Sound of The Ages Festival w Stratocastle przy Zamku Ćmielów 22.08.2026
Powiem szczerze, jeszcze kilka lat temu nic nie wiedziałem o istnieniu Ćmielowa i pewnie, gdyby nie impreza Janka Borysewicza na 40-lecie LADY PANK, a kilka dni po niej Sound of The Ages Festival, o którym pragnę skreślić kilka słów, pewnie nadal nic bym nie wiedział.
Na miejsce przyjechaliśmy pod koniec występu czeskiego METAL FACTORY. I zanim dotarliśmy pod scenę, było już po ich występie.
Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to organizacja – zważywszy, że była to pierwsza tego typu impreza w Ćmielowie, wszystko było przygotowane perfekcyjne: profesjonalna obsługa przy wejściu, zaplecze gastronomiczne, scena, obsługa techniczna czy miejsca parkingowe. Do tego naprawdę fajna miejscówka, ze świeżo odremontowaną główną częścią zamku, w którym jak się potem okazało, znalazła się największa w Europie wystawa gitar – ponad 300 eksponatów, wszystkie instrumenty z autografami. Obok gitar znalazło się tu sporo różnych artefaktów związanych z muzyką rockową: okładki winyli z autografami, zdjęcia, i różne gadżety, w sumie dwa piętra z pokaźną ilością eksponatów, które zrobiły na nas ogromne wrażenie.
Pierwszy band, który udało nam się zobaczyć to DEATHYARD, na którego czele stoi były wokalista Popiór. Cóż, nie ukrywam, że mimo nienagannego wykonania muzyka tego zespołu, jak i kapeli, która zagrała po nich (chodzi o LEASH EYE) nie zrobiła na mnie specjalnego wrażenia. Zresztą jak się potem okazało, nasze zespoły dość mocno odstawały poziomem od zespołów, które wystąpiły po nich.
Zanim na scenę wstąpił MASTERPLAN, pod nią nie było wielu fanów. Było to dość niepokojące, zważywszy, że organizator przygotował nie lada atrakcje na ten dzień. Na szczęście z każdą chwilą fanów pod sceną przybywało.
Ekipa Rolanda Grapowa przygotowała tego dnia dość krótki, ale treściwy set. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie sekcja rytmiczna tego zespołu: Jari Kainulainen / Kevin Kott, dzięki tym panom pulsowało wszystko intensywną energią. Koncert, choć zagrany w pełnym słońcu spełnił swoją rolę, odpowiednio podkręcając atmosferę, która z każdym utworem ku uciesze zespołu gęstniała pod sceną bardziej. Nie mogło być inaczej, skoro tego dnia zespół zagrał m.in. takie tuzy jak Shadow Man, Soulborn czy nieco helloweenowy Heroes. Na tym koncercie dominowały przede wszystkim utwory z debiutu, do pełni szczęścia zabrakło Jørna Lande. Tak czy inaczej, to był naprawdę dobry występ, czuło się na scenie prawdziwą radość grania. Miło było ponownie zobaczyć po 25 latach ten band w tak dobrej formie. A to, co wyczyniał na gitarze mistrz ceremonii Roland Grapow, to istne szaleństwo.
W okolicach koncertu GUS G. & RONNIE ROMERO zauważyłem, że publiczności zrobiło się znacznie więcej, co rokowało naprawdę dobrze, tym bardziej że bawiliśmy się świetnie. Oto na scenę wyszedł niebanalny wirtuoz gitary, Gus G. Wielu z Was kochających twórczość Diamentowego Króla pewnie wie, że po odejściu Andy’ego LaRocque, to właśnie Gus G. zajął jego miejsce, ale póki co nie uprzedzajmy faktów. Od samego początku na scenie Gus G. emanował niezwykłą energią, porywając swoją niezwykłą lekkością i precyzją. Przyglądając się, co ten człowiek wyczynia gitarą, wcale nie zdziwiło mnie, że padło na niego, jeśli chodzi o zastępstwo mistrza Andy’ego LaRocque. Tego dnia obok utworów z repertuaru GUS G. & RONNIE ROMERO było nam dane usłyszeć kilka klasycznych dzieł z repertuaru takich tuzów jak RAINBOW, BLACK SABBATH, DEEP PURPLE czy OZZY OSBOURNE. To była prawdziwa magia, ludzie chłonęli jak gąbka te klasyczne utwory typu Kill the King, The Mob Rules, Highway Star, Bark at the Moon czy Shot in the Dark. Oczywiście to nie wszystkie utwory wykonane tego wieczoru. Całość koncertu zamykał War Pigs BLACK SABBATH, to było coś, co na długo pozostanie w pamięci wielu maniaków, którzy trafili do Ćmielowa, dla takich chwil warto żyć.
Po tak doskonałym koncercie NAZARETH miał niełatwe zadanie przebicia tego występu, jak się potem okazało, były to słuszne obawy. Ostatni raz było mi dane oglądać ich występ u boku DEEP PURPLE na Hard Rock Heroes Festival w Hali Tauron Arena 3 lata temu. Wtedy na początku byłem pełen obaw czy aby nowy wokalista jest w stanie zastąpić tak charyzmatyczny głos Dana McCafferty’ego. Jak się potem okazało nowy frontman, Carl Sentance, nie dość, że godnie zastąpił mistrza, to jeszcze sprawił, że ten zespół emanował niezwykłą energią. Trzy lata po krakowskim występie NAZARETH miało być mi dane ponownie zobaczyć na żywo tę legendarną formację, o dziwo Carla już w zespole nie było, za to pojawił się kolejny wokalista w postaci Lintona Osborne’a, który wokalnie był bliższy głosowi Dana, jednak nie potrafił już na scenie wykrzesać z zespołu tej dawnej energii. Dodatkowym problemem był dobór setlisty i choć tym razem zespołu postawił przede wszystkim na kompozycje z tytanicznego dzieła Hair Of The Dog, wydaje się, że publiczność oczekiwała innej setlisty z najbardziej znanymi hitami zespołu. Oczywiście utwory z tego najbardziej hardrockowego albumu NAZARETH było miło usłyszeć, ale nie było w nich dawnej mocy, wszystko było jakby rozmyte, zagrane na zwolnionych obrotach, wyraźnie wyczuwało się zmęczenie i nie pomogło nawet wyciągnięcie takich dział jak Miss Misery ze wspomnianego Hair Of The Dog, Telegram, Dream On, czy cover z repertuaru THE EVERLY BROTHERS – Love Hurts. I choć te utwory na pewno poruszyły czułe struny, głos Lintona Osborne’a naprawdę brzmiał bardzo dobrze, to mimo to NAZARETH nie był w stanie przebić występu poprzedników. Może po prostu tego dnia zespół miał słabszy dzień? Marzy mi się jeszcze kiedyś zobaczyć ten band na żywo, by wykonali w całości 2XS. Czy to możliwe, nie wiem?
Tak czy inaczej, byłem szczęśliwy, że było mi dane zobaczyć ponownie ten legendarny kwartet, kto wie może ostania szansa, by cieszyć się ich muzyką na żywo. Czas płynie szybko, a ostatni członek oryginalnego składu NAZARETH, Pete Agnew, w tym roku świętował swoje 79. urodziny. Dlatego tym bardziej mam wielki szacunek, że w tym wieku gra koncerty.
Po występie NAZARETH nie wiem czemu znikła lwia część publiczności, niech żałują ci, którym nie było dane zobaczyć występu MICHAELA SCHENKERA. To już mój drugi koncert tej trasy, wcześniej widziałem występ tego niesamowitego artysty 16 kwietnia 2025 roku w krakowskim Klubie Kwadrat. Dlatego wiedziałem, czego mogę się spodziewać, choć powiem Wam, że ten koncert w Ćmielowie przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Choć skład zespołu na tym koncercie uległ całkowitej zmianie, nie zaburzyło to niczego – to był jedyny w swoim rodzaju występ, coś, co na długo zapadnie w pamięci jako coś magicznego. Tego wieczoru Michael emanował niespożytą energią. Było widać, że był w radosnym nastroju, który udzielił się nam wszystkim – łzy wzruszenia i ściskające za serca gitarowe tyrady zapierały dech w piersiach. Na tym występie było nam dane usłyszeć takie klasyki z repertuaru UFO jak Shoot Shoot, Only You Can Rock Me, Hot 'n’ Ready, Doctor Doctor, czy bardzo oczekiwana przez moją małżonkę instrumentalna ballada Belladona. Oczywiście nie zabrakło solowych popisów sekcji rytmicznej, czy rozbudowanej wersji Rock Bottom, gdzie Michael czarował na gitarze, aż oniemiałem. Na koniec kapela zagrała Too Hot to Handle, w sumie 18 klasycznych numerów z repertuaru UFO. Ależ te numery w tym wykonaniu potrafią człowieka porwać, to była prawdziwa uczta dla duszy. Wyszedłem z tego koncertu z bananem na twarzy i cały czas jak pomyślę o tym koncercie, towarzyszy mi euforyczny nastrój – macie tak czasem? To naprawdę jedyne w swoim rodzaju uczucie.
Mam nadzieję, że ten festiwal nie był jednorazowym zrywem i za rok znowu będzie nam dane spotkać się w tym wspaniałym miejscu – to, co do zobaczenia za rok?
Leszek Wojnicz Sianożęcki


































































































