyki i budowaniu atmosfery.

Tak naprawdę nieważne, czy płyta wychodzi przez duży label, małą wytwórnię czy w pełnym DIY – ważne jest, aby droga była uczciwa, a wydawca rozumiał, co niesie ta muzyka. Z Deformeathing Productions mam właśnie taką relację, dlatego „Anthems” mogło powstać i ukazać się w sposób spójny z moją wizją.

Przemysł muzyczny przeszedł rewolucję. Jak funkcjonuje dziś niezależny zespół w świecie streamingu, algorytmów i płatnej uwagi?

To prawda – świat muzyki został całkowicie przedefiniowany. Kiedyś wszystko opierało się na fizycznych nośnikach, koncertach i klasycznej promocji. Dziś niezależny zespół musi funkcjonować w rzeczywistości streamingu, social mediów i algorytmów, które decydują o tym, czy ktoś w ogóle zobaczy Twoją muzykę.
Paradoks polega na tym, że z jednej strony każdy może wypuścić materiał i dotrzeć do odbiorców na całym świecie, a z drugiej — bez strategii, regularności i pewnej umiejętności poruszania się w tym cyfrowym chaosie, łatwo zniknąć w tłumie.

Dla mnie kluczowe stało się jedno: nie gonić za algorytmem, tylko robić swoje. Christ Agony nigdy nie było projektem masowym ani komercyjnym. To muzyka, która żyje własnym rytmem i trafia do tych, którzy jej szukają — często głębiej, poza mainstreamem.

Streaming zmienił rynek, ale nie zmienił jednego: szczerości nie da się zastąpić algorytmem. Jeśli muzyka jest prawdziwa, znajdzie odbiorcę – czy to w sieci, czy na fizycznym albumie, który wraca dziś do łask, szczególnie w metalowym podziemiu.

Słyszałeś nowy numer Mayhem? Zwiastuje coś interesującego? Czy wciąż czekasz na ich płyty z ciekawością?

– Tak, słyszałem nowy numer. Mayhem to zespół, który od początku budował fundamenty całej sceny, więc zawsze podchodzę do ich nowych wydawnictw z pewną ciekawością. Trudno jednak oceniać całą płytę po jednym utworze – traktuję to raczej jako zapowiedź kierunku, w jakim chcą pójść.
Szanuję ich historię, konsekwencję i to, że wciąż potrafią zaskoczyć. Jeśli cały album utrzyma klimat i intensywność tego singla, to na pewno będzie to materiał, który warto sprawdzić.

Czytałeś książkę Dayala Pattersona o black metalu? Czy według Ciebie dobrze oddaje istotę tego ruchu, czy to raczej publicystyczna impresja? Czy kontaktował się z Tobą?

Nie czytałem jeszcze książki Dayala Pattersona o black metalu i nie kontaktował się ze mną w tej sprawie. Znamy się jednak osobiście i kilkakrotnie spotkaliśmy się w Londynie podczas koncertów Christ Agony.

Ostatnio znów głośno o Cradle Of Filth. Czy uważasz, że dziś kontrowersja sprzedaje się lepiej niż muzyka?

Nie sądzę, żeby kontrowersja była kluczem do wartości muzyki, ale w dzisiejszych czasach medialnych i społecznościowych prowokacja często przyciąga uwagę szybciej niż sam kunszt artystyczny. Cradle Of Filth od lat balansuje między muzyką a teatralnym wizerunkiem, co oczywiście działa w kontekście promocji, ale dla mnie najważniejsza pozostaje autentyczność i jakość muzyki.

Reklama

Nergal często wywołuje burze w social mediach – czy robi to z potrzeby ekspresji czy tylko dla uwagi? I jak patrzysz na odgrywanie albumu „Sventevith” z Misþyrming zamiast aktualnego składu Behemoth?

To jest jego prywatna sprawa, nic mi do tego. Każdy robi to co uważa w danym momencie za słuszne – i ja to szanuje.

Kilka lat temu w Garage Pubie w Krakowie wystąpiłeś z laptopem, co zdenerwowało fanów. Christ Agony znów pojawi się tam po latach. Czy to symboliczne zadośćuczynienie?

Tak, można to tak odczytać. Tamten występ był eksperymentem, próbą innych środków wyrazu, które nie spotkały się z oczekiwaniami fanów. Powrót do Garage Pub po latach jest dla mnie symboliczną okazją, by pokazać prawdziwą siłę i energię Christ Agony na żywo, w pełnym wymiarze, bez kompromisów.

Jak oceniasz dzisiejszą kondycję polskiej i światowej sceny blackmetalowej? Duchowe odrodzenie, stagnacja czy światowa potęga polskiego black metalu?

Polska scena blackmetalowa jest dziś mocna i zróżnicowana. Mamy zarówno zespoły kontynuujące tradycję, jak i nowe projekty eksperymentalne, które poszerzają granice gatunku. Światowo Polska jest ceniona, choć nadal wiele wartościowych zespołów pozostaje w cieniu. To nie tyle stagnacja, co etap ewolucji — duch black metalu nadal żyje, ale wyraża się na różne sposoby, w zależności od twórców i kontekstu społecznego.

Czy sukces Mgły Cię zaskoczył? Czy ich podejście do black metalu różni się od Twojego?

Sukces Mgły nie jest dla mnie zaskoczeniem, bo zawsze śledziłem ich twórczość i wiedziałem, że mają ogromny potencjał. Ich podejście do black metalu jest inne niż moje – bardziej skupione na minimalizmie i precyzji, podczas gdy ja zawsze dążyłem do tworzenia pełnych atmosfery, wielowarstwowych kompozycji. Oba podejścia mają swoje miejsce i wartość w tym gatunku.

Co z projektem Moon – czy usłyszymy nowy materiał?

Na tę chwilę nie skupiam się nad nowym materiałem dla projektu Moon. W tym roku ukaże się nowy album Topielicy, równolegle pracuję nad reedycją „Demonology” z czterema bonusowymi utworami, a od początku przyszłego roku rozpoczynam nagrania debiutanckiego albumu projektu SOLARKVLT, który powołaliśmy do życia wspólnie z Flaurosem (Mastiphal, Darzamat).

Twój projekt Faustus zadebiutował w 2025. Zrobiłeś wszystko sam. Czy będzie kontynuacja? Koncerty?

Drugi album FaustuS jest praktycznie na ukończeniu – pozostało mi jedynie nagrać wokale do wszystkich utworów. Podobnie jak przy debiucie, całą muzykę nagrałem i wyprodukowałem we własnym domowym studio. Jeżeli chodzi o koncerty to będę o tym myślał po wydaniu trzeciego dużego materiału.

Z kim ze starej gwardii polskiego black metalu utrzymujesz kontakt?

Utrzymuję kontakt przede wszystkim z ludźmi, z którymi pracowałem w różnych projektach przez lata – zarówno z członkami zespołów takich jak Vader, Behemoth czy Darzamat, jak i z osobami z bardziej undergroundowej sceny. Czasem spotykamy się prywatnie, czasem przy okazji koncertów lub wspólnych przedsięwzięć muzycznych. W dobie portali społecznościowych ten kontakt jest o wiele łatwiejszy, bo w jednej chwili możesz napisać do kilku osób, kiedyś trzeba było napisać list, pójść na pocztę i go wysłać.. to była magia….

Mauser wrócił do grania z Vader. Jak na to zareagowałeś? Jest szansa na wspólny materiał?

Mauser od samego początku – gdy tylko się poznaliśmy lata temu – był bardzo mocno wpatrzony w Vader i tak naprawdę docelowo zawsze podświadomie pragnął uczestniczyć w tym przedsięwzięciu. W Christ Agony nie realizował się jako gitarzysta , grał na basie i spełniał swoją rolę znakomicie. Mauser jest doskonałym gitarzystą i bardzo się cieszę że realizuje siebie na różnych płaszczyznach.

Czy jest projekt muzyczny, który od lat siedzi Ci w głowie, a jeszcze go nie zrealizowałeś?

– Tak.

Wracasz po długiej przerwie – co chciałbyś przekazać fanom swoim i Christ Agony?

Chciałbym przede wszystkim podziękować fanom za cierpliwość i wierność przez te wszystkie lata. „Anthems” to powrót do pełnej siły, ale też świadome spojrzenie w przyszłość – nowe kompozycje, nowe emocje, nowe doświadczenia. Mam nadzieję, że fani odnajdą w tej muzyce zarówno energię, jak i głębię, które od zawsze były sercem Christ Agony. Dla mnie to także osobisty triumf – powrót do sztuki i życia po latach, które były trudne, a jednocześnie kształtujące.

Bardzo Ci dziękuję za poświęcony czas i do zobaczenia na koncertach!

– Wielkie dzięki za tę rozmowę i do zobaczenia!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *