Savatage miał w swojej historii więcej niż jeden skład, który można nazwać klasycznym, ale ten z przełomu lat 80. i 90. zajmuje miejsce szczególne. To właśnie wtedy zespół wychodził z etapu bezpośredniego, agresywnego heavy metalu i coraz śmielej wchodził w rejony bardziej teatralne, progresywne i kompozycyjnie rozbudowane. Madness Reigns From The Gutter (1990) dokumentuje ten moment z rzadką intensywnością. Nie jest to tylko ciekawostka dla kolekcjonerów, ale pełnoprawny album koncertowy, który pokazuje Savatage w jednej z najbardziej elektryzujących faz kariery.
Materiał zarejestrowano 29 czerwca 1990 roku w klubie The Palace w Hollywood, podczas trasy promującej Gutter Ballet. Koncert pierwotnie miał charakter radiowej transmisji, ale dziś wraca jako starannie przygotowane wydawnictwo earMUSIC. To ważne, bo Savatage z tamtego okresu od dawna funkcjonował wśród fanów niemal jak legenda: zespół brutalny, precyzyjny, emocjonalny i na tyle ambitny, by nie mieścić się już w prostych ramach klasycznego metalu.
Między „Hall Of The Mountain King” a teatralnym rozmachem
Żeby zrozumieć wagę tej płyty, trzeba wrócić do miejsca, w którym Savatage znajdował się kilka lat wcześniej. Po bardziej komercyjnym Power Of The Night i nieudanym Fight For The Rock grupa potrzebowała nowego kierunku. Ten przyszedł wraz z producentem Paulem O’Neillem i albumem Hall Of The Mountain King, na którym Savatage odzyskał ciężar, ale jednocześnie zaczął myśleć szerzej: bardziej epicko, bardziej dramatycznie, bardziej świadomie.
Gutter Ballet rozwinął tę przemianę. Zespół nie porzucił metalowych korzeni, ale dołożył fortepian, większą dramaturgię i niemal musicalowe napięcie. Co ważne, na scenie te elementy nie odbierały muzyce mocy. Przeciwnie – w koncertowym wydaniu tytułowy „Gutter Ballet” czy „When The Crowds Are Gone” brzmią nie jak ozdobniki do ciężkiego repertuaru, ale jak naturalna część tego samego, mrocznego świata.
Właśnie dlatego Madness Reigns From The Gutter (1990) jest tak cenne. Album łapie Savatage w przejściowym momencie: jeszcze bez pełnego zanurzenia w późniejszy „Broadway metal”, ale już daleko od surowego grania z pierwszych płyt. To zespół w ruchu, ale nie rozchwiany. Przeciwnie – wyjątkowo pewny siebie.
Jon Oliva prowadzi ten koncert jak szalony kaznodzieja
Od otwierającego „City Beneath The Surface” słychać, że Savatage nie zamierza budować nastroju ostrożnie. Jon Oliva wchodzi w koncert jak ktoś, kto ma publiczność w garści od pierwszych sekund. Jego głos jest chropowaty, napastliwy, teatralny, czasem niemal obłąkańczy, ale nigdy przypadkowy. Potrafi wrzasnąć, zadrwić, przycisnąć frazę do ściany, a chwilę później wprowadzić emocjonalny ciężar, który nie ma nic wspólnego z metalową pozą.
To szczególnie dobrze działa w zestawie, który prowadzi słuchacza przez różne odcienie Savatage: od starszych, bardziej bezpośrednich numerów, przez „24 Hrs. Ago” i „Strange Wings”, po bardziej monumentalne fragmenty z Gutter Ballet. Oliva nie tylko śpiewa te utwory. On je rozgrywa scenicznie, jakby każdy kolejny numer był osobną sceną w większym spektaklu.
Criss Oliva jest sercem tej płyty
Największym bohaterem albumu pozostaje jednak Criss Oliva. Jego gra nie była popisem dla samego popisu. To nie był gitarzysta, który traktował utwór jak pretekst do demonstracji techniki. Oliva grał tak, jakby gitara była drugim głosem zespołu: melodyjnym, nerwowym, dramatycznym i boleśnie ludzkim.
Na Madness Reigns From The Gutter (1990) słychać to szczególnie w „When The Crowds Are Gone” i „Hounds”. W pierwszym z tych utworów gitara niemal dopowiada to, czego wokal nie musi już wypowiadać. W drugim pędzi z dziką energią, ale nawet tam nie gubi sensu melodii. Criss Oliva miał rzadką umiejętność łączenia precyzji z emocją. Jego solówki nie odrywają się od kompozycji, tylko ją podnoszą.
Jeśli płyta ma jeden wyraźny problem, dotyczy on właśnie gitary Crissa. Miks jest bardzo dobry, selektywny i mocny, ale momentami chciałoby się, żeby gitara prowadząca była odrobinę bardziej wysunięta. Nie dlatego, że ginie, lecz dlatego, że ten materiał żyje w dużej mierze dzięki niej. Bas Johnny’ego Lee Middletona brzmi świetnie – jest mocny, czytelny i nie zalewa całości. Perkusja Steve’a Wacholza ma odpowiedni ciężar. Ale przy takim gitarzyście niedosyt kilku decybeli jest zrozumiały.
Zespół gra ostro, ale nie traci kontroli
Jedną z największych zalet tego wydawnictwa jest to, że pokazuje Savatage jako zespół jednocześnie dziki i zdyscyplinowany. Chris Caffery wzmacnia całość gitarą rytmiczną i partiami klawiszy, dzięki czemu Criss Oliva może swobodniej prowadzić partie solowe. Middleton i Wacholz trzymają konstrukcję w ryzach, ale nie grają mechanicznie. Ten koncert ma puls, pot i brud, których często brakuje współczesnym koncertówkom doprowadzonym do sterylności.
„Strange Wings” przypomina, że Savatage miał potencjał na znacznie większą popularność, niż faktycznie osiągnął. „Gutter Ballet” wypada z należnym rozmachem, bez utraty ciężaru. „Hall Of The Mountain King” i „Power Of The Night” przypominają o bardziej klasycznie metalowym obliczu grupy, a „Thorazine Shuffle” jest jednym z tych momentów, które pokazują, że zespół nie potrzebował żadnej sztucznej podpórki, żeby przenieść studyjny niepokój na scenę. Middleton przejmuje tu motyw, który w wersji studyjnej miał inny charakter, i robi to z bardzo dobrym skutkiem.
Finałowe „Devastation” działa jak domknięcie epoki. Po tej trasie Savatage miał pójść jeszcze mocniej w stronę teatralnej narracji i rozbudowanych form. Tutaj słychać ostatni moment, w którym metalowa agresja i dramatyczna ambicja są jeszcze idealnie zrównoważone.
Lepsze niż zwykły dokument z archiwum
Wydawnictwo można zestawiać z Ghost in the Ruins/Final Bell, bo oba albumy pokazują Savatage z podobnie ważnego okresu. Madness Reigns From The Gutter (1990) ma jednak własny ciężar. Jest bardziej skupione na konkretnym momencie przemiany, bardziej surowe emocjonalnie i jednocześnie bardzo dobrze przygotowane brzmieniowo. To nie brzmi jak bootleg podniesiony do rangi oficjalnego wydawnictwa. To pełnoprawny album koncertowy z archiwum, który naprawdę wnosi coś do dyskografii.
Największa wartość tej płyty polega na tym, że nie próbuje dopisywać historii po latach. Ona po prostu pokazuje zespół w formie, która broni się sama. Jon Oliva jest tu wulkanem ekspresji, Criss Oliva gra partie, które wciąż potrafią zatrzymać uwagę, a cała grupa brzmi jak organizm napędzany wspólnym napięciem.

Madness Reigns From The Gutter (1990) to album obowiązkowy dla fanów Savatage i bardzo mocny koncertowy dokument dla każdego, kto chce usłyszeć, jak amerykański heavy metal przechodził w bardziej ambitną, teatralną formę bez utraty ciężaru. Jedyny poważniejszy zarzut dotyczy tego, że gitara Crissa Olivy mogłaby być chwilami wyraźniej wyeksponowana. Poza tym trudno traktować tę płytę jako zwykły dodatek do katalogu. To zapis zespołu w szczytowym momencie: głodnego, ostrego, emocjonalnego i w pełni świadomego własnej siły.