„Muzyka powinna łączyć, a nie dzielić”. Łukasz “Icanraz” Sarnacki o projekcie UKĆ [WYWIAD]

Projekt UKĆ od początku funkcjonuje poza prostymi definicjami. Za jego brzmieniem, emocjonalnym ciężarem i pełną kontrolą nad każdym etapem powstawania muzyki stoi Łukasz “Icanraz” Sarnacki — postać znana ze sceny ekstremalnej, która tym razem postawiła na całkowicie autorską formułę. To projekt jednoosobowy w studiu, ale rozwijany z myślą o pełnoprawnym życiu koncertowym, konsekwentnie budujący własną tożsamość od 2022 roku.

Najnowsze wydawnictwo „Anomalie – Upadek Konającego Ćwierćwiecza” zamyka pewien etap i jednocześnie otwiera kolejny rozdział – zarówno pod względem kompozycyjnym, jak i tematycznym. Materiał sięga w rejony osobiste, nie rezygnując przy tym z charakterystycznej dla UKĆ atmosfery i intensywności. Rozmawiamy o genezie projektu, pracy w formule „one-man”, granicach szczerości w muzyce oraz o tym, jak wygląda droga od pierwszego pomysłu do gotowego albumu.

Jak wyglądał moment przejścia od pierwszego pomysłu z 2017 roku do realnego startu UKĆ w 2022?

To była długa droga okupiona łamaniem granic i wychodzeniem ze strefy komfortu. Ludzie lubią rzucać tym określeniem na lewo i prawo, więc spróbuję opowiedzieć na czym ten cały proces polegał od samego początku i dlaczego to było niczym skok do głębokiej, wzburzonej wody. Całe swoje życie muzyczno-zawodowe spędziłem w bezpiecznej przestrzeni – za zestawem perkusyjnym. Pomijając fakt bycia kręgosłupem zespołów, w których grałem, nie wymagało to ode mnie przesadnie dużego dźwigania odpowiedzialności. Miałem określone zadania do wykonania i robiłem co do mnie należało. Gdy w 2015 roku dołączyłem do CORRUPTION pojawiła się pierwsza iskra, która mnie w pewnym sensie odblokowała. Napisałem utwór „Burn From Within” na płytę „Spleen”, nad którą wówczas pracowaliśmy.

Nieśmiało pokazałem go kolegom z zespołu. Moja propozycja została przyjęta niezwykle ciepło i ochoczo. Napisałem więc jeszcze 2 utwory na ten album, a w moje skrzydła zawiał świeży, silny wiatr. Innymi słowy – uwierzyłem w siebie jako kompozytora. Całe swoje życie gram hobbystycznie na gitarze, więc ten instrument był mi od zawsze niemal tak samo bliski jak perkusja, z tą jedną różnicą, że z gitarą nigdy nigdzie się oficjalnie nie pokazywałem. Zacząłem zbierać pomysły, z których po jakimś czasie powstały całe kompozycje. W 2017 postanowiłem, że spróbuję nagrać płytę, którą napiszę w pojedynkę. Początkowo planowałem jedynie zatrudnić jakiegoś wokalistę. Zacząłem pisać teksty. Stało się to niejako moją terapią, która pozwalała mi złapać oddech w ciężkich chwilach. W konsekwencji powstały bardzo osobiste teksty traktujące bezpośrednio o moim życiu, moich przemyśleniach i o mnie po prostu. Nie potrafiłem sobie wyobrazić sytuacji, w której ktokolwiek inny miałby je śpiewać. Skoro muzyka była zwierciadłem moich uczuć, to aby zachować autentyczność przekazu, musiałem wziąć na swoje barki też wokal. Wtedy postanowiłem twardo, że nie pozwolę nikomu innemu nagrać na ten album choćby jednej nuty. Chciałem, aby to był projekt solowy w 100%. Ta idea przyświecała mi też przy drugim albumie i tak już pozostanie.

Co sprawiło, że zdecydowałeś się na projekt w pełni autorski, zamiast kolejnego zespołu?

Chciałem przede wszystkim sprawdzić czy sobie poradzę. Uderzyła we mnie świadomość przemijania i czułem, że jeśli mam kiedykolwiek coś takiego zrobić to właśnie wtedy był ten właściwy moment. Nauczony doświadczeniem dokładnie wiem jak wygląda praca w zespole, a ja potrzebowałem tutaj przestrzeni tylko dla siebie. Chciałem być z tymi pomysłami sam, analizować je, trawić, rozwijać – bez konieczności szukania aprobaty u kogokolwiek innego. Mocno zdałem się na intuicję i kierowałem się tym, co mi podpowiadało serce, a nie chłodna ocena. Odkryłem swoją nową pasję, pozwoliło mi to rozwinąć się muzycznie na taką skalę, która nie mieściła mi się wcześniej w głowie.

Nazwa „UKĆ” jest bardzo osobista – co dokładnie ma komunikować i w jakim momencie uznałeś, że to właściwy kierunek?

Nigdy tak do końca nie uznałem, że to właściwy kierunek, hehe. Gdy okazało się, że moja pierwsza płyta zostanie szczęśliwie ukończona i wydana, zmuszony byłem nadać temu jakąś nazwę. Chwilę szukałem czegoś co dobrze brzmi i wygląda, i faktycznie wpadały jakieś czysto metalowe nazwy jakich pełno na rozpiskach wielkich letnich festiwali. Miałem wrażenie, że wszystkie są przezroczyste i kompletnie nie oddają tego, co się za tą muzyką kryje. Wówczas się poddałem i uznałem, że podpiszę to tak, jak na mnie mówią przyjaciele i najbliżsi. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że UKĆ stanie się normalnie funkcjonującym projektem nagrywającym kolejne płyty, a także aktywnym zespołem koncertowym. Gdybym to przewidział, to być może nadałbym temu jakiś inny szyld.

Twój projekt bywa określany jako atmospheric, emotional i progressive black metal – jak ty sam definiujesz UKĆ?

Ten black metal stał się moim przekleństwem. Jest jak natrętny giez, którego odganiasz a on i tak wraca, nie odpuszcza i kręci się dookoła. Jeden wielki, znany każdemu portal internetowy dał mi bana i oznajmił, że nie poświęci mi przestrzeni na swoich stronach po tym jak napisał o UKĆ, że to black metal, a ja śmiałem to podważyć na moich profilach na portalach społecznościowych. Wciąż nie mogę w to uwierzyć i nie potrafię celnie tego skomentować. Kiedyś, aby dostać bana trzeba było przynajmniej kogoś obrazić. Dziś wystarczy wskazać, że ktoś nie ma racji. Jakie czasy, takie kontrowersje.

Określenie, które przytoczyłaś z pewnością kryje w sobie sporo prawdy, natomiast sugeruje, jakby black metal był tu gatunkiem dominującym, a przecież nie jest. Obserwuję reakcje na „ANOMALIE” i nie przestaje mnie zadziwiać jak bardzo recenzenci próbują nadać mojej muzyce jakąś etykietkę, tak jakby to było najważniejsze… Pytasz jak sam definiuję swoją muzykę… Powiem tak – najgorsze w co może spotkać muzykę to emocjonalna jałowość. Jeśli znajdziesz w sobie skrawek muzycznej otwartości i wrażliwości to odkryjesz u mnie coś dla siebie. Są tu dynamiczne rozpiętości – od ciszy, która potrafi być piękna, po pełne mocy agresywne zrywy. To trochę jak podróż. Ale do sypania porównaniami czy etykietkami mnie nie zmusisz, nawet podstępem, hehe.

Na ile ważne jest dla ciebie unikanie gatunkowych szuflad, a na ile jednak czujesz związek ze sceną black metalową?

Nie czuję żadnego związku ze sceną black metalową – dajcie mi już spokój z tym black metalem! Ile można? Nie mam potrzeby przynależności do żadnej sceny, nie szukam sobie przestrzeni, ani „przyjaciół”. Jeśli ktoś bardzo potrzebuje nadać muzyce UKĆ jakiś gatunkowy szyld – proszę bardzo. Nie musi mnie pytać o pozwolenie. Natomiast fajnie by było, żeby było to robione z głową, a nie przez pryzmat tego, co robiłem i z kim grałem 15 lat temu… Muzyka powinna łączyć, a nie dzielić, a obserwując „kontrowersje” wokół stylistycznej czystości mojej muzyki mam wrażenie, że świat autentycznie upadł na głowę.

Czy UKĆ to dla ciebie bardziej forma ekspresji emocji, czy świadome budowanie narracji muzycznej?

Jedno przenika się z drugim. W swoich tekstach poruszam raczej poważne tematy i bardzo ważne jest dla mnie to, aby muzyka stanowiła dla nich adekwatny krajobraz. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której mam muzycznie gotowy utwór i dobieram sobie do niego jakikolwiek tekst, tylko dlatego, że tak trzeba. Pisząc „ANOMALIE” zupełnie przypadkiem powstał w pełni akustyczny „Ślepe Uszy” oraz balladowy „W Ciszy”. Wiele osób mówiło mi, że to bez sensu, że „metalowcy się wkur**ą”, i że w ogóle to najgłupsze co mogłem zrobić. Mimo wszystko zrobiłem to. Kierowałem się intuicją, potrzebowałem tych emocji na płycie – bez kalkulacji z jakim odzewem się to spotka. Można więc zarówno stwierdzić, że taki bodziec niekiedy kieruje mnie do wyzwolenia pewnej ekspresji, ale całościowo jest to świadomy proces oparty na jednej zasadzie – autentyczności.

Jak w praktyce wygląda tworzenie utworu w UKĆ – od pierwszego pomysłu do gotowego nagrania?

To dość skomplikowany proces, choć już się z nim oswoiłem. Na początku potrzebny jest impuls. Nigdy nie napisałem utworu na zawołanie. Impuls prowadzi do tego, że biorę gitarę i łapię moment, próbując zamknąć go w dźwiękach. Umiejętność operowania kilkoma instrumentami pozwala mi myśleć o riffach od razu w kategoriach całości aranżacji rytmicznej, a co za tym idzie architektury dynamicznej. Gdy mam gotowy zarys riffów i melodii oraz dobrane wstępne tempo, sięgam po bas lub perkusję – zależy od charakteru kompozycji. Tak zamykam pierwszy etap przedprodukcyjny, z którym jestem już w stanie wejść do studia. Dalsza rejestracja odbywa się trybem standardowym – najpierw nagrywam bębny, potem gitary i bas. Następnie zaczyna się zabawa detalami – gitary akustyczne, klasyczne, bas bezprogowy, solówki, sample, wokalizy, klawisze, orkiestracje – niezwykle długotrwały, ale wspaniały proces, który przenosi kompozycje w zupełnie inne wymiary, otwiera wyobraźnię i sprawia, że serce bije mocniej. Teksty powstają niezależnie. Jako że jestem jedyną osobą odpowiedzialną za całokształt, to emocje w muzyce i słowach są spójne z marszu, więc do aranżacji wokalnych zasiadam dopiero, gdy mam w większości zamknięte bębny, gitary i basy. Potem staram się uchwycić ten niezbędny pierwiastek emocji przy nagrywaniu wokali. Często nie jest dla mnie priorytetem, aby coś zabrzmiało możliwie jak najlepiej w myśl powszechnej poprawności muzycznej, tylko aby miało w sobie to coś. Czasami fałsz potrafi zabrzmieć bardziej przejmująco i autentycznie, niż najbardziej perfekcyjnie posadzony dźwięk. To wszystko trochę trwa. Cały proces prac nad albumem „ANOMALIE” miał swój początek w okolicach połowy 2023 roku, natomiast sesja nagraniowa, miks i mastering trwały od maja 2024 do października 2025 – czyli osiemnaście miesięcy.

Czy wychodzisz od rytmu jako perkusista, czy raczej od klimatu i melodii?

Zawsze od melodii. Chciałbym kiedyś stworzyć utwór w pełni oparty na perkusji, ale no cóż… czekam na ten wspomniany impuls. Może nadejdzie jeszcze w tym życiu…

Reklama

Który etap pracy nad muzyką jest dla ciebie najbardziej wymagający: komponowanie, nagrywanie czy miks?

Zdecydowanie nagrywanie. Komponowanie jest dość swobodnym procesem pozbawionym jakiejkolwiek presji. Miks to przyjemna kosmetyka, dłubanina przy detalach, na które poświęca się ogrom czasu, po to by później nikt nie zwrócił na nie uwagi, hehe. To fajny etap, bo ubiera muzykę w finalne szaty i choć jest w nim sporo tak zwanej sztuki dla sztuki, to jednak finalnie uważam, że zawsze warto dopieszczać każdy detal dla dobra płyty. Nagrywanie to proces dość mocno obciążający psychicznie i czasowo, szczególnie gdy robi się to w pojedynkę. Terminy bywają niewygodne i niekiedy zmuszają do szybszej pracy, a ja nie lubię, gdy sztuka powstaje w pośpiechu. Pierwszy album nagrywałem 12 miesięcy, drugi 18 – to najlepiej oddaje moje podejście do pracy. Spokój uszlachetnia.

Jesteś znany głównie jako perkusista – co było największym wyzwaniem przy wejściu w rolę wokalisty?

Nazwałbym to całkowitym artystycznym obnażeniem się, bo tu nie chodzi tylko o to, że nagle stanąłem za mikrofonem i miałem jakąś tam robotę do wykonania. Tu chodzi o to, co konkretnie postanowiłem przez ten mikrofon zakomunikować światu. Było to na początku bardzo trudne, ale jednocześnie niezwykle intrygujące i pociągające. Choć się tego bałem, to chciałem w to brnąć. Bagaż odpowiedzialności przekazu przekładał się na ekspresję, której przesadnie nie musiałem szukać – to działo się samo. Jak się później okazało, ta forma znalazła swoich zwolenników i przeciwników oraz podobno stała się czymś „świeżym” na polskim metalowym podwórku.

Czy nagrywanie gitar i basu było dla ciebie naturalnym rozszerzeniem, czy zupełnie nowym obszarem?

Z gitarą czuję się swobodnie i traktuję ją jako mój drugi instrument. Kocham grać na gitarze, tworzyć melodie i zawsze bardzo ochoczo po nią sięgam. Nagrywanie gitar to przyjemny proces, w którym zawrzeć można ogrom ekspresji. Uważam, że dobry riff może niekiedy przekazać więcej emocji niż tysiąc słów. Bas natomiast jest dla mnie rozwinięciem tematu gitary. Nie lubię bagatelizowania roli tego instrumentu w muzyce metalowej. Uważam, że tacy basiści jak Jeff Barrett, Sean Malone czy, nieco z innej beczki, Necrobutcher są doskonałym dowodem na to, jak istotną rolę pełni ten instrument. Oczywiście, wszystko zależy od podejścia. Ja natomiast twierdzę, że potencjał tego instrumentu jest tak duży, że spychanie go do roli zapchajdziury jest na wskroś krzywdzące.

Drugi album „Anomalie – Upadek Konającego Ćwierćwiecza” – gdzie widzisz największy rozwój względem debiutu?

Określę to jednym słowem – świadomość. To już nie był skok do wzburzonego oceanu, tylko dobrze zorganizowana podróż. Przy sesji nagraniowej pierwszej płyty wiele etapów było dla mnie ocierających się o abstrakcję. Tym razem wszystko miałem inaczej poukładane – począwszy na przedprodukcji, a na finalnych miksach kończąc. Bardziej skupiłem się na doborze użytych instrumentów, uczęszczałem na regularne lekcje emisji głosu, rozszerzyłem horyzonty względem orkiestracji, sampli i instrumentów klawiszowych. Wiele osób podkreśla też przeskok w samych kompozycjach, ale ja tego tak nie czuję. Wydaje mi się, że charakter kompozycji pozostał zbliżony względem jedynki, a za większą przyswajalność odpowiedzialność może ponosić przede wszystkim produkcja. Myślę, że największa zmiana zaszła jednak w mojej głowie. Przy „Coming Out” czułem wewnętrzną presję i sam na sobie wywierałem jakieś chore ciśnienie. Teraz jestem znacznie spokojniejszy, nie przejmuję się, gdy coś nie idzie po mojej myśli. Nie mam żadnych oczekiwań i nauczyłem się bardziej cieszyć z uprzejmych, drobnych gestów.

„Anomalie” poruszają temat bardzo osobisty i rodzinny – jak wyznaczasz granice między prywatnością a przekazem artystycznym?

Myślę, że mam z tym spory problem, bo faktycznie potrafię zrzucić z siebie wszelkie szaty prywatności. Tylko, że tu pojawia się pytanie – czy to źle, że nikogo nie udaję? Czy w czasach, gdy muzyka zalewa nas z każdej strony swoją nijakością oferując pusty przekaz, faktycznie potrzebujemy kolejnego artysty, który nie ma nic do powiedzenia? Jakiś czas temu pewien znany muzyk powiedział mi, że moja otwartość w tekstach odbije mi się kiedyś czkawką. Od tamtej pory zastanawiam się czy można żałować tego, że wypruło się swoje serce i podało słuchaczom na tacy? Czego mam żałować? Autentyczności? Szczerości? Czy lepiej żałować, że się coś zrobiło, czy że się czegoś nie zrobiło?

Czy pisanie takich tekstów jest formą oczyszczenia, czy raczej konfrontacji?

Jednym i drugim. Życie potrafi dostarczać takich wrażeń, że niekiedy nie jestem w stanie dusić w sobie tych wszystkich myśli. Odpalam wtedy notatnik i piszę. Jest to mój wentyl bezpieczeństwa, sposób na wypuszczenie trujących toksyn. Lubię to nazywać terapią, bo faktycznie pozwala mi to poczuć się lepiej i bardziej zrozumieć stan zastany. Czasami muszę sam przed sobą się usprawiedliwić („Odmęty”), innym razem zrozumieć i pogodzić się z niesprawiedliwością oferowaną przez los („W Ciszy”). Czasami chcę wysłać światu sygnał, żeby się opamiętał („Ślepe Uszy”), by po chwili płakać nad utratą przyjaciela („Nieobecność”). Rufus z CORRUPTION powiedział kiedyś, że do płyty „ANOMALIE” powinienem w zestawie dołączać zestaw żyletek, i choć faktycznie można odnieść wrażenie, że moje teksty są przepełnione bólem, to prawda jest taka, że jest w nich też ogrom światła, miłości, nadziei i wdzięczności.

UKĆ na żywo funkcjonuje jako zespół jak wyglądało przełożenie materiału studyjnego na scenę?

