Sabaton triumfalnie zakończył The Legendary Tour w Sztokholmie [ZDJĘCIA]

W miniony weekend Sabaton zakończył swoją europejską trasę koncertową promującą nowy album „Legends” na oczach ponad 25 tysięcy widzów w Sztokholmie. Okraszone najbardziej monumentalną produkcją, jaką do tej pory towarzyszyła występom metalowej grupy z Falun, zaiste było to show godne miana legendarnego!

Kiedy okazało się, że ze względu na inne zobowiązania zawodowe (zdjęcia na łyżwiarskim Warsaw Cup same się nie zrobią…) nie będę mógł uczestniczyć w tegorocznym występie Sabatonu w Krakowie, nie byłem szczególnie rozczarowany – uznając po prostu, iż to dobry powód, by raz jeszcze w tym roku udać się do mojego ukochanego Sztokholmu. To właśnie tam, w stolicy swojej ojczyzny, piątka metalowych nauczycieli historii miała zakończyć najbardziej epicką trasę, jaką do tej pory przygotowała – The Legendary Tour. Czułem, że czeka mnie tam coś specjalnego – i to nie tylko dlatego, że panowie pochodzący z mroźnego Falun wpadli na pomysł, by w grudniu zakończyć trasę stadionowym (!!!) koncertem w swym znanym z niskich temperatur kraju. I rzeczywiście – był to wyjątkowy wieczór. Na całe szczęście, pomyliłem się tylko w kwestii temperatury – atmosfera pod zamkniętym dachem stadionu 3Arena, na co dzień będącego domem dwóch sztokholmskich klubów piłkarskich, Djurgårdens i Hammarby, była naprawdę gorąca, i to od samego początku!

Wstęp, czyli The Legendary Orchestra

Show otworzyła The Legendary Orchestra, która powstała specjalnie na potrzeby tej trasy z inicjatywy jednego z liderów Sabatonu, basisty Pära Sundströma. Jej liderkami zostały: charyzmatyczna wokalistka i dyrygentka Noa Gruman, wirtuozka skrzypiec Mia Asano oraz Patty Gurdy, której mistrzowskie użycie liry korbowej nadaje brzmieniu unikalną, średniowieczną fakturę. To niezwykłe trio stanęło na czele kolektywu elitarnych muzyków orkiestrowych, który miał za zadanie zaprezentować przekrój największych hitów Sabatonu, przearanżowanych i zinterpretowanych na nowo w epickiej, symfonicznej odsłonie.

Choć wielu fanów mogło zastanawiać się, czy orkiestra otwierająca show metalowego zespołu to aby na pewno właściwa decyzja, okazała się ona strzałem w dziesiątkę. Niemalże wagnerowska w swoim rozmachu, The Legendary Orchestra zaprezentowała doprawdy porywające aranżacje trzynastu utworów Sabatonu, na czele z takimi klasykami, jak „Ghost Division”, „Bismarck” „Angels Calling” czy „Swedish Pagans”. Instrumenty smyczkowe, dęte, perkusja i wokale połączyły się, tworząc wspaniałą mieszankę dramatyzmu i mocy, zacierające granice między metalem i muzyką klasyczną. Po prostu nie mogło być lepszego sposobu na otwarcie wieczoru w prawdziwie majestatycznym stylu!

Interludium, czyli starcie wodzów

Publiczność była już zatem porządnie rozgrzana, gdy aktorzy przebrani za Napoleona Bonaparte, Juliusza Cezara i Czyngis-chana – jedni z bohaterów najnowszego albumu „Legends” – pojawili się na ulokowanej w samym środku boiska małej scenie, aby odegrać scenki stanowiące wstęp do głównego show. Po kilkunastu minutach wypełnionych monologami i dialogami historycznych postaci (które, szczerze mówiąc, mogłyby być chociaż nieco krótsze) oczom publiczności ukazali się wreszcie przebrani za templariuszy członkowie Sabatonu (bez Hannesa van Dahla, który od razu zajął miejsce przy perkusji). Z sufitu opuszczony został długi most, po którym zespół udał się w kierunku głównej sceny, przypominającej zamek z blankami i wieżami, i w końcu nadszedł czas na główne danie wieczoru!

Sabaton przejmuje arenę

Wciąż w strojach imitujących zbroje templariuszy i krążąc pomiędzy dwiema scenami, Sabaton otworzył swoje show energicznym wykonaniem pierwszego promującego nowy album singla, niemalże liturgicznej pieśni „Templars”, i porywającego „The Last Stand”, pochodzącego z wydanego w 2016 roku krążka o tym samym tytule. Sporo wysiłku włożono w to, by show było nie tylko koncertem, ale pełnoprawnym teatralnym widowiskiem – nie dość, że imitująca średniowieczne zamczysko scena była wprost monumentalna, to jeszcze kostiumy zmieniały się nieustannie, a każdy utwór przynosił nowe efekty: od ognia, przez dym, po nagłe eksplozje.

Na scenę powracały też postaci, które poznaliśmy we wstępnej fazie show. Oświetlony krwistoczerwonym światłem Czyngis-chan wymachiwał szablą, rozkazując swym mongolskim oddziałom szturm na zamek podczas „Hordes Of Khan”, a Napoleon pojawił się ponownie podczas „I, Emperor”, by postraszyć publiczność kilkoma wystrzałami z armat. Z kolei Juliusz Cezar, któremu towarzyszyli dwaj rzymscy gwardziści, majestatycznie przemierzał scenę podczas „Crossing The Rubicon”, najwyraźniej zapominając, że w każdej chwili jego plany mogą zostać pokrzyżowane przez dwóch Galów i małego psa.

Oszałamiający „Carolus Rex”

Pomiędzy tym wszystkim frontman Sabatonu, Joakim Brodén, krążył po scenie niczym najwytrawniejszy z wszystkich dowódców, podrywając tłum do wspólnego śpiewania, podczas gdy maszyny pirotechniczne wyrzucały z siebie co jakiś czas rozżarzone do białości podmuchy. Cała publiczność dostała gęsiej skórki, gdy zespół narzucił na siebie płaszcze Szwedzkiej Gwardii Królewskiej, by z odpowiednią czcią wykonać „Carolus Rex”, oczywiście w swoim rodzimym języku. Chórzyści z The Legendary Orchestra, którzy w tym momencie powrócili na scenę, zajmując miejsca na murach obronnych, sprawili, że refreny unosiły się aż pod sam sufit. To było wręcz oszałamiające!

Z utworem „The Red Baron” okraszonym motywami związanymi z walkami myśliwców, show nabrało klimatu kina wojennego z lat siedemdziesiątych – i tak pozostało aż do kolejnego numeru, „Stormtroopers”. Z kolei na kawałek „A Tiger Among Dragons” zespół założył na siebie dalekowschodnie zbroje, a Brodén przejął obowiązki gitarzysty od Chrisa Rörlanda i Thobbego Englunda, którzy w zamian zaczęli grać… na tradycyjnych chińskich bębnach.

Spektakularny koniec wyjątkowej trasy Sabatonu

Latarki telefonów rozświetliły calutką arenę podczas poruszającej ballady „Christmas Truce”, której towarzyszyły wirujące po scenie płatki śniegu i złote reflektory oświetlające mury obronne. Głos Joakima złagodniał, a chór brzmiał wyjątkowo uroczyście. Nie było tu aktorów, tylko nastrój, wspomnienia i ból historii. Kolejny utwór o I wojnie światowej, „Soldier Of Heaven”, przywrócił wcześniejszą teatralność za pomocą wzbudzającej niepokój gry świateł, jakby przygotowując widzów najbardziej brutalną wizualizację tego wieczoru, „The Attack of the Dead Men”. Cała sala rozbłysła zielenią, a zespół przeszedł w szeregu przez most na małą scenę, prowadzony przez ukrytego pod maską gazową Joakima w desperackiej ucieczce przed okropnościami wojny.

Finałowa część występu to przypomnienie o czystej sile przebojów w arsenale Szwedów, z utworami „Night Witches”, „Primo Victoria”, „Steel Commanders”, „En Livstid I Krig” i „To Hell and Back”, które poderwały do wspólnej zabawy wypełnioną po brzegi arenę. Publiczność z zapałem wykrzykiwała słowa kolejnych piosenek, podczas gdy scena wciąż płonęła. Za każdym razem, gdy Brodén unosił pięść w górę, cała arena robiła to samo. Zamykający zestaw „Masters Of The World” z debiutanckiego albumu Sabatonu był triumfalnym zakończeniem tego epickiego show. Na wszystkich spadło konfetti, a kwintet, raz jeszcze udawszy się na most łączący obie sceny, przyjął zasłużone brawa. Gdy ostatnie płomienie zgasły, a światła nabrały łagodniejszych odcieni, cały zespół, wspierany przez członków swej orkiestry, stanął na brzegu sceny – wyraźnie wyczerpany, lecz triumfujący.

Występ Sabatonu w Sztokholmie był doprawdy spektakularny. Scenografia zapierała dech w piersiach, setlista była wyjątkowo dobrze wyważona, a narracja utrzymywała widowisko w napięciu od początku do końca. To było show, którego jakość ciężko będzie przebić – ale nie z takimi wyzwaniami radziła sobie ta piątka dzielnych Szwedów!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *