Choć australijska gitarzystka i wokalistka Orianthi ma w Europie pokaźne grono fanów, z jakiegoś powodu przez wiele lat nie można było jej zobaczyć tutaj na żywo. Na szczęście, to już przeszłość – w 2025 roku artystka odwiedziła kontynentalną część Europy, a w miniony weekend rozpoczęła swą pierwszą od ponad dekady trasę po Wielkiej Brytanii! To krótkie, ale intensywne tournée, podczas którego australijską artystkę supportuje utalentowany James Bruner, rozpoczął koncert, który odbył się w kultowym klubie Band on the Wall w Manchesterze.
Orianthi – królowa gitary z Australii
Świat po raz pierwszy usłyszał o Orianthi Panagaris w 2009 roku, gdy Michael Jackson powierzył jej rolę gitarzystki w swoim zespole przed długo wyczekiwanymi londyńskimi koncertami. Choć ostatecznie występy te nie doszły do skutku z powodu szokującej śmierci Króla Popu, samo namaszczenie jej do tak odpowiedzialnej roli od razu ustawiło ją w pierwszym szeregu rockowych talentów, które warto było obserwować. Orianthi szybko zdyskontowała tę nagłą popularność, jeszcze w tym samym roku wydając ciepło przyjęty poprockowy singiel „According To You”.
Na przestrzeni lat Orianthi nieustannie rozwijała swój warsztat – także dzięki współpracy z takimi legendami, jak Alice Cooper, Dave Stewart, Steven Tyler, Richie Sambora czy Joe Bonamassa. Jej najnowszy album „Some Kind Of Feeling”, wydany w czerwcu 2025 roku, pokazuje artystkę w pełni dojrzałą muzycznie – nie tylko jako kompozytorkę i gitarzystkę, ale i producentkę własnych utworów, która potrafi w swej twórczości zastosować idealną miksturę popu, rocka i bluesa.
Dekada czekania na koncert
Po raz pierwszy miałem styczność z Orianthi w lipcu 2013 roku, gdy w Brnie zobaczyłem ją na scenie jako członkinię zespołu Alice’a Coopera. Jej sceniczna prezencja i umiejętności od razu zwróciły moją uwagę – Orianthi miała w sobie coś nieuchwytnego, ten element magii, jaki mają tylko najwięksi gitarzyści (jak moi bohaterowie z młodości, John Norum i Richie Sambora) i który sprawia, że patrzysz na nią i wiesz, że z pomocą sześciu strun jest w stanie wyczarować dosłownie każdy dźwięk. Tuż po koncercie udało mi się z Ori chwilę porozmawiać – wracałem do domu na tyle oczarowany, że jeszcze tego samego poranka postanowiłem zapoznać się z jej twórczością. I… wsiąkłem. Akurat chwilę wcześniej wyszła jej trzecia studyjna płyta, „Heaven In This Hell”, która okazała się wprost powalająca (do dziś jest w moim prywatnym TOP 10 albumów wydanych w XXI wieku).
Później widziałem ją na żywo jeszcze kilkukrotnie – raz, gdy towarzyszyła Cooperowi podczas kultowej u naszych zachodnich sąsiadów trasy Rock Meets Classic, a następnie podczas niemieckich koncertów trasy Richiego Sambory, z którym w owym czasie związała się i zawodowo, i prywatnie (swoją drogą, zdumiewające, jak współpraca dwojga tak znakomitych muzyków, teoretycznie nadających na tych samych falach, może tak mocno nie wyjść – ale to już wątek na inne, długie rozważania…). To był rok 2014, Ori była na fali wznoszącej, więc miałem wszelkie prawo liczyć na to, że wkrótce będę mógł posłuchać na żywo jej własnego materiału. O, jakże się pomyliłem!