Początkowo w ogóle nie było żadnych planów koncertowych, a UKĆ miał być jednorazowym wybrykiem studyjnym. Chwilę po wydaniu EP „Przemijanie” z 2022 roku odezwał się do mnie Krzysiek, organizator Frozen Sun Fest z pytaniem – „Czy jest szansa, aby przenieść muzykę UKĆ na scenę?”. Nie miałem pojęcia jak się za to zabrać, jaką funkcję na scenie obrać, itp. Jedno jednak było pewne – rzucił ziarno, które po chwili wykiełkowało. Postanowiłem, że wyjdę zza bębnów i stanę za mikrofonem, z gitarą. Wiedziałem, że jak teraz tego nie zrobię, to druga taka szansa się już raczej nigdy nie powtórzy. Zadzwoniłem do moich wieloletnich kumpli, z którymi grałem w przeszłości i tak do składu dołączył Paweł (perkusja), Łukasz (gitara) i Mateusz (bas). Gramy razem już 3 lata i jest fantastycznie. Na samym starcie określiłem zasady współpracy, podaliśmy sobie dłonie i przystąpiliśmy do pierwszych prób. Świetnie się dogadujemy, każdy zna swoje miejsce. Granie live materiału UKĆ nadaje tej muzyce jeszcze więcej sensu. Konfrontacja z odbiorcą, wzajemna interakcja – to coś, co mocno potęguje siłę przekazu. Lubię rozmawiać z ludźmi, którzy odnajdują w moich tekstach ukojenie. To są niesamowite chwile, za które jestem bardzo wdzięczny.

Gdybyś miał opisać UKĆ trzema emocjami, które wracają najczęściej — jakie by to były?

  1. Obojętność – czasy są takie, że ludzie coraz bardziej zamykają się na innych skupiając się na czubku własnego nosa. Świat zapędził się w taki stan, że zaczęliśmy się już przyzwyczajać do wojen, ataków terrorystycznych, klęsk żywiołowych, etc. W konsekwencji tracimy umiejętność rozmowy i empatii zapominając, że za każdą tego typu tragedią stoją niewinni, cierpiący ludzie.
  2. Niepewność – przed tym dokąd to wszystko zmierza, gdzie jest dno tego dna i czy człowiek wreszcie się obudzi i zdoła się od niego odbić zanim będzie za późno?
  3. Nadzieja – bo na końcu każdej tragedii stoi wiara w to, że będzie lepiej. Każde, nawet najcięższe chmury depresji da się rozwiać. Czasami wystarczy jeden drobny gest.

Tak to widzę w kontekście przekazywanych treści, ale trzeba pamiętać, że za UKĆ stoi szczęśliwy człowiek, który otrzepał się z kurzu, wstał i ruszył by spełniać marzenia. Człowiek, który kocha ludzi i który czuje wdzięczność za to, że może robić to co robi. Człowiek, który popełnił w swoim życiu mnóstwo błędów, i nie wstydzi się o nich mówić głośno, bo najgorsze ma już za sobą. Człowiek, który w swojej absolutnej normalności chce wpuszczać do świadomości tych, którzy gdzieś zabłądzili, że nie są sami i że na końcu każdego ciemnego tunelu jest światło.

Plany na najbliższe miesiące

Kilka tygodni temu skończyliśmy 10-koncertową trasę z zespołem CZARNY BEZ. Było świetnie. Wciąż trwa tak zwany press tour i napływają kolejne recenzje, wywiady, wizyty w rozgłośniach radiowych, etc. To dość zajmujący proces. Na pewno będę chciał zagrać jeszcze trochę koncertów. Nic na siłę, ale miło by było wyeksploatować potencjał płyty „ANOMALIE”, bo po prostu bardzo dobrze się gra ten materiał na żywo. Na dniach nagrywamy zdjęcia do kolejnego klipu, a zaraz potem przystępuję do pracy nad trzecią płytą, bo czuję wiatr w żaglach i chcę kuć żelazo póki gorące. Poza tym zamierzam podróżować, spędzać czas z najbliższymi, trenować, pisać i słuchać dużo muzyki.

foto Magdalena Zagóra, Kuba Ryszkiewicz, Rafał Kubisiak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *