Martin Golem Missy z Protector: O wdzięczności, polskich wspomnieniach i 40 latach metalowego szaleństwa

Po czterech dekadachna scenie Martin z zespołu Protector wspomina swoją podróż, od początków pełnych emocji po dzisiejszą wdzięczność za to, że wciąż może grać. Posłuchajcie jego opowieści o niezapomnianych koncertach w Polsce i ekscytujących szczegółach dotyczących planów związanych z 40-leciem Protector.

Rozmawiała Marta Antosz

Jakie masz wspomnienia z koncertów w Polsce?

Martin: Graliśmy do tej pory w Warszawie, Katowicach i Gdańsku. Warszawa była niesamowita. To był klub Hydrozagadka. Bilety zostały wyprzedane, w klubie było około 400 osób. Pomiędzy prawie każdym utworem ludzie krzyczeli „Protector, Protector!”. To było niesamowite. Fajny koncert.

W przyszłym roku minie 40 lat od powstania Protector. Czy możesz opowiedzieć o swoich ulubionych wspomnieniach? Co byś zrobił inaczej? I może zdradzisz, jaką niespodziankę przygotowaliście dla fanów z okazji rocznicy?

Martin: Moje ulubione wspomnienia trzeba oczywiście podzielić na dwie części, ponieważ były to początki mojej kariery w zespole i obecny czas, kiedy gram ze szwedzkimi kolegami (Michael „Micke” Karlsson – gitara; Carl-Gustav Karlsson – perkusja; Mathias Johansson – gitara basowa, przyp. redakcja). Dla mnie to jak 20 lat różnicy. Ale na początku oczywiście wszystko było ekscytujące. Wszystko było dla mnie nowe. Bycie w zespole – grałem wcześniej w mniejszych zespołach, ale nie tak jak ten: dużo koncertowaliśmy, nagrywaliśmy albumy i tak dalej. Powiedziałbym, że to była ekscytacja. Pierwsze spotkania z fanami i innymi zespołami.

A teraz, kiedy gram z moimi szwedzkimi kolegami, mam trochę więcej doświadczenia w graniu na żywo. Ale to nadal jest niesamowite. Tutaj też jest pewien rodzaj ekscytacji, ale powiedziałbym, że bardziej wdzięczności za to, że mam możliwość zrobić to ponownie, zagrać z Protector i zagrać utwory Protector. I tak wygląda pierwsza część. Za pierwszym razem była to ekscytacja, a za drugim, powiedziałbym, wdzięczność, że mam możliwość zrobić to ponownie. W przyszłym roku, 2 maja, zagramy w rodzinnym mieście Protector, Wolfsburgu.

To będzie nasz specjalny koncert. Nigdy nie graliśmy dłużej niż 60 minut, ponieważ jestem stary (śmiech). Tym razem zagramy 100 minut. Zagramy utwory z każdej płyty. Będzie co najmniej kilku gości specjalnych, którzy zagrają z nami, a podczas niektórych utworów dołączą do nas na scenie dawni członkowie zespołu.

To jest najważniejsze. Postaramy się też przygotować pokaz slajdów, który będzie wyświetlany na telewizorach na zewnątrz, przedstawiający historię zespołu. Będzie więc kilka drobiazgów, ale głównie koncert.

A co z obecnym składem zespołu? Jak doszło do „reaktywacji” Protector? Jak znalazłeś chłopaków i jak się z nimi gra? Jak ci się podoba do tej pory? Co cię zaskoczyło, a co było największym wyzwaniem?

Martin: Wszystko zaczęło się w 2005 roku. A raczej trochę wcześniej, około 2003 lub 2004 roku. Zacząłem ponownie nawiązywać kontakty z członkami mojego starego zespołu. W latach 90. prawie nie miałem z nimi kontaktu. Ale zacząłem się z nimi kontaktować mailowo, a nawet osobiście, kiedy byłem w Wolfsburgu.

Wtedy szwedzka wytwórnia płytowa I Hate Records wydała dwie kompilacje, które pokazały mi, że Protector nadal budzi zainteresowanie. Myślałem, że wszyscy zapomnieli o zespole. A potem, w 2005 roku, podczas koncertu Niflheim w Sztokholmie, miałem zaszczyt być na after party w domu jednego z gitarzystów. Tam spotkałem człowieka, który zajmował się merchandisingiem dla Niflheim, Jonasa Svenssona, i siedzieliśmy razem całą noc. Wszyscy zasypiali lub rozchodzili się do domów, ale my siedzieliśmy całą noc i rozmawialiśmy o heavy metalu, a nagle to właśnie Jonas wpadł na pomysł: skoro nie mogę spróbować ponownie zebrać oryginalnego składu – a wiedziałem, że nie będzie to możliwe, ponieważ Michael, nasz oryginalny perkusista, zmarł niestety w 1994 roku, a Hansi, który wraz z nim założył zespół, gitarzysta, nie chciał grać, a przynajmniej nie chciał grać pod nazwą Protector bez niego, wiedziałem więc już, że nie da się tego zrobić. Powiedziałem jednak, że może moglibyśmy założyć zespół coverowy. Jonas odpowiedział, że pojedzie do Uddevala, gdzie wtedy mieszkał, i wybierze dla mnie kilku muzyków którzy jego zdaniem są oldschoolowi, lubią ten rodzaj muzyki i potrafią ją dobrze grać. Około pół roku później skontaktował się ze mną ponownie i powiedział: „Znalazłem trzech facetów, już ćwiczą, musisz przyjechać”. I chyba w lutym 2006 roku pojechałem. Przyjechałem tam i spotkałem chłopaków po raz pierwszy i to było niesamowite. Od samego początku wiedziałem, że Jonas znalazł idealnych ludzi do tego projektu. Nazwaliśmy się „Martin Missy and the Protectors”, więc był to raczej zespół coverowy. Graliśmy wszystkie utwory Protector, a czasem covery Sodom. Graliśmy w Niemczech, Czechach i Finlandii. A potem, w 2011 roku, chłopaki zapytali mnie, czy nie byłoby możliwe, żebyśmy znów zaczęli grać oficjalnie jako Protector, bo mają kilka pomysłów na utwory i takie tam, a ja powiedziałem: „Ach!”.  Pojechałem więc do Wolfsburga, spotkałem się z Hansim i porozmawiałem z nim. Powiedział, że to świetny pomysł, aby dziedzictwo Protector mogło przetrwać dzięki temu, więc dał nam swoje błogosławieństwo, że tak powiem, i to było wszystko, czego wtedy potrzebowałem. Zaczęliśmy, nagraliśmy demo, a od 2011 roku znów gramy oficjalnie jako Protector. W 2006 roku poznałem chłopaków, więc w przyszłym roku będziemy mieli coś w rodzaju rocznicy – będzie to 20 lat, można powiedzieć, od momentu, gdy nowi członkowie Protector zaczęli grać, więc będzie to 40/20. Tak, fantastycznie.

Nie mogę się doczekać. Czy mógłbyś opowiedzieć mi trochę o dwóch ostatnich albumach? „Excessive Outburst of Depravity” i „Summon the Hordes”? Co było inspiracją do ich powstania? Wspomniałeś już, że chłopaki mieli kilka pomysłów, ale jak wyglądał proces pisania tekstów i kompozycji? Czy różnił się on od waszego dotychczasowego procesu twórczego, czyli od tego, co robiliście w ramach tak zwanego „starego Protector”?

Martin: Oczywiście, wtedy łatwiej było pisać muzykę, ponieważ wszyscy mieszkaliśmy w tym samym mieście, w Wolfsburgu, więc mogliśmy razem ćwiczyć i mieć, jak to się mówi, wymianę muzyczną.

To było łatwe, bo chłopaki mieszkają w Uddevalla, na zachodnim wybrzeżu. Ja mieszkam na wschodnim wybrzeżu, w Sztokholmie. Dzieli nas około 500 kilometrów, więc nie mogę po prostu wskoczyć do samochodu i jechać tam co weekend, żeby z nimi ćwiczyć. Ale oni ćwiczą muzykę tam i tam też piszą większość piosenek, a ja piszę teksty. Otrzymuję od nich nagrania, a potem piszę teksty w Sztokholmie.