Przeciągająca się współpraca z Richiem sprawiła, że Ori w zasadzie nie dawała solowych koncertów niemal do końca minionej dekady, a gdy w końcu się to zmieniło… przyszła pandemia. Oczekiwanie przeciągnęło się więc aż do ubiegłego roku, gdy ku zaskoczeniu wszystkich, panna Panagaris przyjechała do Wrocławia na bicie Gitarowego Rekordu Świata i przy okazji wystąpiła także na tamtejszej 3-majówce. Siłą rzeczy, te występy były jednak dość krótkie, z okrojonym setem – dlatego wciąż czekałem na okazję, by zobaczyć jej w pełni headlinerski, klubowy koncert. Gdy zatem kilka miesięcy temu gruchnęła wiadomość, że na początku 2026 roku odwiedzi Wielką Brytanię, wiedziałem, że czas układać plany podróży i bookować bilety lotnicze. I tak właśnie, po raz pierwszy w życiu, znalazłem się w Manchesterze.
Koncert w historycznej lokalizacji
Band on the Wall wśród bywalców manchesterskich koncertów ma status kultowy. Nic dziwnego – z historią sięgającą połowy XIX wieku, był świadkiem wielu wydarzeń (nie tylko kulturalnych!), narodzin brytyjskiej sceny jazzowej, punkowej rewolucji i miejscem koncertów artystów z najwyższej półki, na czele z Joy Division, młodziutką Björk i Mickiem Hucknallem. To miejsce, które od samego wejścia niemalże pachnie muzyką – kameralne, ale gwarantujące wyjątkowe doznania brzmieniowe i wręcz intymny kontakt z artystą. Minusem było to, że – jak się miałem przekonać – nie sposób tam swobodnie robić zdjęcia, gdy sala jest pełna. Ale to chyba naprawdę jedyny minus tego klubu, i to taki, który stanowi uciążliwość tylko dla kilku takich wyrobników, jak niżej podpisany.
James Bruner – biały Lenny Kravitz
Ścisk był już spory, gdy na scenie pojawił się James Bruner ze swoim zespołem. Szczerze mówiąc, wcześniej w ogóle go nie znałem – sprawdziłem tylko przed koncertem kilka jego piosenek na Spotify, żeby wiedzieć, czego mam się spodziewać. Studyjne wersje, choć obiecujące, nie przygotowały mnie jednak na to, co czekało mnie na żywo – James i jego koledzy zafundowali bowiem publiczności kapitalny, bezkompromisowy rockandrollowy set. Młody muzyk z Nashville zebrał niemałe oklaski już od pierwszych akordów – to charyzmatyczny frontman z krwi i kości, nieustannie w ruchu, w pełni wykorzystujący przestrzeń sceny (i nie tylko!), i skutecznie porywający publiczność do wspólnej zabawy. Miałem wrażenie, że przed sobą widzę młodszą wersję Lenny’ego Kravitza. Jedyna różnica między nimi polega na tym, że James jest… biały – bo zarówno ich brzmienie, jak i sceniczna prezencja są do siebie bliźniaczo wręcz podobne.
Chociaż na plakatach widnieje tylko nazwisko Jamesa Brunera, warto podkreślić, że nie jest to projekt oparty wyłącznie na jednej osobie. Utalentowany gitarzysta Zach Mears stale podrzuca znakomite riffy, a fundament brzmieniowy układa świetna sekcja rytmiczna w osobach perkusisty Sama Jenkinsa i niezwykle żywiołowej basistki Shannon Wilk – każde z nich dokłada szczyptę własnej magii do brzmienia utworów Jamesa. Także dzięki nim materiał z najnowszej, bardzo udanej debiutanckiej EP-ki Brunera, „The Otherside”, wypadł na żywo naprawdę znakomicie, zaczynając od otwierającego koncert „Switchblade”, przebojowego „Red Light” oraz „Big Shot”, podczas którego James w widowiskowym, „kravitzowym” stylu ruszył w tłum. W swoim stosunkowo młodym wieku Bruner osiągnął już wiele, ale patrząc na niego, można mieć pewność, że najlepsze jeszcze przed nim i za jakiś czas to on będzie headlinerem koncertów i festiwali na całym świecie.












