Black Sabbath wydali swój debiutancki, imienny album studyjny 13 lutego 1970 roku (w piątek trzynastego). Data ta często wymieniana jest jako moment narodzin heavy metalu – płyta Black Sabbath powszechnie uchodzi za pierwszy album tego gatunku.
Muzyka Black Sabbath odcinała się od psychodelicznego rocka lat 60., oferując cięższe, mroczniejsze brzmienie pełne riffów jak grzmot i klimatów grozy. Już sama okładka zapowiadała tę nową estetykę: była ciemna, niepokojąca i definiowała stylistykę heavy metalu na lata – mroczną, złowrogą i makabryczną.
Zdjęcie na okładce wykonano w plenerze, w miejscu o nazwie Mapledurham Watermill – to średniowieczny młyn wodny nad Tamizą w hrabstwie Oxfordshire (Anglia). Budynek młyna pochodzi z XV wieku i w chwili sesji zdjęciowej był dość zaniedbany, otoczony gęstymi, splątanymi zaroślami. Fotografem i zarazem pomysłodawcą okładki był Keith Macmillan (znany też jako Keef), ówczesny projektant grafik albumowych w wytwórni Vertigo Records. Macmillan świadomie wybrał Mapledurham Watermill ze względu na jego ponury klimat – jak wspominał, miejsce to miało “upiorną aurę” i znakomicie pasowało do muzyki Black Sabbath.

Jak powstała legendarna okładka albumu Black Sabbath
Sesja odbyła się późną jesienią 1969 roku o bardzo wczesnym poranku, aby uchwycić naturalną mgłę unoszącą się nad wodą. Panowały zimno i mrok – modelka pozowała o świcie, marznąc w chłodzie. Macmillan dla spotęgowania efektu rozkładał wokół planu suchy lód i używał wytwornicy dymu, aby wzniecić gęstą, mistyczną mgłę. Sięgnął też po specjalną kliszę podczerwoną Kodak Aerochrome, stosowaną zwykle w fotografii lotniczej, co nadało zdjęciu charakterystyczny, nieco nienaturalny, różowawo-sepiowy odcień. Wszystkie te zabiegi sprawiły, że fotografia zyskała niezwykły, upiorny nastrój, jakiego wcześniej nie widywano na rockowych okładkach.
Tajemnicza postać w czerni – kim była bohaterka okładki albumu Black Sabbath?
Na pierwszym planie okładki widzimy nieruchomą postać ubraną w czarną pelerynę z kapturem. Jej przenikliwe spojrzenie i zagadkowy gest splecionych dłoni od razu przykuwały uwagę, budząc niepokój. Przez wiele lat krążyły pogłoski o tym, kim jest owa kobieta – zespół i fotograf milczeli, podsycając legendę. Dopiero po blisko 50 latach, w 2020 r., ujawniono, że modelką z okładki była Louisa Livingstone, w czasie sesji zaledwie 18-letnia początkująca modelka z Londynu. Macmillan znalazł ją przez agencję Annie Walker w Londynie – zależało mu na drobnej dziewczynie, ponieważ jej niski wzrost (ok. 152 cm) sprawiał, że otaczający krajobraz wydawał się większy i bardziej przytłaczający.
Co ciekawe, Livingstone nie miała na sobie nic poza czarną peleryną podczas zdjęć. Fotograf przyznał po latach, że próbował wykonać także kilka bardziej odważnych, rozebranych ujęć, jednak ostatecznie zrezygnowano z erotyki, by nie osłabiać złowrogiego nastroju okładki. Mimo przenikliwego zimna modelka wykazała się profesjonalizmem – potrafiła stać bez ruchu, świetnie wcielając się w rolę „upiornej” zjawy. Jak wspomina Macmillan, „była świetną modelką. Miała niesamowitą odwagę i dobrze rozumiała, co chcę osiągnąć”

Symbolika pierwszej okładki Black Sabbath. Sekrety sesji: kot, kruk i mgła
Przez dekady fani dopatrywali się różnych detali na okładce. Tajemniczy przedmiot w dłoniach modelki stał się źródłem spekulacji – wielu uważało, że młoda kobieta trzyma czarnego kota niczym wiedźma. Sam Macmillan po latach utrzymywał, że na plan przywiózł żywego czarnego kota oraz wypchaną wronę jako rekwizyty, i że Livingstone pozowała z kotem na rękach. Modelka temu zaprzecza – twierdzi, że nie trzymała żadnego zwierzęcia, a specyficzne ułożenie rąk wynikało raczej z prób ogrzania się w lodowatej aurze. Niezależnie od tego, czy kot faktycznie znalazł się na zdjęciu, sam pomysł dodawał okładce wiedźmińskiego, okultystycznego klimatu.
Livingstone wspomina również, że musiała wstać około 4 nad ranem na sesję, a na miejscu panował przenikliwy chłód i półmrok. Fotograf biegał po okolicy, rozrzucając suchy lód w wodzie, a gdy to nie dało dość mgły – uruchomił generator dymu. Wszystko po to, by o świcie młyn i otoczenie spowiła gęsta, naturalnie wyglądająca mgła. W efekcie gotowa okładka przedstawia czarną sylwetkę kobiety na tle starego młyna odbijającego się w spokojnej wodzie – obraz oniryczny i zarazem złowieszczy, który na stałe wszedł do kanonu rockowej ikonografii.

Black Sabbath. Odwrócony krzyż i kontrowersje
Okładce towarzyszył pewien skandaliczny akcent. W oryginalnym wydaniu winylowym albumu Black Sabbath, na wewnętrznej stronie rozkładanej okładki (tzw. gatefold), umieszczono grafikę przedstawiającą odwrócony krzyż wraz z krótkim poematem (autorstwa Rogera Browna, asystenta fotografa). Co znamienne, zespół nie wiedział o tym pomyśle przed drukiem. Kiedy muzycy zobaczyli odwrócony krzyż, byli co najmniej zaskoczeni – obawiali się, że taki motyw podsyci oskarżenia, jakoby Black Sabbath świadomie propagowali satanizm lub okultyzm. Rzeczywiście, konserwatywna prasa i religijni krytycy podchwycili ten element, przypinając grupie łatkę „satanistów”. Na koncertach zaczęli pojawiać się osobliwi fanatycy, a nawet okultyści (na jednym z koncertów stawił się słynny wiccański „wysoki kapłan” Alex Sanders) – wszystko to tylko podsycało legendę Black Sabbath jako zespołu owianego mroczną aurą.
W samym zespole zdania były podzielone. Bill Ward, perkusista, po latach przyznał: „Uwielbiam front okładki. Był tajemniczy – dokładnie w naszym stylu. Ale znienawidziłem to, że po otwarciu ktoś dodał odwrócony krzyż”. Ozzy Osbourne z kolei wspominał, że o ile pamięta, nikt z kapeli nie robił z tego wielkiej afery. Niezależnie od intencji, odwrócony krzyż stał się głośnym tematem – paradoksalnie przysporzył zespołowi reklamy, ale też na długo przylgnęła do nich opinia „mrocznej” grupy.
Dalsze losy modelki z okładki Black Sabbath
Okładka debiutanckiej płyty Black Sabbath do dziś uchodzi za jedną z najbardziej ikonicznych w historii rocka. Jej mroczna estetyka wyznaczyła standard dla niezliczonych późniejszych okładek metalowych – ujawniła tematykę okultyzmu, grozy i czarnej magii w popkulturze. Sam album zainspirował pokolenia muzyków i słuchaczy, a fotografia z okładki jest rozpoznawana nawet przez osoby niezaznajomione z twórczością Black Sabbath.
A co z tajemniczą „wiedźmą” z okładki? Louisa Livingstone przez pewien czas kontynuowała karierę modelki i epizodycznie aktorki, jednak ostatecznie poszła własną drogą. Okazało się, że pasjonuje ją muzyka elektroniczna – w dorosłym życiu zajęła się tworzeniem ambientu i muzyki eksperymentalnej, wydając utwory pod pseudonimem Indreba. Co interesujące, Livingstone nigdy nie została fanką heavy metalu. Przyznaje, że muzyka Black Sabbath nie do końca trafiła w jej gust – wolała słuchać The Beatles, Cream czy Rolling Stones. Mimo to jest świadoma, że jej udział w sesji z 1969 roku przeszedł do historii. Po latach z dumą wspomina, iż jej wizerunek stał się częścią legendy rocka, nawet jeśli sama szybko “posłuchała albumu i poszła dalej”.
Źródła:
Rolling Stone
Consequence
Louder
loudersound.com
consequence.net