Parkway Drive to zespół, który przez lata wyznaczał nowe standardy w świecie metalcore’u. W wywiadzie z Jią, basistą zespołu, rozmawiamy o jego roli w tworzeniu energii na scenie, życiu w trasie oraz o tym, co czeka fanów podczas nadchodzącego koncertu w Łodzi.
Kiedy kończy się beztroski fun grania w zespole a zaczynają się umowy z muzykami – jak w małżeństwie?
Jia: Myślę, że nasze relacje są wyjątkowe. Znaliśmy się zanim powołaliśmy Parkway Drive do życia. I mówię to szczerze – jesteśmy czymś więcej niż kolegami. Jesteśmy przyjaciółmi. To się nie zmieniło po „zawarciu związku małżeńskiego”. Były czasy, kiedy to było nam trudno się komunikować. Poszliśmy na grupową terapię – jako zespół. Być może brzmi to śmiesznie, ale było to bardzo przydatne. Ciągle jest. Zdaje się, że terapia jest niedocenianym narzędziem dostępnym dla każdego. Kiedy tylko czujemy presję, załamanie w dotychczasowej prawidłowej komunikacji – umawiamy się a kolejną sesję. Terapia pozwala nam na nowo poczuć znaczenie naszych więzi.
Jeśli chodzi o mnie to zacząłem podpisywać kontrakty kilka lat temu – może 2-3 lata temu. Parkway Drive zaczął zarabiać na siebie i stał się „biznesem” może około 10 lat temu, ale żaden z nas nie odnosi wrażenia, że wszedł w związek biznesowy. Jesteśmy po prostu przyjaciółmi. Jesteśmy szczęśliwi i świadomi swobody w naszych relacjach. Drużynowo pracujemy na nasz sukces.
Kto wyszedł z propozycją terapii? Nie wydaje mi się, żeby to była codzienna praktyka. A jeśli jest – to głośno się o tym nie mówi.
Jia: Myślę, że wyszło to od Luke’a, naszego gitarzysty i managera. W pewnym momencie zdał sobie sprawę z tego, że każdy z nas zdawał się zgubić własną drogę. Podejrzewam, że paru z nas zaczęło zastanawiać się nad odpoczynkiem od Parkway Drive. Wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że ten projekt daje nam szczęście i wspaniale jest mieć wokół siebie tak kreatywnych ludzi, sukces oraz wsparcie fanów na całym świecie. Warto walczyć o to, aby Parkway Drive nie poległ na polu bitwy. Będę lobbował na rzecz terapii. Nie ma znaczenia o jaką relację chodzi – zespół, ojciec-dziecko, przyjaciel-przyjaciel… Czasami to najlepsza rzecz, jaką w danej chwili możesz zrobić.
Czy to stało się przed wydaniem „Darker Steel”, ok. 2022 r.?
Jia: „Darker Steel” wiązał się dla nas z dużą presją. Jak możesz sobie wyobrazić, kreatywna współpraca może być zalążkiem ciężkich relacji i utrudniać satysfakcję z własnej pracy. Co mam na myśli? Napisanie płyty potrafi być trudne jeśli nie jesteś projektem jednoosobowym. Gdzieś po drodze pojawiła się pandemia, która sprawiła, że nasze życie spowolniło. Mieliśmy czas, aby odpocząć i zrozumieć, że musimy odpuścić koncerty. I zaczęły pojawiać się inne problemy…
Terapia faktycznie przyniosła efekty, bo możecie świętować ponad 20 lat na scenie, w związku z czym przyjedziecie na koncert m.in. do Atlas Areny w Łodzi! Zdarza się Wam jeszcze grać mniejsze gigi? W swoje show włączyliście m.in. pirotechnikę, którą raczej ciężko by było uskutecznić w tak sporej formie nie na arenie.
Jia: Zagramy mniejszy koncert-niespodziankę w Berlinie. Będzie dość old schoolowo – nie będzie płomieni, nie będzie barierek. Będzie crowd surfing, stage diving. Stary Parkway Drive. Bardzo się tym jaramy! Organizowanie tras koncertowych często oznacza, że wielu ludzi musi poświęcić swój czas prywatny na kilkutygodniowy wyjazd. Każdy ma własne życie, rodziny. Lubimy to robić. Kiedy wychodzimy na scenę, to czasami całe wydarzenie wydaje się być nierealistyczne w pozytywnym tego słowa znaczeniu!
W Łodzi zrobimy show jaki zrobiliśmy w Australii. Była to nasza najlepsza trasa ever! Mieliśmy wrażenie, że w końcu gramy piosenki w tej formie, do której zostaliśmy stworzeni. Dodamy i zmienimy kilka elementów, więc nadchodząca trasa stanie się jeszcze bardziej specjalna. Europa jest dla nas naprawdę ważnym miejscem na mapie. Odnieśliśmy więcej sukcesów w Europie niż w naszej rodzimej Australii. Europa była pierwszym kontynentem, który przyjął nas z otwartymi ramionami i wchłonął Parkway Drive w swoją codzienność. Dlatego świętując 20-lecie w Australii czuliśmy, że musimy to zrobić też tutaj też! Zapraszam wszystkich na świętowanie razem z nami! Nie mogę nawet wyrazić słowami, jak bardzo się cieszę na ten koncert!
Brzmi to tak, jakby Europa była waszym drugim domem.
Jia: Dokładnie. Zdecydowanie tak jest. Zaserwujemy wam australijski pakiet, bo zabieramy ze sobą Thy Art Is Murder i The Amity Affliction. Przyjaźnimy się, bo to bardzo dobrzy ludzie. Obydwa zespoły są fantastyczne. To my chcieliśmy, żeby wyruszyli z nami w trasę koncertową. Graliśmy z The Amity Affliction w Ameryce. Chodziłem do tej samej szkoły z Danem, gitarzystą tego drugiego zespołu. Dosyć dobrze się znamy, a w trasę wyruszaliśmy razem kilkukrotnie. Planujemy też bliższą współpracę.
…czyżby spoiler alert dot. nowego albumu?
Jia: Nie, ale coś w związku z live’em. Nie mogę za dużo powiedzieć, bo co by to była za niespodzianka?
A co jest dla ciebie najtrudniejsze podczas trasy?
Jia: Zazwyczaj jestem pytany najlepszą rzeczą podczas trasy. Mówię wtedy, że podróż sama w sobie. Tak naprawdę wyruszamy odbyć przygodę, co z założenia jest ekscytujące. Co jest najtrudniejsze podczas trasy? Podróż. Bo kiedy jest dobrze, to jest dobrze, ale kiedy coś się dzieje np. w domu i nie chcesz jechać, ale musisz, bo wszyscy w ciebie wierzą, to masz wtedy trochę pod górkę. Nie mam tu na myśli wyłącznie kolegów z zespołu, w którym grasz, ale także fanów i pozostałe kapele, które do ciebie dołączają. Nie chcesz ich zawieść. To najtrudniejsza rzecz. Całe szczęście nie zdarza się zbyt często.
Ciekawość to pierwszy stopień do piekła i pewnie się tam znajdę, ale czy „Sacred” to trailer następnej płyty?
Jia: Dobre spostrzeżenie! Byliśmy pozytywnie zaskoczenie odbiorem, z którym spotkał się „Sacred”. Po raz pierwszy zagraliśmy ten utwór na żywo w Stanach Zjednoczonych. Reakcja była tak dobra, że myślę, że na pewno tam wrócimy. Na razie wróćmy do „Sacred”. W tej piosence jest dużo nostalgii. Nie mogę ci podać za dużo informacji na temat nadchodzącej płyty, ale aktualnie jesteśmy w procesie jej tworzenia.
Czy na nowym rekordzie usłyszymy Chrisa Hemswortha na perkusji?
Jia: Być może. Nie wiem, bo jeszcze nie doszliśmy do tego etapu planowania. Podziwiam Chrisa. Jest bardzo mądrym człowiekiem. Nie jestem do końca przekonany, czy rytm jest czymś, czego można się nauczyć. Na pewno do pewnego momentu, a reszta to ciągła praktyka. Imponuje mi to, że Chris próbuje nowych rzeczy i wychodzi ze swojej strefy komfortu. Dążenie do perfekcji w graniu wymaga wielu godzin pracy. Nie wiem czy Chris miałby na to czas. Ale wystąpił z Edem Sheeranem!
Niewiele osób by się na to zdecydowało po przejściu przyspieszonego, 4-miesięcznego kursu. Narobiłabym w gacie jak niemowlak jeśli stanęłabym przed takim zadaniem! Patrząc jednak na Parkway Drive – jak zmieniliście się na przestrzeni tych ponad dwudziestu lat? Czujesz jakąś różnicę?
Jia: Dorośliśmy. To najważniejsze, co się zmieniło. Uczyliśmy się respektu. Ale ostatecznie jesteśmy tymi samymi dzieciakami grającymi w tym samym zespole, które jednocześnie są przyjaciółmi. Robimy to samo, co na początku, ale z o wiele większą dozą szaleństwa. Robiliśmy to już 23 lata i jesteśmy w stanie podtrzymać tę początkową fascynację i chemię. Jesteśmy niemalże braćmi. Czasami czuję się staro. Inaczej. Moje ciało czuje się staro, ale mój umysł jest jeszcze umysłem dziecka. Zwłaszcza gdy jestem z tymi chłopakami. Czasem się śmiejemy i zachowujemy się jak gówniarze. Możemy być sobą! Kiedy odnosisz sukces, to masz na to więcej przestrzeni. Ludzie robią dla ciebie jedzenie i efektywnie zarządzają twoim harmonogramem. Sporo z tych organizacyjnych rzeczy jest ściągane z twoich barków.
Co jest dla Ciebie najważniejsze w procesie twórczym?
Jia: Próbowanie nowych rzeczy. Przekraczanie granic.
Jakie nowe rzeczy będziemy mogli usłyszeć na nowym albumie?
Jia: Haha, a ty znowu swoje… Myślę, że każdy album, który zrobiliśmy, zwłaszcza od „Ire”, oznacza nową, trochę zróżnicowaną przygodę. Czy to chodzi o pisanie piosenki przez Winstona, czy o cokolwiek innego. Spodziewajcie się niespodziewanego!
Niespodziewanie zagracie też nowy materiał na nadchodzącej trasie?
Jia: Tak. Na pewno pojawi się „Sacred” i kilka smaczków z australijskiej trasy. Nie wiem ile mogę zdradzić przed samym rozpoczęciem trasy. Chciałbym też, żeby ludzie przyjechali na koncert i byli pozytywnie zaskoczeni.
A czy twój romans z gitarą basową był dla ciebie zaskoczeniem? Kiedy po nią sięgnąłeś?
Jia: Zabawna historia, bo kiedy dołączyłem do zespołu to pojechałem do Europy, żeby zagrać z nimi po raz pierwszy. Nigdy wcześniej nie grałem na gitarze basowej. Około 3 dni przed wyjazdem w trasę musiałem nauczyć się piosenek. W zasadzie bas jest gitarą z mniejszą ilością strun. Ale to wciąż było dziwne. I ten romans był poniekąd ulotnym romansem, wolnym od zobowiązań, bo zawsze byłem gitarzystą prowadzącym. I jeszcze ok. 15 lat temu myślałem, że granie na gitarze to przejściowy etap, a potem będę musiał znaleźć sobie prawdziwą pracę. Wtedy też zdałem sobie sprawę, że to się nie stanie. Zacząłem bardziej angażować się w grze na basie i uznałem, że ją kocham! Wtedy ten romans przerodził się w coś poważnego. Do tego punktu, że nie gram już na gitarze elektrycznej, tylko gram na basie. Wciąż jest sporo miejsca na udoskonalenie swoich umiejętności i dużo więcej soczystego romansu.