W minioną niedzielę Gdańsk zamienił się w gniazdo piratów, a nad B90 spokojnie mógł zawisnąć „Jolly Roger”, czyli niesławna bandera z czaszką i piszczelami. Oto bowiem długo wyczekiwany abordaż na ten klub urządzili królowie pirackiego metalu, czyli szkocka grupa Alestorm. A to oznaczało wieczór pod znakiem zakrapianej rumem zabawy, dmuchanej kaczki i powermetalowych szaleństw – krótko mówiąc, prawdziwe P.A.R.T.Y.!
Alestorm – synonim dobrej zabawy
Nie od dziś wiadomo, że Alestorm daje jedne z najfajniejszych koncertów w branży. Od scenicznych wygłupów po dyskografię, która naprawdę poprawia humor – nic dziwnego, że ich trasy wyprzedają się praktycznie do ostatniego biletu. Nie inaczej było w przypadku niedawnej wizyty tej szalonej szkockiej formacji w Polsce, podczas której wystąpiła ona w Łodzi i Gdańsku w ramach promocji swojego najnowszego krążka „The Thunderfist Chronicles”.
Na koncert w B90 przybyłem prosto ze Sztokholmu, gdzie dzień wcześniej miałem okazję być świadkiem epickiego koncertu Sabatonu (o którym przeczytacie TUTAJ). Niestety, w związku ze sporym opóźnieniem mojego lotu, nie udało mi się zdążyć na supporty przed Alestormem – czego szczerze żałuję, bo zarówno węgierski Roses of Thieves, jak i pochodzący z Kanady Lutharo to zespoły, które znajdują się na mojej liście artystów do zobaczenia na żywo. Cóż, samolotu nie byłem w stanie popchnąć, a przez Bałtyk, mimo najszczerszych chęci, przeskoczyć – pozostaje mi więc mieć nadzieję, że oba zespoły wkrótce znów zawitają do Polski i tym razem nic nie stanie na przeszkodzie, by zdążyć na ich występy.
Jest kaczka, jest zabawa!
Podczas gdy ekipa techniczna Lutharo zbierała sprzęt po zakończeniu ich show, na scenie wyrosła ciesząca się już legendarnym statusem, gigantyczna dmuchana kaczka, co mogło oznaczać tylko jedno: nadszedł czas na Alestorm! Zaczęli od razu z grubej rury, otwierając set jedną ze swoich najbardziej przebojowych i uwielbianych przez fanów piosenek, czyli „Keelhauled”. Lider grupy, Christopher Bowes, jak zwykle od samego początku złapał znakomity kontakt z publiką, porywając ją do wspólnej zabawy. Płynąca ze sceny potężna fala energii porwała tłum niczym morskie potwory w wirze – zresztą właśnie tak wyglądali fani Alestormu moshujący pod sceną podczas takich bangerów, jak „The Sunk’n Norwegian”, „Mexico” czy „Banana” i wiwatujący do kolejnych riffów podrzucanych przez węgierskiego gitarzystę Máté Bodora.
Jak przystało na frontmana z prawdziwego zdarzenia, przez cały występ Chris dominował na scenie niczym prawdziwy kapitan piratów – a kimże byłby kapitan piratów bez swej papugi? I właśnie „śpiewająca” papuga, ku zaskoczeniu i uciesze obecnych, pojawiła się na scenie podczas utworów „Frozen Piss 2” i „Zombies Ate My Pirate Ship”, naśladując japońskojęzyczne partie w pierwszym z nich i wokal Patty Gurdy w drugim. Był też facet w kostiumie rekina, który wspomógł Bowesa rapowymi wstawkami w kultowym coverze „Hangover” z repertuaru Taio Cruza – aczkolwiek bliskie spotkanie z rekinem to chyba nie jest coś, czego piraci szczególnie mocno wyczekiwali. W każdym razie, nudzić się na koncercie Alestormu nie sposób!
„…with a bottle of rum and the yo-ho-ho!”
Gdy główna część seta powoli zmierzała ku końcowi, pojawiły się w nim kolejne hity – „Nancy The Tavern Wench”, podczas którego niemal cała sala siadła, by imitować wiosłowanie, „Alestorm”, wyśpiewany na dwa głosy do spółki z growlującym klawiszowcem Elliotem Vernonem (gdzie się podziały jego długie włosy?!), a w końcu wyczekiwane przez wielu „P.A.R.T.Y.”. Wreszcie nadszedł czas na bis, który otworzył kolejny faworyt fanów – „Drink”, czyli kawałek ze zrozumiałym dla wszystkich przesłaniem. Zestaw zamknęły określony przez Bowesa „najgorszym utworem w karierze Alestormu” numer „Wooden Leg!” oraz „Fucked With An Anchor”, podczas którego wszyscy, włącznie z członkami zespołu, z nieukrywaną radością pokazywali środkowe palce na lewo i prawo. Po wykrzyczeniu przez zespół „Rumpelkombo”, drugi w dziejach koncert Alestormu w B90 przeszedł do historii.
Z utworami sięgającymi od pirackich epopei po radosne absurdy, Alestorm zawsze zapewnia swym fanom show, które bawi od początku do końca – prezentując piracki metal w najbardziej szalonej i szczerej formie, niesamowicie zabawny, piekielnie spójny i zwyczajnie nie dający się nie lubić. Niezależnie od tego, czy uczestniczysz w ich koncercie, by posłuchać muzyki, poskakać w mosh picie czy napić się piwa w pirackim klimacie – nie sposób nie zakończyć wieczoru z uśmiechem na twarzy. Jest głośno, jest absurdalnie, – i jest po prostu idealnie, „…with a bottle of rum and the yo-ho-ho!”. Do następnego razu, załogo!



