Czasami mam też pomysły na piosenki, ale ponieważ nie umiem grać na gitarze, muszę śpiewać riffy gitarowe na telefonie komórkowym i wysyłać je do nich. Oni muszą spróbować włączyć je do riffów. Tak więc napisałem też część muzyki na każdym albumie. Na każdym albumu  miałem co najmniej jedną piosenkę, która była mojego autorstwa.
A w przypadku „Excessive Outburst” myślę, że był to proces. Na pierwszym albumie, „Reanimated Homunculus”, wciąż próbowaliśmy znaleźć sposób na rozwój naszego brzmienia i myślę, że znaleźliśmy go gdzieś pomiędzy „Cursed and Coronated” a trzecim albumem. Nazwałbym to thrash metalem z wpływami death metalu.

Tak to wszystko wyglądało. Kiedy nagrywaliśmy „Summon the Hordes”, chłopaki pojechali do Berlina i nagrali album z Harrisem Johnsem. Ja nagrałem wokale w małym studiu w Sztokholmie. Harris przyjechał na jeden dzień i wyprodukował całość. Masteringiem zajął się Engel z High Roller Records, który zajmuje się masteringiem dla całej wytwórni. A ostatni album był chyba najfajniejszy, ponieważ nagraliśmy go w studiu w Sztokholmie z Robertem Perssonem, który jest również bardzo dobrym gitarzystą i ma własne zespoły. Nagrał wszystko – całą muzykę, wszystkie wokale – a tym razem Engel z High Roller Records zajął się również miksowaniem i masteringiem. Wtedy nagrywaliśmy z naprawdę młodymi ludźmi, można tak powiedzieć. Mieli około 40, 45 lat, prawie dokładnie tyle samo co my. Dzięki temu na albumie „Excessive” jest może trochę młodszego brzmienia, jeśli tak to można nazwać. Lubię wszystkie nasze płyty i zazwyczaj jest to – jak to się mówi? – banalne stwierdzenie, że „nasz najnowszy album jest najlepszy”, ale myślę, że naprawdę ciężko pracowaliśmy, aby stworzyć album „Excessive Outburst of Depravity”. Naprawdę uważam, że to nasz najlepszy album, więc będzie bardzo trudno osiągnąć ten poziom na następnej płycie, ale zobaczymy.

Czy już pracujecie nad czymś nowym?

Martin: Dobrą rzeczą, szczęśliwym zbiegiem okoliczności, jeśli chodzi o „Excessive Outbursts”, było to, że powstał w czasie pandemii koronawirusa, więc nie mogliśmy grać koncertów przez jakieś dwa lata. Chłopaki mieli więc dużo czasu, żeby siedzieć w sali prób
i pisać piosenki, i to było, a może też dlatego, że wyszło tak dobrze – mogli pracować nad każdą piosenką, nad każdym riffem. Teraz jest trudniej, ponieważ mamy koncerty. Nie gramy zbyt wielu koncertów, ale są one w kwietniu, niektóre w lipcu, teraz zagramy w grudniu i cały czas musimy aktualizować setlistę, żeby mieć ją świeżo w pamięci. Trudno jest pisać nowe piosenki w międzyczasie, ponieważ Micke, nasz gitarzysta, pracuje. Jest mechanikiem samochodowym. Ma małą córeczkę, jest żonaty. Carl też jest żonaty i ma małą córeczkę, również pracuje. Matte nie ma rodziny, ale też pracuje na zmiany w fabryce ryb.

Trudno więc zebrać materiał na nowy album, ale myślę, że się uda. Mamy już cztery gotowe utwory, ale chcemy mieć co najmniej dziesięć. To zajmie trochę czasu. Do tej pory między wydaniem kolejnych albumów mijały zawsze trzy lata, ale w tym roku będzie to raczej pięć, ponieważ trudniej będzie znaleźć czas na napisanie wszystkich piosenek.

Jak myślisz, jak publiczność reaguje na nowe utwory podczas koncertów? Widzę, że ludzie naprawdę je lubią, śpiewają zarówno stare, jak i nowe kawałki. Jak podobała ci się dotychczasowa letnia trasa koncertowa?

Martin: Byłem naprawdę zaskoczony. Na początku trochę się martwiłem, że ludzie – fani – będą chcieli słuchać tylko starych piosenek i może tak było w pierwszych latach działalności nowego Protector, ale im więcej wydawaliśmy płyt, tym więcej piosenek z nich graliśmy na żywo. Zazwyczaj nie gramy więcej niż dwa lub trzy nowe utwory, ponieważ wiemy, że publiczność chce usłyszeć głównie stare kawałki, ale mogliśmy też zagrać kilka nowych utworów. Po pewnym czasie, tak jak teraz na Brutal Assault, ekscytujące było zobaczyć, że nie tylko podczas grania nowych utworów fani stali nieruchomo i patrzyli, ale świętowali je prawie tak samo jak stare utwory, co uznałem za niesamowite. Zrozumieliśmy, że – widzieliśmy to również w poprzednich latach podczas naszych koncertów – nowe utwory są dobrze przyjmowane przez fanów, więc bardzo mnie to cieszy.

Czy jest jakiś muzyk, z którym chciałbyś nagrać piosenkę Protector, a nawet cały album?

Martin: Oczywiście żyjącego? (śmiech) Nie mam listy osób, które już odeszły, bo wtedy byłby to oczywiście Lemmy. Cliff Burton byłby fajny. Ale tak, jeśli chodzi o żyjących, super byłoby zagrać z Hellbutcherem, byłym wokalistą Niflheim – to byłoby niesamowite, to fajny facet – i oczywiście pasowałoby to również bardzo dobrze do naszych piosenek i muzyki. Tom Angelripper, ale to będzie trudne ze względu na odległość od Niemiec, ale może mógłby nagrać coś tam. Nie wiem, czy by to zrobił – może, bo z tego, co słyszałem, Sodom chce teraz przestać grać, więc może miałby na to czas. Ale oczywiście ekstra byłoby zrobić coś z Tomem Angelripperem. Tom Angelripper z Sodom i Hellbutcher – to byłoby niesamowite.

Reklama

Jak myślisz, w jaki sposób na wasze brzmienie wpłynęło to, że jesteście teraz w Szwecji, w porównaniu z czasami, kiedy Protector był zespołem z Wolfsburga i był naprawdę związany z niemiecką sceną?

Martin: Wtedy to jeszcze było coś w rodzaju wyścigu.  My też braliśmy udział w tym wyścigu, w którym uczestniczyło wiele zespołów w latach 1984, 1985, 1986, a my dołączyliśmy w 1986, 1987. Nadal trwała rywalizacja o miano najbardziej brutalnego zespołu, więc tempo i ciężkość brzmienia były niezwykle ważne. Próbowałem też dostosować swój głos do tej brutalności i tak dalej. Pierwsza płyta, którą nagrałem, sprawiła mi radość, ponieważ po raz pierwszy śpiewałem coś brutalnego w studiu. Ale potem, na „Golem” i „Urm the Mad”, próbowałem śpiewać niemal jak death metalowiec, bardzo głęboko i tak dalej, ponieważ miało to brzmieć jak najbardziej brutalnie i ciężko. Teraz nie przejmuję się tym tak bardzo, po prostu śpiewam. Wchodzę do studia, staję przed mikrofonem i śpiewam. Powiedziałbym raczej, że brzmi to trochę bardziej jak czasy „Misanthropy” (1987 – przyp. Redakcja) niż mroczne, mroczne death metalowe utwory z „Golem” i „Urm the Mad”. To chyba największa różnica, że nie przejmuję się tak bardzo – że musi być absolutnie super brutalnie, głęboko, mrocznie i tak dalej. Po prostu śpiewam tak, jak potrafię; sprawia mi to przyjemność.

A jak Twoim zdaniem zmieniła się scena z perspektywy fanów? Czy dostrzegasz dużą przepaść między starymi, tak zwanymi „starymi fanami” a „nowymi fanami”? Jaka jest ogólna kondycja heavy metalu, death metalu i trash metalu, z tego co obserwujesz na koncertach? Wiem, że sam też jesteś fanem.

Martin: Tak, oczywiście, że jest duża różnica, zawsze w heavy metalu – jest rozwój. Muszę przyznać, że jestem dość oldschoolowy, więc oczywiście lubię słuchać głównie starych zespołów, których słuchałem jako fan, ale jeśli pojawiają się nowe zespoły, które przynajmniej brzmią oldschoolowo, to też lubię ich słuchać. Ale oczywiście wiem, że scena się rozwinęła. Są różne rodzaje thrash metalu, nowoczesny thrash metal, nowa fala thrash metalu – słyszałem, że takie są.

Uważam jednak, że scena nadal jest bardzo fajna i żywa, ma wiele twarzy, wiele stylów, wiele kierunków, ale myślę, że jest też wielu młodszych fanów. Tak, powiedziałbym, że nasza publiczność to w 75%, może 70% starszych fanów – być może tych, którzy słuchali thrash metalu lub Protector w latach 80. i 90. Ale jest też co najmniej 25% lub 30% młodszych ludzi, którzy nawet nie byli jeszcze na świecie, kiedy powstał i uważam to za niesamowite, że możemy zainspirować młodszych fanów do słuchania naszej muzyki. To świetna sprawa.

Oczywiście kochamy wszystkich naszych fanów, ale super, że są też młodsi, którzy doceniają to, co robimy, zarówno stare, jak i nowe utwory. Tak, myślę, że nadal istnieje, jak to się mówi, nowe pokolenie, więc metal nie umrze wraz z pokoleniem, które słuchało go w latach 80. i 90. Myślę, że to niezwykle pozytywne. Tutaj, w Szwecji, widzi się tak wielu młodych ludzi, około 20, 25 lat, którzy noszą kamizelki i naszywki i wyglądają dokładnie tak, jak my w latach 80. To zawsze sprawia mi ogromną przyjemność, zarówno chodzić na koncerty jako widz i widzieć wszystkich tych fanów, jak i widzieć ich, kiedy jesteśmy na scenie. To, że jest też wielu młodych ludzi, którzy, tak jak powiedziałem, wyglądają dokładnie tak jak my w latach 80. i skaczą i headbangują, jest naprawdę świetne.

Powiedziałeś, że interesujesz się głównie oldschoolowymi rzeczami, ale czy w ciągu ostatnich kilku lat pojawił się jakiś nowy zespół thrashowy lub death metalowy, który Cię szczególnie zainteresował?

Martin: Szczerze mówiąc, nie słucham zbyt wielu nowych zespołów. Ale jest taki niemiecki zespół, który nazywa się… muszę pomyśleć… Hellish Crossfire, grają coś w stylu thrash black metalu. Ale oni też są już na scenie od jakichś 20 lat. Ale powiedzmy, że lubię chodzić na koncerty i kiedy grają zespoły thrash metalowe lub nowsze zespoły, może nie mam ich płyt, ale lubię ich słuchać i oglądać na żywo. Muszę jednak przyznać, że kiedy włączam płytę w domu, to przeważnie jest to „Bonded by Blood” Exodus lub „Reign in Blood” Slayera, coś w tym stylu.

Jak ważny był dla Ciebie Black Sabbath jako wpływ muzyczny po niedawnej śmierci Ozzy’ego?

Martin: Zacząłem ich słuchać w 1985 lub 1986 roku. Słuchałem kompilacji, którą miał mój starszy kuzyn… Ale jeśli chodzi o Black Sabbath, to nie jest to trash metal w tym sensie, ale oczywiście ciężkość brzmienia była dla mnie inspirująca. To brzmienie, a zwłaszcza riffy Tony’ego Iommiego, były niesamowite i prawdopodobnie to właśnie one miały największy wpływ na Protector, na mój własny styl muzyczny. Jeśli chodzi o mój styl śpiewania, powiedziałbym, że największy wpływ mieli Jeff Becerra z Possessed i Tom Angelripper z Sodom, oczywiście, a także Tom Warrior z Celtic Frost i Michael Hasse, nasz pierwszy perkusista i wokalista, który śpiewał na pierwszym demo. Był on również wielką inspiracją dla mnie osobiście, dla mojego stylu śpiewania.

Czy kiedykolwiek myślałeś o napisaniu książki o swojej obecności na scenie metalowej, o Protector?

Martin: Właściwie to napisałem – nie była to książka, ale coś w rodzaju magazynu – „Apocalyptic Chronicles” o historii Protector, ale nie tyle o mnie samym, o mojej biografii czy, jak to się nazywa, autobiografii, ale bardziej z zewnątrz, o historii Protector. I prawdopodobnie to zrobię – nowa wersja z uwzględnieniem wszystkich wydarzeń z ostatnich lat, z okazji jubileuszowego koncertu – ale książka, och, tak, czemu nie? Byłoby to interesujące, ponieważ zawsze lubiłem pisać. Jednym z moich marzeń, kiedy byłem młodszy, było zostać dziennikarzem. Pisałem do szkolnego magazynu, gazetki szkolnej i tym podobnych, więc lubię pisać. Byłoby super, ale wiem, że to dużo pracy. Już samo stworzenie tego małego magazynu, który liczy chyba 50 stron, zajęło mi około roku. A kiedy się pracuje, czas na pisanie jest tylko wieczorem lub w weekendy. Zobaczymy, ale napisanie książki byłoby naprawdę interesujące. Może znajdzie się ktoś zainteresowany wydaniem takiej publikacji.

Czym się pasjonujesz poza muzyką?

Martin: Jedną z moich największych pasji jest oczywiście piłka nożna. Grałem przez długi czas, zarówno w klubach, jak i – jak to się nazywa? – w lidze niedzielnej, gdzie gra się dla przyjemności, nie w prawdziwym klubie czy czymś w tym rodzaju, ale oczywiście oglądam też mecze w telewizji, jeśli są takie, które mnie interesują, a jeśli to możliwe, chodzę na stadion, aby poczuć atmosferę. Moje ulubione drużyny są w Niemczech: Wolfsburg, a wSzwecji Öster Växjö. Oczywiście, kiedy są mistrzostwa świata lub mistrzostwa Europy, zawsze to oglądam, a także inne mecze innych drużyn, z innych krajów – staram się oglądać jak najwięcej, kiedy są duże turnieje.

Tak, piłka nożna. I historia – lubię oglądać filmy historyczne i dokumenty. Mam też inne zainteresowania: science fiction. Czytanie książek i oglądanie filmów – to wszystko, co nie jest związane z piłką nożną, ale z historią i science fiction, co często pojawia się w tekstach, które piszę.

Jaką książkę ostatnio przeczytałeś i poleciłbyś innym?

Martin: W ostatnich latach głównie, jak to się nazywa, słuchałem książek, audiobooków. Była taka seria, seria science fiction, która bardzo mi się podobała. Myślę, że jest ich około 15. Nazywa się „Expeditionary Force”. Bardzo ją polecam, zwłaszcza w wersji audiobooka, gdzie lektor – nie pamiętam nazwiska, jest świetny. Genialnie naśladuje wszystkie głosy i czyta. Lubię też stare książki science fiction, takie jak „Wojna światów”, czy powieści Juliusza Verne, ale to było dawno temu, kiedy je czytałem. Obecnie mam w domu książkę, która na mnie czeka – zapomniałem zabrać ją ze sobą na wakacje. Nazywa się „The Forever War”. Po obejrzeniu serialu telewizyjnego słuchałem również „Wiedźmina”. „Wiedźmin” był świetny do słuchania.  Słucham też innych audiobooków, ponieważ oczywiście w książkach lub audiobookach zawsze jest trochę więcej informacji i innych rzeczy niż w serialach telewizyjnych, ale naprawdę bardzo lubię jedno i drugie.

Zbliża się rocznica, więc co życzysz Protectorowi i sobie na kolejne 20, 40 lat, miejmy nadzieję?

Martin: 20, 40 lat, tak (śmiech). Żyjemy z roku na rok, planujemy maksymalnie dwa lata naprzód. Mamy już zarezerwowane koncerty na 2026 i 2027 rok, więc idziemy krok po kroku. A największym marzeniem jest to, żebyśmy wszyscy byli zdrowi i mogli grać razem jak najdłużej i zagrać jak najwięcej koncertów, żeby ludzie nadal mogli doświadczać Protector na żywo. Jak długo to potrwa? Nie wiem. Nie mamy jeszcze planów, żeby przestać grać, więc liczymy na co najmniej pięć lat, może dziesięć, a potem zobaczymy, czy będzie to dwadzieścia czy czterdzieści, jak powiedziałaś.

Trzymam kciuki i życzę wszystkiego najlepszego. Bardzo dziękuję, Martin.

Martin: Dziękuję.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *