„Melas Oneiros” nie powstał jako zaplanowany debiut Ephialtes. Najpierw był materiał, który nie pasował do wcześniejszych rzeczy. Dopiero później zapadła decyzja, że będzie to osobny zespół.
Przemysław Olbryt to postać, której nie trzeba przedstawiać ludziom siedzącym w cięższej muzyce. Devilish Impressions, Asgaard, Crionics – te nazwy ustawiają pewien punkt odniesienia i pokazują, z jakiego miejsca startuje rozmowa o Ephialtes. Tyle że ten projekt nie jest prostą kontynuacją żadnego z nich.
Ephialtes pojawił się trochę obok. W czasie pandemii Olbryt pracował nad nowym materiałem, ale bez założenia, gdzie on trafi i pod jakim szyldem zostanie wydany. Dopiero kiedy utwory zaczęły się zamykać w całość, stało się jasne, że nie pasują do wcześniejszych rzeczy. Zmieniły się proporcje, pojawiło się więcej melodii, mocniej zaznaczyły się wpływy heavy metalu, choć fundament nadal pozostaje ciężki.
„Melas Oneiros” to efekt tego procesu. Album, który nie został zaprojektowany jako „debiut zespołu”, tylko wymusił jego powstanie. O tym, gdzie kończy się kontynuacja, a zaczyna coś nowego, o pracy nad materiałem bez planu i o decyzjach, które zapadają dopiero na końcu – rozmawiamy z Przemysławem Olbrytem.
Gdybyś miał wskazać jedną rzecz, która definiuje Ephialtes, co by to było?
Sądzę, że byłaby to swoistego rodzaju przebojowość, muzycznie bowiem jest to – mówiąc w największym uproszczeniu – stylistyczny amalgamat Heavy, Black oraz Death Metalu. I chociaż wzajemne przenikanie się wspomnianych wyżej podgatunków nie jest dzisiaj na scenie niczym nowym, to w przypadku Ephialtes wielu ludzi sposób podania tychże określa właśnie jako nad wyraz odważny, chwytliwy czy wręcz przebojowy.
Ephialtes powstał w czasie pandemii. Co było momentem, w którym projekt przestał być pomysłem, a stał się zespołem?
Chyba chwila, w której mając już gotowe wszystkie numery na album pojawiła się wizja, czy też może bardziej na tamtym etapie pewne wyobrażenie, przeniesienia go w przestrzeń sceniczną.

Na początku mówiłeś, że pisałeś materiał bez konkretnego celu. W którym momencie uznałeś, że to musi mieć własną tożsamość?
Tak, początkowo komponując to, co dzisiaj znamy jako „Melas Oneiros” niespecjalnie zastanawiałem się nad szyldem, pod jakim płyta ta miałaby się ukazać. W pewnym momencie, w zależności od partii określonych numerów, nad którymi pracowałem oraz od natężenia pewnych elementów w nich zawartych pojawiła się myśl, że będzie to nowy krążek Devilish Impressions. Jednak w miarę ewoluowania tych kompozycji oraz analizowania opinii ludzi je współtworzących doszliśmy ostatecznie do wniosku, że jest to nowy, odrębny byt i jako taki właśnie powinien być nazwany i postrzegany. Owszem, sporo ludzi śledzących twórczość Devilish Impressions – mając na względzie fakt, iż w przypadku tegoż również nie ograniczaliśmy się jakoś specjalnie do określonych ram stylistycznych – twierdzi, że to śmiało mogło ukazać się pod „starym” szyldem. Obiektywnie jednak rzecz biorąc, to, co proponujemy na „Melas Oneiros” poprzez głębszy ukłon w kierunku tradycyjnego Heavy Metalu nacechowane jest jeszcze większą dozą melodyjności czy wspomnianej we wstępie chwytliwości, co sumarycznie przeniosło temat do nieco innego wymiaru, który teraz eksplorujemy już jako Ephialtes.
Czy Ephialtes to rozwinięcie Twojej wcześniejszej drogi, czy świadome odcięcie się od niej?
Nie nazwałbym tego odcięciem się od dróg, jakimi podążałem wcześniej, swojej muzycznej przeszłości absolutnie się bowiem nie wstydzę, ani też się od niej nie odżegnuję. Myślę, że po części udało mi się to wytłumaczyć za sprawą odpowiedzi na Twoje poprzednie pytanie. Można powiedzieć, że Ephialtes zrodził się w sposób samoistny, w jakiejś mierze zapewne na poziomie podświadomości, w innej natomiast jako świadomy już wynik analizy gotowych kompozycji i tekstów, w jakie kompozycje te zostały ubrane.

Jak wygląda u Ciebie moment powstawania utworu – zaczynasz od emocji, riffu czy koncepcji?
Najczęściej od riffu, chociaż w pewnych momentach dochodzi do tego określona koncepcja, pewna wizja całości, nie tylko w przypadku konkretnego numeru, nad którym pracuję, ale właśnie umiejscowienia go już w szerszym kontekście, np. całego albumu. Oczywiście emocje odgrywają równie kluczowe znaczenie, rzadziej jednak na poziomie pojedynczych riffów, bardziej w przypadku łączenia ich w pewne gotowe już, złożone struktury.
Mówisz, że nie tworzysz, żeby kogokolwiek zadowolić. Na ile to wolność, a na ile ryzyko?
Wolność zawsze niesie ze sobą mniejsze lub większe ryzyko, zatem można powiedzieć, że i jedno i drugie. Jednocześnie zawsze powtarzam, że ryzykownym byłoby eksplorowanie jakichś nietkniętych wcześniej rejonów w przypadku zespołów pokroju, no nie wiem, dajmy na to Motorhead czy AC/DC. Tego typu bandy mają bowiem określonego, zdefiniowanego odbiorcę, który to ma pewne względem idoli swoich oczekiwania i dla których prezent od tych idoli w postaci piosenek zupełnie nieprzystających do tego, co znają i w jaki sposób ich twórczość postrzegają skutkowałaby natychmiastowym się od nich odwróceniem. I nie twierdzę, że muzykom tworzącym tego typu zespoły jest nie pod drodze z tym, co oferują, bo niewątpliwie czerpią z tego pewną radochę i jest im z tym zwyczajnie dobrze. Z drugiej strony, patrząc na tych największych, jak chociażby Metallica, którzy po kolosalnych sukcesach np. „Master of Puppets” czy „…And Justice for All” postanowili zafundować sobie i fanom wycieczki w zupełnie inne światy. Czy to dobrze, czy źle? W mojej np. opinii i z całym moim uwielbieniem dla chociażby „Master..” nie chciałbym, żeby ten zespół powiedzmy w 2026 roku próbował nagrać „Master of Puppets 2.0”, bo i po co? I nawet jeśli kolejne poszukiwania Larsa i spółki nie do końca mogą oddziaływać na mnie tak, jak ich pierwsze kilka albumów, to absolutnie podziwiam i rozumiem ich potrzebę zgłębiania innych rejonów. Wolność wyboru, a więc i potencjalne ryzyko jest więc dla każdego z nas czymś innym. To pewien bilans korzyści i strat, których konsekwencji, jak każdy inny twórca, jestem świadom i gotów jestem ponosić.

Jak zmieniał się materiał „Melas Oneiros” od pierwszych wersji demo do finalnej produkcji?
To był proces dość dziwny, bo z jednej strony bardzo organiczny, z drugiej dosyć burzliwy, pełen rozmaitych zmiennych. Bywały chwile, w których to rzeczom, jakie na pewnym etapie uznawałem za kompletne, z kolejnym odsłuchem czegoś mi brakowało, albo odwrotnie, że czegoś w nich było za dużo. Podobnie działo się w przypadku późniejszego już dodawania do napisanych gitar kolejnych warstw, jak chociażby klawiszy, basu czy pierwotnych partii bębnów. Ich pojawienie się definiowało nagłą konieczność zmian aranżacyjnych. Ostatecznie „Melas Oneiros” jest tym, czym jest. Tym, co chcieliśmy i byliśmy w stanie przekazać jako muzycy w momencie jego tworzenia, a później finalnych nagrań w studio.
Czy ten album jest zamkniętą całością, czy raczej początkiem kierunku, który dopiero rozwijasz?
Widzisz, tutaj chyba nawiążę do wcześniejszych rozważań dotyczących artystycznej wolności. Na chwilę obecną nie jestem w stanie powiedzieć, czy „Melas Oneiros” to zamknięta całość czy początek pewnego kierunku. W pewien sposób jest zarówno jednym, jak i drugim. Buk jeden wie, co zaprezentujemy na kolejnym krążku 😉
Czy Twoje teksty są bardziej osobiste, czy raczej uniwersalne i archetypiczne?
Część dotyka kwestii uniwersalnych, w których to używam pewnych archetypów, albo też opisuję losy postaci mitycznych czy literackich znanych ludzkości na całym świecie umiejscawiając je w określonych sytuacjach czy też mniej lub bardziej fikcyjnych okolicznościach, znajdujących jednak odniesienie do tego, czego jesteśmy świadkami tu i teraz.
Przykładem może być chociażby „To The Victims of Sirens” nawiązujący do „Odysei” Homera, w którym to nasz tytułowy bohater, Odyseusz, próbuje wrócić do domu po wojnie trojańskiej i ląduje na wyspie Syren. Ich piękne, hipnotyzujące głosy prowadzą żeglarzy ku zgubie, powodując, że rozbijają swoje statki i toną. Podczas gdy w oryginale Odyseusz nakazuje swojej załodze dla ochrony zatkać uszy woskiem a siebie samego przywiązać do masztu statku, dzięki czemu ratuje życie swoje i pozostałych, w naszym ujęciu bohater pada ofiarą zwodniczego śpiewu Syren i ostatecznie dzieli opłakany los wszystkich tych, którzy przybyli tam przed nim.
Albo wizja zemsty na ludzkości niesionej przez postać stworzoną przez Doktora Frankensteina w utworze „Homo Deus”, którą to historię wszyscy znamy z powieści Mary Shelley i wielu tej powieści późniejszych ekranizacji. Historię potwora stworzonego z fragmentów ciał pochodzących z licznych zwłok, zszytych ze sobą i później sztucznie przywróconego do życia. Jak wiemy, potwór Frankensteina był potężną istotą i – choć fizycznie odpychający – posiadał niezwykłą wrażliwość, inteligencję oraz emocjonalną głębię. Chciał być kochany i żyć z ludźmi w pokoju, ale został odrzucony jako dziwak, outsider. Mamy tu zatem historię nie tylko o dobrze znanym pragnieniu ludzkości bycia tak potężnym jak sam Bóg, o pragnieniu możliwości tworzenia rzeczy naprawdę wielkich i doniosłych, ale także – a może przede wszystkim – ostrzegawczą opowieść o braku akceptacji dla odmienności, o powodach, dla których społeczeństwa na całym świecie odrzucają wszystko, co „inne”, i które to społeczeństwa w konsekwencji wykluczają takie odmienne jednostki poza nawias. Nic dziwnego, że w końcu potwór Frankensteina uwalnia swoją mściwą furię na ludzkości. W końcu, czyż nie na to zasługujemy?
Z kolei tekst utworu „In Her Embrace Again” bezpośrednio odnosi się do istoty znanej jako ‘Mara’, sennej zmory, postaci obecnej w wierzeniach i wyznaniach religijnych na całym świecie. Opisuje on powracające obrazy koszmaru sennego jako upiornej postaci siedzącej na piersi śpiącej osoby i towarzyszące temu mrożące krew w żyłach odczucia. Poczucie bezradności, paraliżujący strach przed postacią czającą się w ciemności i niemożność wydobycia z siebie choćby jednego krzyku. Mówi Ci to coś? Podejrzewam, że nie ma na świecie osoby, która przynajmniej raz w życiu nie doświadczyłaby czegoś podobnego. Tekst tego utworu definiuje pojęcie nazwy zespołu, ze starogreckiego oznaczającej koszmar, jak i tytuł albumu, który można przetłumaczyć jako ‘czarny sen’.
Tekst do „Children of Arachne” nawiązuje do mitologii greckiej. Arachne była znaną i uzdolnioną tkaczką, jednak jej przechwałki o własnych umiejętnościach rozgniewały boginię Atenę, która wyzwała ją na pojedynek tkacki. Atena haftowała wizerunki bogów olimpijskich, ilustrując ich moc. W rogach tkaniny umieszczała przykłady kar, jakie ludzie otrzymują za swoją pychę. Ta dydaktyczna wiadomość nie powstrzymała Arachne, która na swoim krośnie wyczarowała bogów w miłosnych związkach ze śmiertelnymi dziewczynami. Jej tkanina była co najmniej tak piękna, jak haft Ateny. Rozgniewana bogini podarła dzieło Arachne i zaczęła ją bić tkackim czółnem. W efekcie dziewczyna powiesiła się z rozpaczy. Zasmucona tą sytuacją Atena postanowiła przywrócić samobójczynię do życia. Jednak już nie w postaci człowieka, ale pająka, który zawsze będzie tkał misterne nici. W moim ujęciu Dzieci Arachne uosabiają wszystkich tych, którzy dziś decydują się pomścić to, co starzy bogowie uczynili ich matce. Dzieci Arachne to ludzie współcześni, którzy z dumą przeciwstawiają się woli bogów i naciskom społeczeństwa.
Wśród tekstów na „Melas Oneiros” są również i takie o zabarwieniu bardziej osobistym. „The Void” opowiada historię człowieka zmagającego się z samotnością i poszukującego odpowiedzi na szereg egzystencjalnych dylematów, często szukając pomocy u sił nadprzyrodzonych. Niezależnie od tego, pod jaką nazwą ludzkość zwraca się do Boga w różnych miejscach i kulturach, mechanizm łączenia świata fizycznego i duchowego jest zawsze dokładnie taki sam. Prawdziwe pytanie brzmi, czy modlitwy kierowane do sił wyższych lub niższych rzeczywiście pomagają wytrwać w zmaganiach i trudnych chwilach, czy też trafiają w próżnię…
Utwór „The Blood of The Gods” opowiada o tym, jak w dzisiejszym pośpiechu za dobrami materialnymi zapominamy o potrzebie pracy nad rozwojem duchowym. O tym, że jako istoty myślące powinniśmy żyć nie tylko dla doczesnego dobra, ale także pragnąc czegoś więcej, by żyć pełnią życia, podejmować jego wyzwania i by pewnego dnia z dumą stawić czoła śmierci.
Wieńczący album numer „Pulvis Et Umbra Sumus” to z kolei dość pesymistyczna, lecz nad wyraz prawdziwa refleksja nad tym, czym lub kim jesteśmy. Opowiada o tym, że okres naszego żywota w swej istocie stanowi tak niewielki przecież fragment czasu w ujęciu wieczności i nieskończoności i jak niewiele ostatecznie znaczy dla losów świata i ludzkości. O tym, że jednocześnie mamy o sobie bardzo wysokie mniemanie, choć przecież w kontekście naszego znaczenia dla biegu wydarzeń jest ono kompletnie nieuzasadnione. Bo niezależnie od tego, co o sobie myślimy, prawda jest taka, że wszyscy jesteśmy tylko prochem i cieniem.

