Warszawa, pierwszy wtorek listopada. Fakt, że jest środek tygodnia pracy, w połączeniu z późnojesiennym chłodem sprawia, że mieszkańcy stolicy myślą głównie o tym, by jak najszybciej dotrzeć z pracy do swych domów, odgrzać zakupiony po drodze obiad i w spędzić resztę wieczoru, oglądając seriale na Netflixie. Wsiadając do metra na stacji centrum, w większości nie mają pojęcia, że już za chwilę, tuż za rogiem, dwóch wirtuozów rocka połączy siły, by dać oszałamiający koncert w klubie Hybrydy.
Choć obaj od początku swych karier demonstrowali olbrzymi potencjał, szerokie uznanie zdobyli dopiero, gdy nawiązali bliską współpracę z dwoma prawdziwymi ikonami hard rocka i heavy metalu. Grecki gitarzysta Gus G. (urodzony jako Kostas Karamitrudis) grał u boku niedawno zmarłego Ozzy’ego Osbourne’a przez prawie dekadę, zaś wywodzący się z Chile wokalista Ronnie Romero przez prawie pięć lat asystował Ritchiemu Blackmore’owi w odnowionym Rainbow, a następnie ekscentrycznemu, acz genialnemu Michaelowi Schenkerowi w jego ukochanej Michael Schenker Group. Obaj na przestrzeni lat mieli także własne, znakomite projekty – choć takie nazwy Firewind (Gus) czy Lords of Black (Romero) przeciętnemu słuchaczowi rocka mówią zapewne niewiele, to jednak wciąż mają w środowisku wielu oddanych fanów. Nic zatem dziwnego, że wspólna trasa obu panów, wspieranych dodatkowo przez urodzonego we Włoszech basistę Andreę Arcangeliego i belgijskiego perkusistę Johana Nuneza wywołała dość spore zainteresowanie w całej Europie – także w Polsce, gdzie mimo relatywnie mało sprzyjających okoliczności przyrody klub Hybrydy wypełnił się niemal po brzegi.
Węgierska rozgrzewka, czyli Stardust na scenie
Zanim jednak scenę objęli w posiadanie Ronnie i Gus, za rozgrzanie widzów wzięła się węgierska formacja Stardust, będąca jednym z najgorętszych nowych projektów w świecie melodyjnego rocka. Grupa pod przewodnictwem Ákosa Horvátha po wydanej w 2016 roku debiutanckiej EP-ce nagrała dwa znakomicie przyjęte przez fanów albumy studyjne, jednak do tej pory nie koncertowała zbyt wiele, na co niewątpliwie wpływ miał fakt, że jej pierwszy krążek ukazał się w czasach COVIDu. Przyznam szczerze, że dość mocno ostrzyłem sobie zęby na jej występ – jako fan tego nurtu staram się zobaczyć na żywo wszystkie ciekawsze zespoły do niego się zaliczające, a była to jedna z pierwszych okazji, by zobaczyć Stardust poza terytorium Węgier.
Niezwykle sympatyczni Madziarzy podeszli do tematu mocno zadaniowo – skoro mieli otworzyć wieczór przed istnym przeglądem największych hitów hard&heavy, uznali, że należy zaprezentować widzom coś, co trafi w ich gusta. Wybrali zatem do setlisty zestaw swoich najostrzejszych kawałków, na czele z „War”, „The Fire” i „Eye To Eye”, dorzucając jako bonus medley numerów „Burn” i „Storbringer” z repertuaru Deep Purple. Podejście poniekąd słuszne – zagrali naprawdę znakomicie i pod koniec występu widać było, że zaskarbili sobie sympatię sporej części zgromadzonych. Osobiście wolałbym jednak, by zamiast coverów Purpli zagrane zostały największe hity samego Stardusta, na czele z niesamowitymi utworami „Runaway” i „Bullet To My Heart” z ich wspaniałej pierwszej płyty – nieco lżejszymi niż zagrane tego wieczoru, za to cholernie przebojowymi – ale cóż, widocznie nie można mieć wszystkiego i pozostaje mi się cieszyć, że w ogóle wreszcie udało się zobaczyć zespół na żywo. Może uda mi się wybrać na ich jubileuszowy koncert, który ma się odbyć 19 grudnia, oczywiście w Budapeszcie, i nadrobić braki w setliście?









Ronnie Romero i Gus G. przejmują Hybrydy
Po takiej rozgrzewce publiczność była dobrze przygotowana na główne danie wieczoru, czyli występ Ronniego i Gusa z kolegami. Show otworzyły instrumentalne utwory greckiego wirtuoza gitary, „Force Majeure” i „Quantum Leap”, dzięki którym Gus, Johan i Andrea mieli okazję popisać się swoimi umiejętnościami w pełnej krasie – bez „zakłóceń” w postaci głosu wokalisty. Jednak dopiero kiedy Romero w końcu pojawił się na scenie, by wykonać swoją piosenkę „Castaway On The Moon”, można było poczuć, że wszystkie elementy układanki są na swoim miejscu i główna część koncertu rozpoczęła się na dobre.
Od tego momentu oryginalne utwory, zaczerpnięte z solowych projektów Gusa i Ronniego, przeplatały się z coverami tych ponadczasowych utworów, z którymi obaj artyści mieli styczność na przestrzeni swych wieloletnich karier. Pojawiły się zatem utwory Rainbow – „Kill The King” i „Stargazer”, „Highway Star” Deep Purple, a nawet zaskakujący „Cold Sweat” Thin Lizzy. Przerywnikiem w tej liście heavymetalowych przebojów wszechczasów był jedyny faktycznie wspólny utwór Ronniego i Gusa, „My Premonition”. Oczywiście, nad wszystkim unosił się duch nieodżałowanego Ozzy’ego Osbourne’a – już w początkowej fazie koncertu pojawił się „The Mob Rules” z repertuaru Black Sabbath, zaś praktycznie cały bis poświęcony był Księciu Ciemności, na co złożyły się jego solowe numery „Bark At The Moon” i „Shot In The Dark” oraz kultowy „War Pigs” Sabbathów.
Przez cały koncert Ronnie Romero z niezwykłą wprawą rozprawiał się z trudną setlistą, raz po raz udowadniając, dlaczego uznawany jest za jednego z najzdolniejszych wokalistów w świecie współczesnego rocka – niewielu potrafi śpiewać równie emocjonalnie jak on, a jego umiejętność operowania głosem i dostosowywania go do repertuaru jest doprawdy unikatowa. Także Gus G. raz po raz udowadniał, dlaczego jest uważany za jednego z najlepszych instrumentalistów swojego pokolenia – niezwykła precyzja i prędkość, z jaką gra, w połączeniu z ewidentną pasją, jaką wkłada w każdy dźwięk, sprawia, że byłby cennym nabytkiem w każdym zespole. Tym wtorkowym wieczorem w Hybrydach, pełnym celebracji ponadczasowej muzyki, obaj artyści pokazali, że są godnymi następcami Osbourne’a, Dio i Iommiego. Kiedy dwóch muzyków tego kalibru, w tak świetnej formie, zderza się ze sobą i okazuje się, że lubią występować razem na scenie, nie pozostaje im nic innego, jak tylko nieść razem płomień rocka. A nam, skromnym widzom – cieszyć się, że możemy zobaczyć taką współpracę na własne oczy!

