Orianthi – ogień, emocje i gitarowa perfekcja
Kiedy Orianthi w końcu wkroczyła na scenę, niosąc ze sobą charakterystyczną białą gitarę PRS, sala od razu eksplodowała z zachwytu – artystka z Australii wyglądała jak prawdziwa ikona rocka, tak naładowana pozytywną energią, że rozładować mógł ją tylko znakomity występ. I rzeczywiście – wspierana przez swojego wieloletniego perkusistę Demiena Arriagę i basistę Sama Collinsa, który z kolei grał z nią po raz pierwszy, Ori od samego początku wykazywała determinację, by dać show na absolutnie najwyższym poziomie. Już pierwsze nuty otwierającego set dynamicznego „First Time Blues” – jednego z utworów z jej najnowszego albumu – pokazały, że tego wieczoru Australijka i jej wenezuelsko-brytyjska sekcja rytmiczna mają ogień w sercach. Techniczna perfekcja oraz niezwykła charyzma sceniczna Orianthi były wyraźnie dostrzegalne: solidne riffy mieszały się z delikatniejszymi momentami, a każda solówka zdawała się opowiadać własną historię. Również pod względem wokalnym dawała sobie świetnie radę, i to pomimo zmęczenia podróżą z Los Angeles i związanym z nią jet lagiem.
Setlista koncertu w Manchesterze balansowała między świeżymi nagraniami, takimi jak „Attention” i „Dark Days Are Gone”, a klasykami, które fani Australijki pokochali na przestrzeni lat, na czele z „Rescue Me”, i potężnym „Heaven In This Hell”. Elektryzujące numery, jak „Light It Up” czy „What’s It Gonna Be”, napędzały publiczność do skakania, podczas gdy akustyczny zestaw składający się z kawałków „Where Did Your Heart Go”, „Before You Accuse Me” (cover Bo Diddleya) i spontanicznie zagranego „Some Kind Of Feeling” pozwolił na chwilę wyciszenia i docenienie delikatniejszej strony charakteru Orianthi.
To właśnie wtedy artystka pozwoliła sobie na dłuższe pogawędki z publicznością, żartobliwie narzekając na panujące w Anglii zimno (tamtego dnia w Manchesterze było 8 stopni na plusie – ledwo się powstrzymałem przed rzuceniem, że powinna zajrzeć do Polski, gdzie akurat nastąpił atak naprawdę srogiej zimy). Wyraźnie wyluzowana panującą w Band on the Wall atmosferą, w końcówce występu raz jeszcze podkręciła tempo – energetyczne wykonanie „Sharp Dressed Man” (oryginalnie ZZ Top) świetnie nakręciło publiczność na bluesową końcówkę show, składającą się ze wzruszającej ballady „How Do You Sleep” i porywającego coveru „Voodoo Child (Slight Return)” z repertuaru Jimiego Hendrixa. W finale tego utworu najpierw Arriaga i Collins dostali swój czas w centrum uwagi, a następnie Ori zagrała zapierającą dech w piersiach solówkę, podczas której wydobyła ze swojego PRS-a wszelkie możliwe emocje. Cóż to było za show!
Występ Orianthi w Manchesterze nie był zwykłym koncertem muzycznym – to było doświadczenie, które celebrowało prawdziwy artyzm. Ori nie jest tylko gitarzystką czy wokalistką – jest współczesną bardką, który wplata swoją podróż w każdy riff i tekst, a także siłą natury, która wciąż niesie pochodnię prawdziwego rocka. Jej talent, charyzma i serdeczna więź z publicznością czynią ją wyróżniającą się artystką, zasługującą na wszelkie pochwały. Mam nadzieję, że na jej powrót do Europy nie przyjdzie mi tym razem długo czekać – nawet na jet lagu Orianthi jest obecnie w tak znakomitej formie, że szkoda by było zobaczyć ją na żywo tylko raz!

