Zaprosiłeś do projektu muzyków, z którymi już wcześniej pracowałeś. To kwestia zaufania czy wygody?
Jedno i drugie. Wiesz, dla mnie zespół to tak naprawdę nie tylko przypadkowy zbiór mniej lub bardziej utalentowanych muzyków, a pewien konglomerat osobowości, które finalnie tworzą jeden, zgrabnie funkcjonujący organizm. Są zespoły, których członkowie spotykają się wyłącznie na dechach, podczas gdy z rozmaitych przyczyn nie są w stanie funkcjonować poza nimi. Dla mnie to niedopuszczalne. To musi działać, ludzie współtworzący zespół muszą się lubić, muszą lubić ze sobą przebywać, musi być między nimi chemia, określony rodzaj przyjaźni, który nie tylko daje poczucie przynależności i dążenia do realizacji wspólnych celów, ale także stanowi gwarancję bezpieczeństwa, szacunku względem siebie i bezwzględnego wsparcia ze strony pozostałych.
Jak wygląda u Was proces decyzyjny. Czy to projekt autorski, czy realna współpraca?
To zależy w jakim kontekście. Pod kątem artystycznym, czyli tego, co ostatecznie ma trafić na album, jestem jako założyciel Ephialtes osoba najbardziej decyzyjną. Wiesz, chodzi mi o kierunek, w jakim to ma zmierzać, o pewien tego kierunku zamysł spajający wszystkie pomysły w określoną całość, nadający tym pomysłom pewien charakterystyczny sznyt. Bo wiadomo, że „gdzie kucharek sześć…” 😉 Inaczej rzecz ma się w przypadku innych decyzji dotyczących zespołu, sposobu jego funkcjonowania itd. Tutaj w większości przypadków decyzje zapadają w sposób demokratyczny.

Jak oceniasz dzisiejszą scenę metalową. Bardziej otwarta czy bardziej zamknięta niż kiedyś?
Hmm, dobre pytanie. Z jednej strony można byłoby pokusić się o stwierdzenie, że jest ona zdecydowanie bardziej otwarta, bo rzeczy, jakie pewne zespoły stosują w ramach środków artystycznego wyrazu niegdyś dla większości zatwardziałych metalowców byłyby nie do zaakceptowania, z drugiej jednak… Odnoszę wrażenie, że dokładnie te same jednostki, które dawniej miały swoje mniej lub bardziej uzasadnione pretensje o swoiste zabetonowanie „starszej” sceny poprzez różnego rodzaju układy między mediami, promotorami czy wytwórniami płytowymi dzisiaj sami stanowią elementy łańcucha układu „nowszej” sceny, z założenia nie dopuszczając do siebie tych, którzy nie idą po ich linii. Tym samym mamy więc aktualną wersję zabetonowania pewnego rodzaju branżowej struktury gdzie – oczywiście inni już dzisiaj – wydawcy, media i promotorzy niepodzielnie rządzą i dzielą ku uciesze tych, którzy szczęśliwie znaleźli się pod ich kuratelą i niepocieszeniu pozostałych, którzy zaszczytu tegoż nie zaznali. Trochę to śmieszne. No ale tak już chyba być musi, co nie? Na pewno tak dawniej, jak i dziś naiwnym byłoby twierdzić, że dobra muzyka obroni się sama. Owszem, znajdzie swojego odbiorcę, ale czy zdoła przebić się przez jeden, drugi, piąty czy kilkunasto któryś tam mur z rzędu, by ostatecznie trafić na swoją szansę nie roztrzaskawszy wcześniej o któryś z tych murów marzeń swoich płonnych?
Czy obecnie trudniej przebić się z nowym projektem niż 10-15 lat temu?
O tym właśnie po części wspomniałem przed chwilą. Nie wiem, czy jest łatwiej czy trudniej. Na pewno dziś mamy do czynienia z absolutnym przesyceniem rynku. Za sprawą bardziej rozwiniętej technologii umożliwiającej nagrywanie i lepszego tej technologii zrozumienia powstają setki projektów, bardzo często jednoosobowych, które to z czeluści domowych pieleszy każdego tygodnia wypuszczają w obieg setki zwyczajnie słabej lub co najwyżej średniej jakości singli, EPek czy albumów. Oczywiście w tym całym zalewie w większości mało znaczących produkcji nadal pojawiają się prawdziwe perełki. Jednak tu właśnie przysłowiowy pies pogrzebany. Bo jak teraz przebić się przez to wszystko z tym Twoim własnym, przynajmniej w opinii Twojej czy Twoich koleżanek i kolegów, na wskroś wyjątkowym singlem, czy płytą, które przy odpowiedniej dozie szczęścia i branżowego wsparcia mogłyby powalczyć o status wybitnych? 😉 No właśnie! Wydaje mi się, że tak to już nie działa. Każdy musi zatem walczyć o swoje. Konsekwentnie, własnymi ścieżkami, z lepszym lub gorszym skutkiem. Ostatecznie najważniejsza jest artystyczna szczerość i pozostaje wierzyć, że każdy zespół, którego takowa cechuje, finalnie dotrze tam, dokąd dotrzeć zamierza. Przynajmniej tak byłoby w idealnym świecie, hehe.

Co dalej – rozwój tego kierunku czy kolejna zmiana i eksperyment?
Zmiany i eksperymenty są motorem napędowym dziejów zatem i takie w obrębie twórczości Ephialtes z pewnością się pojawią. Nie będą one może miały przesadnie drastycznego wpływu na stylistykę, w jakiej się obracamy, aczkolwiek instynkt mi podpowiada, że pewne rzeczy mogą co niektórych zaskoczyć.
Jakie macie planu koncertowe w 2026 roku?
Tak naprawdę, pomimo iż nasz debiut ukazał się w listopadzie 2024, koncertować zaczęliśmy dopiero w tym roku. Niedawno zakończyliśmy trasę jako direct support dla Patriarkh. To były wspaniałe sztuki dla przewspaniałej publiczności i jesteśmy cholernie wdzięczni zespołowi Patriarkh oraz organizatorowi trasy, Gryf Events, za propozycję uczestniczenia w tym przedsięwzięciu oraz zaufanie, jakim nas obdarzyli. Poza nami zagrali także Infernal Flame, Królowczana Smuga oraz Doctor Visor i myślę, że – pomijając oczywiście fakt, że zdecydowaną większość zgromadzonych na każdym z koncertów stanowili fani Patriarkh – tak zróżnicowany zestaw zaoferował ludziom naprawdę szerokie spektrum doznań muzyczno-wizualnych. Chwilę wcześniej wystąpiliśmy jako headliner 4. edycji Nox Fest w Opolu. Jeśli chodzi o dalsze plany – takowe są, jednak doświadczenie nauczyło mnie tego, żeby publicznie o nich nie mówić do czasu, aż zostaną oficjalnie potwierdzone.
Jaki dzień w naszym życiu nigdy nie nadchodzi?
Myślę, że zarówno z perspektywy osobistej, jak i w szerszym dla ludzkości znaczeniu, nie nadchodzi dzień, w którym moglibyśmy powiedzieć, że zrobiliśmy czy osiągnęliśmy wszystko. Natura człowieka skonstruowana jest w taki sposób, by posiąść większą wiedzę, udoskonalać rzeczy wcześniej uznane za kompletnie już dopracowane, tworzyć dzieła niezapomniane i jeszcze bardziej doniosłe, wykraczać poza ramy, których przekroczenie jeszcze wczoraj moglibyśmy uznać za rzecz absolutnie niemożliwą…
Zespół znajdzieicie na :
https://linktr.ee/ephialtesofficial
https://www.facebook.com/EphialtesOfficial
https://www.instagram.com/ephialtesofficial/
https://ephialtes.bandcamp.com