Tańczyliście kiedyś z diabłem w bladym świetle księżyca? „Marrow Deep”, dziewiąty album Mastodon, jest wypustem żyjącym własnym życiem, idealnie skrojonym na takie okazje. Muzyczna narracja prezentuje się jako nieokiełznana siła – jakbyśmy byli świadkami dzikiego jam session.
Następna „Hushed and Grim” (2021) jest pierwszym albumem Mastodon nagranym po odejściu i śmierci założyciela i gitarzysty Brenta Hindsa. Zrodzony w chaosie, bólu i żalu (także przez stratę matki Branna Dailora), doskonale niesie ze sobą ten ciężar, stając się przy tym materiałem żywiołowym, podejmującym próbę kontroli narastającego zgiełku, zatrzymania świata choćby na chwilę, a zarazem… wolnym.
Historia poprzednich wydawnictw Mastodon może tworzyć swoisty marsz pogrzebowy o heavy metalowym, sludge’owym i progresywnym podłożu. Utwory zawarte na „Marrow Deep” są niezwykle dojrzałe, a doświadczenie przekuwa się na jakość. Dla słuchaczy natomiast – na przyjemność odsłuchu. Wokale Branna i pozostałych wspierających członków zespołu, ściśle łączą się z „tradycyjnymi” heavy metalowymi melodiami, utrzymując korzenie silne i zdrowe. Koliduje to czasami z rytmem perkusji, który raz żyje punkowym buntem, żeby później przybrać formę tła do ballady. Takich kolizji nie ma zbyt wiele, dzięki czemu są łatwe do przełknięcia. Kompozycje, choć nieustrukturyzowane (każdy z utworów można by podzielić na kilka pomniejszych tworząc różne historie), są materiałem przemyślanym, jak chociażby promujący album „Your Ghost Again”. Piosenka nakłada na siebie wiele warstw, przywodząc na myśl psychodelię i czasy, kiedy postać Charlesa Mansona mroziła krew w żyłach. Dalej mrozi. Dobrze, że Mastodon ma znacznie lepsze zaplecze muzyczne niż ta niesławna, nieżyjąca już postać.
Mocnym atutem „Marrow Deep” jest nieprzewidywalność. Nie wiemy jaki dźwięk za chwilę zostanie nam zaserwowany i w jakim tempie. „Out Like A Lamb” łączy w sobie kilka światów. Wspomniany wcześniej wokal, odpłynięcie z czasów „dzieci kwiatów” i solówkę niczym z zamku hrabiego Drakuli. Podróż w nieznane, którą nam oferują, nie jest w żadnym momencie nużąca. Odkrywanie każdego dźwięku i rytmu, którego nie możemy przypisywać za pewniak, jest jak oddanie się w ręce fizjoterapeuty. Możemy poczuć ból, ale ostatecznie wyjdzie nam to na dobre. I kiedy myślimy, że możemy liczyć na chwilę oddechu w „In The Ruins”, Mastodon pokazuje nam środkowy palec i w melodyjnym stylu prowadzi nas na zgubę do piekła. Wizyta jest dość sentymentalna i samotna. Zupełnie jakbyśmy dostali dożywocie w więzieniu-rozgardiaszu własnych myśli.
Na płycie usłyszymy też znamienitych gości. Josh Homme (Queens of the Stone Age), Geezer Butler (Black Sabbath), Randy Blythe (Lamb of God) czy Joe Duplantier (Gojira) dołożyli swoje cegiełki do ostatecznego brzmienia „Marrow Deep”. Nie możemy też zapomnieć o Bennie Kollerze (Converge), którego perkusyjne popisy słyszymy na otwierającym płytę „Barbarians Blood”. Wkład gości, choć niezwykle znaczący, nie truje krwi Mastodon i to oni trzymają za ster statku płynącego w sztormie. Wolałabym uniknąć sztywnego katalogowania „Marrow Deep”. Mamy tu wszystko – cierpienie, piekło, ruiny, chaos, odpoczynek, podróż w czasie, podróż do wnętrza własnego umysłu, niezdecydowanie, gniew i pożegnanie. Płyta zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem. To tak jak z niektórymi filmami – za każdym razem znajdujesz na niej coś nowego.