„Nie żegnamy się na dobre” – Bernie Shaw o trasie pożegnalnej Uriah Heep

W szczerej rozmowie Bernie Shaw – wokalista legendarnego Uriah Heep – opowiada o polskiej publiczności, trasie „Magician’s Farewell”, kulisach życia w trasie, wspomnieniach i planach na przyszłość.

Rozmawiała Marta Antosz, zdjęcia: Romana Makówka

Czy mógłbyś podzielić się wspomnieniami z występów w Polsce? Co najbardziej zapadło Ci
w pamięć?

Bernie Shaw: Zazwyczaj mamy niesamowitą publiczność w Polsce. Ludzie są bardzo entuzjastyczni, bardzo głośni i uwielbiają śpiewać razem z nami piosenki Uriah Heep – szczególnie klasyki, jak Lady in Black. To zawsze są świetne koncerty. Naprawdę dobrze się u Was bawimy.

Cudownie to słyszeć. Przejdźmy teraz do pożegnalnej trasy. Jak się czujesz, grając tak ikoniczny album („The Magician’s Birthday”) w jej ramach? Jak do tej pory przebiega?

Bernie Shaw: Trasa idzie świetnie. Zaczęła się na początku tego roku i graliśmy intensywnie aż do maja. Potem zrobiliśmy sobie przerwę na letnie festiwale, które zakończyły się około dwa tygodnie temu. Teraz przygotowujemy się do występów w Polsce, Niemczech, Austrii i Szwajcarii między październikiem a listopadem. Później zrobimy sobie kolejną krótką przerwę i wczesnym 2026 roku wyruszamy na skandynawski etap trasy Magician’s Farewell – będziemy grać w całej Skandynawii i Finlandii.

Myślisz, że to naprawdę pożegnanie na dobre, czy są plany na kontynuację w innej formie?

Bernie Shaw: Cała idea Magician’s Farewell to zakończenie długich tras – takich, które trwają sześć, siedem, nawet osiem tygodni. Zdecydowanie odchodzimy od tak intensywnego harmonogramu. Ale planujemy kontynuować w formie krótszych tras – takich dwutygodniowych czy trzytygodniowych, jak ta w październiku. Jeśli coś mieści się w miesiącu – da się to ogarnąć. Będziemy działać w tym formacie. Oczywiście nadal będziemy pisać i nagrywać muzykę. Ale trochę zwalniamy. Na przykład trasy po Ameryce często trwają dziesięć tygodni – to ogromny kraj. I zawsze uwzględniamy Kanadę. Ale nie mamy już 21 lat (śmiech), więc wolimy to rozłożyć na trzy krótsze wyjazdy do Ameryki Północnej niż jeden długi.

Całkowicie zrozumiałe. A jaka piosenka jest Twoją ulubioną do grania na żywo podczas tej trasy?

Bernie Shaw: Ojej – trudny wybór. Właściwie lubię wszystkie. Dwa otwierające utwory napisane przez Dave’a to świetne kawałki. Ale moją ulubioną do śpiewania wciąż jest July Morning (z albumu „Look at Yourself” z 1971 roku, przyp. MA). Zawsze uwielbiałem tę piosenkę. Cały zestaw utworów jest starannie dobrany. Siadamy jako zespół i ustalamy repertuar na dany rok. Planujemy sety 60-, 75- i 90-minutowe – zależnie od kontekstu: czy gramy z innymi zespołami, czy jako główna gwiazda wieczoru. Zawsze mamy trzy wersje setlisty, którymi rotujemy przez cały rok.

Porozmawiajmy trochę o Twojej rutynie wokalnej. Utrzymanie kondycji głosu podczas trasy to nie lada wyzwanie. Masz jakieś specjalne ćwiczenia lub rytuały, które stosujesz?

Bernie Shaw: Myślę, że najważniejszy dla mojego głosu jest odpoczynek. Gdy podróżujemy – autobusem czy vanem – zazwyczaj nie rozmawiam z nikim. Sam hałas silnika to jakieś 65–75 decybeli,
a jeśli mam przez sześć godzin mówić ponad tym, to tak jakbym już zaśpiewał cały koncert zanim jeszcze dojedziemy na miejsce. Więc wolę milczeć, usiąść z iPadem, obejrzeć coś na Netflixie
i oszczędzać głos aż do próby dźwięku. Czasem nawet opuszczam próbę i po prostu rozgrzewam głos
w garderobie 20 minut przed koncertem. Biorąc pod uwagę, że spędzamy w trasie około 200 dni w roku i gramy ponad 100 koncertów rocznie, mój lekarz mówi, że nie potrzebuję intensywnej rozgrzewki. Ważniejsze jest odpowiednie „schłodzenie” głosu po koncercie. Struny głosowe są już dobrze wytrenowane – teraz chodzi bardziej o regenerację niż rozgrzewkę.

To naprawdę konkretna rutyna. Jesteś w Uriah Heep już prawie 40 lat. Gdybyś mógł cofnąć się
w czasie – jest jakiś moment, który chciałbyś przeżyć jeszcze raz?

Bernie Shaw: Trudne pytanie – w przyszłym roku minie 40 lat, odkąd dołączyłem do zespołu, więc wspomnień jest mnóstwo. Ale jedno szczególnie zapadło mi w pamięć – zaraz po tym, jak dołączyłem do zespołu, zostaliśmy zaproszeni do Związku Radzieckiego w 1987 roku. Zagraliśmy dziesięć koncertów
w Moskwie. Byliśmy pierwszym zachodnim zespołem rockowym zaproszonym do występu tam – koncerty odbywały się w Hali Olimpijskiej. To było naprawdę niezapomniane.

Drugie wspomnienie to koncert w Kijowie. Nie pamiętam dokładnie roku, ale akurat trwały wybory na burmistrza. Jeden kandydat obiecał wielki koncert z Metallicą, Smokie, Sweet, Nazareth – same wielkie nazwy. Drugi kandydat powiedział: „Głosujcie na mnie, a sprowadzę Uriah Heep”. I wygrał. Wystąpiliśmy na placu Zwycięstwa w Kijowie przed ponad 140 000 osobami. Przed naszym koncertem transmitowano na żywo walkę braci Kliczko. Na samą próbę dźwięku przyszło około 12 000 ludzi. To było naprawdę wyjątkowe.

Z Twojej perspektywy – który album Uriah Heep jest najbardziej niedoceniony?

Bernie Shaw: Często mam wrażenie, że te płyty, w których brałem udział – a było ich około 15 – były trochę ignorowane przez wytwórnie i stacje radiowe. Jeden album, który moim zdaniem naprawdę się wyróżnia i nadal brzmi świetnie, to nasz najnowszy – Chaos & Colour. Produkcja jest znakomita. Mick, Phil, Russell i Dave napisali naprawdę świetne kawałki. Album trochę się przebił, dobrze został przyjęty przez prasę i fanów, ale bez wsparcia dużej wytwórni trudno dziś o złotą płytę. Mimo wszystko – jeśli fanom się podoba, to dla mnie wystarczająca nagroda.

Reklama

Czy planujesz jakieś muzyczne projekty poza Uriah Heep? Może powrót do solowych pomysłów, takich jak płyta z Davem Collinsem?

Bernie Shaw: Możliwe. Zawsze coś się pojawia. Mick i ja braliśmy udział w Rock Meets Classic, graliśmy też z Bohemian Symphony Orchestra. Zawsze jestem otwarty na różne projekty – o ile nie kolidują
z kalendarzem Uriah Heep.

Zaczynałeś jako gitarzysta. Nadal grasz?

Bernie Shaw: Tak. Mam piękną gitarę akustyczną z Czech, zbudowaną przez Furcha – tego samego lutnika, który robi wszystkie gitary Micka. Czasem Mick wpada do mnie, robimy sobie dobrą kolację, on przynosi swoją gitarę, ja swoją – i po kilku kieliszkach wina – może nawet za wielu – zaczynamy grać utwory innych zespołów. Czasem coś Bad Company, Cream albo Beatlesów. Naprawdę lubię pograć
w domu.

Jest szansa, że usłyszymy Cię grającego na jakimś nagraniu?

Bernie Shaw: (śmiech)… Nie jestem aż tak dobry! Grać w salonie to jedno – występować przed ludźmi to co innego. Może dałbym radę zagrać Lady in Black – to tylko dwa akordy.

A poza muzyką – co Cię dziś ekscytuje? Jak spędzasz wolny czas?

Bernie Shaw: Bardzo lubię klasyczne samochody. Mam angielski samochód z 1962 roku – lubię przy nim majsterkować i jeździć, gdy pogoda dopisuje. Jeżdżę też swoim Harleyem, jeśli jest ładnie.

Bycie ojcem dwóch nastolatków to też ekscytujące – choć czasem wyczerpujące. Dziś mój syn kończy 15 lat, więc planujemy specjalną kolację rodzinną. Moja siostra przyjechała z Kanady, więc spędzamy razem fajny czas. Kiedy nie jestem w trasie, staram się prowadzić normalne życie.

Skoro mowa o Kanadzie – po tylu latach w Anglii, czujesz się tam jak w domu, czy nadal masz silny związek z Kanadą?

Bernie Shaw: Wciąż mam bardzo silne więzi z Kanadą. Wszyscy moi przyjaciele i rodzina są tam. Zwykle wracam na Święta. Moja córka skończyła szkołę, ale syn jeszcze chodzi do liceum, więc zazwyczaj mamy tylko dwa tygodnie. To długa podróż – 26 godzin od drzwi do drzwi z mojego domu w UK do domu w Victorii na Vancouver Island. W tym roku chyba wyciągnę go ze szkoły kilka dni wcześniej, żebyśmy mogli mieć pełne trzy tygodnie. Mam nadzieję, że dopisze pogoda. Planuję trochę połowić, spotkać się z dawnymi znajomymi i spędzić wspaniałe rodzinne święta.

Gracie muzykę podczas rodzinnych spotkań?

Bernie Shaw: Raczej nie. Jestem jedynym muzykiem w rodzinie!

Czego życzysz sobie i Uriah Heep na kolejne lata?

Bernie Shaw: Mam nadzieję, że wszyscy pozostaniemy zdrowi. Mam też nadzieję, że Mick i Phil nadal będą pisać razem muzykę. Zazwyczaj współpracują przez internet, korzystając ze swoich domowych studiów. Skoro Chaos & Colour okazał się tak mocnym albumem, byłoby szkoda, gdyby to był nasz ostatni. Mam więc nadzieję, że stworzą jeszcze jeden świetny zestaw utworów – a potem z radością ruszymy w kolejną światową trasę.

Bardzo Ci dziękuję za rozmowę.
Bernie Shaw: Dziękuję bardzo.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *