Metal Church po raz kolejny wymienił krew w składzie i tym razem naprawdę wyszedł z tego obronną ręką. „Dead to Rights” nie udaje rewolucji, nie próbuje na siłę odmładzać legendy i nie rozmiękcza jej charakteru. To płyta zwarta, agresywna, klasycznie metalowa i zaskakująco świeża jak na zespół, który dawno temu mógł już wygodnie odcinać kupony.
„Dead to Rights” to najlepsze, co mogło dziś przytrafić się Metal Church: album mocny, równy, chwytliwy i zagrany z przekonaniem. Nie udaje arcydzieła z lat 80., tylko pokazuje, że ta nazwa nadal ma sens. Weterani wrócili z płytą, która brzmi jak zwycięstwo po bardzo trudnym okresie.
Metal Church był w ostatnich latach zespołem, przy którym trudno było zachować pełny spokój. Śmierć Mike’a Howe’a zostawiła w historii grupy wyrwę, której nie dało się po prostu zasypać kolejnym nazwiskiem przy mikrofonie. „Congregation of Annihilation” z Markiem Lopesem miało momenty, ale całościowo brzmiało jak album zrobiony bardziej z obowiązku niż z realnego twórczego głodu. Dlatego zapowiedź kolejnych zmian personalnych mogła budzić nie tyle ekscytację, co ostrożność. Marc Lopes, Steve Unger i Stet Howland odeszli, a na ich miejsce weszli Brian Allen, David Ellefson i Ken Mary. Na papierze wyglądało to efektownie. Pytanie brzmiało, czy zadziała jako zespół, a nie tylko jako zestaw znanych nazwisk.
„Dead to Rights” odpowiada na to pytanie bardzo szybko. To płyta, na której Metal Church brzmi jak formacja odzyskująca grunt pod nogami. Nie jak grupa rozpaczliwie szukająca nowej tożsamości, ale jak zespół, który przypomniał sobie, w czym zawsze był najlepszy: w łączeniu klasycznego heavy metalu, thrashowego pazura, mocnych refrenów i riffów, które nie próbują być przesadnie nowoczesne, tylko po prostu mają uderzać.
Metal Church wraca do formy bez udawania młodszego zespołu
Największą zaletą „Dead to Rights” jest naturalność. Ten album nie brzmi jak wymuszona próba dogonienia współczesnej sceny. Kurdt Vanderhoof i Rick Van Zandt stawiają na zwarte, konkretne granie, które ma korzenie w klasycznym Metal Church, ale nie sprawia wrażenia muzealnego eksponatu. Riffy są ostre, często bardzo chwytliwe, a jednocześnie mają ten charakterystyczny ciężar amerykańskiego metalu z pogranicza tradycji i thrashu.
Otwierający „Brainwash Game” dobrze ustawia ton całości. To numer prosty, mocny, szybki i bez zbędnych ozdobników. Jako singiel mógł nie robić pełnego wrażenia, ale w kontekście albumu działa znacznie lepiej. Ma odpowiednią energię, zwarte partie gitar i wokal, który od razu pokazuje, że Brian Allen nie przyszedł tu śpiewać zachowawczo. Jego głos wnosi do Metal Church agresję i nerw, ale bez wpadania w irytującą przesadę. To bardzo ważne, bo muzyka tego zespołu zawsze potrzebowała frontmana z charakterem, nie tylko poprawnego wykonawcy.
Allen ma w sobie sporo chropowatości i ulicznej zadziorności. Nie jest kopią Davida Wayne’a ani Mike’a Howe’a, ale rozumie, że w Metal Church wokal musi iść na zwarcie z riffem. W najlepszych momentach brzmi jak ktoś, kto nie ozdabia utworów, tylko pcha je do przodu.
„Dead to Rights” ma refreny, riffy i ciężar
Tytułowy „Dead to Rights” to jeden z tych utworów, przy których trudno siedzieć spokojnie. Jest zadziorny, masywny i ma refren, który pachnie klasyczną szkołą Metal Church. Nie chodzi o proste kopiowanie lat 80., tylko o uchwycenie ducha tamtego pisania: mocny riff, wyrazisty wokal, konkretna struktura i energia, która nie rozłazi się po bokach.
Podobnie działa „Deep Cover Shakedown”. Zespół nie kombinuje tu ponad miarę, ale wszystko jest na miejscu: rytmiczny napęd, chwytliwy refren i bardzo dobrze poprowadzone gitary. W takich numerach najlepiej słychać, że „Dead to Rights” ma coś, czego brakowało poprzedniemu albumowi – pewność. Metal Church nie brzmi tu jak zespół walczący z własną przeszłością, tylko jak grupa, która znowu potrafi pisać utwory pod scenę, głowę i pięść.
Bardzo dobrze wypada też „Feet to Fire”, gdzie do metalowego rdzenia wraca hardrockowa swoboda. To nie jest złagodzenie brzmienia, raczej przypomnienie, że Metal Church zawsze miał większy zakres niż samo cięcie riffem po twarzy. „The Show” z kolei ciekawie łamie dynamikę spokojniejszym, bardziej progresywnym środkiem. Ten fragment nie wygląda na wklejony na siłę. Przeciwnie – pozwala płycie na chwilę oddechu, a jednocześnie nie wybija jej z rytmu.
Najmocniejsze momenty? „No Memory” i tytułowy strzał
Jednym z najlepszych numerów na płycie jest „No Memory”. Ma w sobie mrok, napięcie i bardzo dobrą dramaturgię. To utwór, który nie musi pędzić na złamanie karku, żeby brzmieć ciężko. Jego siła tkwi w narastającym niepokoju i w tym, jak Allen prowadzi wokal. Fraza „Pain has no memory” zostaje w głowie, bo brzmi nie jak slogan, ale jak coś wyrzuconego z siebie z prawdziwym ciężarem.
Nieco słabiej wypada „F.A.F.O”. To najbardziej bezpośredni, thrashowy strzał na płycie – skuteczny, ale mniej błyskotliwy od najlepszych momentów albumu. Ma energię, ma zadzior, ma koncertowy potencjał, ale kompozycyjnie jest bardziej pięścią niż nożem. Nie psuje całości, jednak na tle mocniejszych numerów słychać, że zespół potrafi tu znacznie więcej niż tylko przyspieszyć i przyłożyć.
Na szczęście „Dead to Rights” rzadko schodzi poniżej bardzo solidnego poziomu. To album równy, ale nie płaski. Ma wystarczająco dużo melodii, żeby nie zmęczyć jednostajną agresją, i wystarczająco dużo ciężaru, żeby nikt nie miał wątpliwości, że Metal Church nadal jest zespołem metalowym z krwi i kości.
David Ellefson i Ken Mary robią swoje
Ważnym elementem tej płyty jest sekcja rytmiczna. David Ellefson nie musi grać tu pierwszego planu, żeby było czuć jego obecność. Bas jest sprężysty, dobrze osadzony i dodaje utworom ruchu. Nie dominuje nad gitarami, ale wzmacnia ich atak. To doświadczenie słychać przede wszystkim w tym, że kompozycje mają solidny kręgosłup.
Ken Mary również pasuje do tej układanki. Jego gra jest mocna, precyzyjna i bez niepotrzebnej gimnastyki. Perkusja pcha materiał do przodu, ale nie zagaduje riffów. Przy takim graniu to duża zaleta, bo „Dead to Rights” potrzebuje zwartego uderzenia, a nie popisów rozrywających utwory od środka.
Najważniejsze jest jednak to, że nowy skład brzmi jak zespół. Nie jak Metal Church z doklejonymi nazwiskami, nie jak projekt poboczny Kurdta Vanderhoofa, nie jak próba reanimacji marki. Ta płyta ma chemię. I właśnie dlatego działa.
Brzmienie jest nowoczesne, ale nie plastikowe
Produkcja „Dead to Rights” jest jedną z rzeczy, które trzymają album wysoko. Materiał brzmi mocno i współcześnie, ale nie traci organicznego charakteru. Gitary mają mięso, perkusja jest czytelna, wokal siedzi z przodu, ale nie przykrywa zespołu. To ważne, bo klasyczny metal bardzo łatwo dziś zepsuć zbyt sterylnym brzmieniem. Tutaj udało się tego uniknąć.
Album ma odpowiedni balans między agresją a przejrzystością. Słychać riffy, słychać sekcję, słychać refreny. Nic nie jest rozmazane, ale też nic nie brzmi jak klinicznie wypolerowana rekonstrukcja dawnej energii. „Dead to Rights” oddycha, a przy tym kopie wystarczająco mocno.
Metal Church nagrał album, którego naprawdę potrzebował
„Dead to Rights” nie przewraca dyskografii Metal Church do góry nogami i nie wypchnie z pamięci klasyków. Nie musi. Jego siła polega na czymś innym: to płyta, która przywraca wiarę w zespół po okresie niepewności. Pokazuje, że Metal Church nadal potrafi nagrać album mocny, wiarygodny i pełen życia.
To nie jest granie odcinające kupony. To nie jest też rozpaczliwy powrót do przeszłości. „Dead to Rights” brzmi jak zespół, który wie, że najlepsze lata ma już zapisane w historii, ale wcale nie zamierza żyć wyłącznie wspomnieniami. Jest tu energia, są dobre kompozycje, jest świetna robota gitar, jest frontman, który pasuje do charakteru grupy, i sekcja rytmiczna, która trzyma całość bardzo pewnie.
Największe zaskoczenie polega na tym, że ta płyta nie tylko „nie zawodzi”. Ona naprawdę daje satysfakcję. Dla starych fanów będzie powrotem do Metal Church, który brzmi znajomo, ale nie martwo. Dla nowych może być dobrym wejściem w świat zespołu, bo pokazuje jego najważniejsze cechy bez konieczności grzebania od razu w klasyce.
