John Corabi, The Great Alone, Sick Saints wystąpili w Krakowie

Wtorkowy wieczór w krakowskim klubie należał do fanów cięższych brzmień i gitarowego rocka. Wystąpili kolejno: Sick Saints, The Great Alone oraz na koniec John Corabi and Friends.

Bez względu na to, czy stoi przed 200-tysięcznym tłumem na wielkim festiwalu, czy przed garstką osób w kameralnym klubie – John Corabi niezmiennie udowadnia, że jest fenomenalnym wokalistą i frontmanem. Udowodnił to Krakowie niedługo po swoich 67. urodzinach.

Skład marzeń i amerykańska klasa

U fanów amerykańskiego rocka/hard rocka/soft metalu/pudel metalu (niepotrzebne skreślić) zespół towarzyszący mieszkającemu na co dzień w Nashville Corabiemu na pewno podniósł poziom ekscytacji. Trudno się dziwić, gdy na scenie pojawiają się muzycy mający w CV współpracę z takimi markami jak Whitesnake, Winger, Tesla, Ace Frehley czy Gene Simmons. Panowie potwierdzili klasę nie tylko jako instrumentaliści, ale przede wszystkim jako ludzie. Bezpośredni, uśmiechnięci i otwarci na fanów – po koncercie bez problemu można było przybić z nimi piątkę, zdobyć autograf czy zrobić pamiątkowe zdjęcie.

Showman z krwi i kości

Głównym bohaterem wieczoru pozostał jednak John. Kto widział go wcześniej w Polsce, wiedział czego się spodziewać: potężnej dawki rockowego grania przeplatanej błyskotliwymi anegdotami i przekomarzaniem się z publiką. Corabi to naturalny talent sceniczny. Gdyby zdecydował się na karierę w stand-upie, z pewnością podbiłby amerykańskie kluby komediowe i zarobił fortunę.  

Mimo upływu lat i życiowych zawirowań, o których muzyk wspomniał z dystansem, jego głos i energia pozostają w nienagannej formie. Można odnieść wrażenie, że John zyskał drugą młodość po tym, jak – w co trudno uwierzyć – doczekał się niedawno premiery pierwszej solowej płyty studyjnej „New Day” (dwa dni przed swoimi urodzinami). To właśnie piosenki z materiału wyprodukowanego przez niestety nieobecnego w Krakowie Martiego Fredriksena (zatrzymały go w USA obowiązki producenckie, jak poinformował John) wypełniły sporą część setlisty.

Od nostalgii po drapieżny rock

Na żywo nowe kompozycje zabrzmiały znacznie drapieżniej niż na nostalgicznym albumie. Johna świetnie wokalnie wspomagali Jeremy Asbrock, Michael Devin i Paul Taylor. Tytułowy „New Day” otworzył występ, ale to zapowiadające album „When I Was Young” i „1969” zrobiły najlepsze wrażenie. Nie obyło się bez zabawnych uwag Corabiego przed piosenkami, jak choćby ta przed jedną z nich (jeśli się nie mylę, „Love I Don’t Need”), że marzy mu się, aby ten numer usłyszał kiedyś wchodząc do strip clubu. Albo w domu starców, gdzie będzie tańczyć do niego 72-letnia striptizerka. Ta wizja rozbawiła nie tylko fanów, ale i sam zespół.  

Reklama

Setlista i powrót do przeszłości

John sprawdził profil wiekowy publiki. Najwięcej w „Zaścianku” było reprezentantów generacji 40- i 50-latków (choć nie zabrakło też kilku przedstawicieli 20- i 30-latków). Ci czekali w setliście na reprezentantki dawnych albumów. Choć mogła zaskakiwać nieobecność w repertuarze hitu The Scream „Father, Mother, Son”, to fanów ucieszyły dwie kompozycje Union („Love (I Don’t Need It Anymore)”, „Do Your Own Thing”), The Dead Daisies („Midnight Moses”, zadedykowana miłośnikom jazdy na motocyklach „I’m Gonna Ride”) i przede wszystkim świetna, luzacko-imprezowa wersja „Hooligan’s Holiday” Mötley Crüe.

Ciekawym momentem był hołd dla The Monkees w postaci „Daydream Believer”. John przekonał się jednak, że fascynacja tą grupą w Europie nie dorównuje tej z USA – publika nie podjęła wspólnego śpiewu tak entuzjastycznie, jak oczekiwał. Gdy chwilę później zagrał intro do „Dream On” Aerosmith, fani zareagowali rykiem, na co Corabi odparł ze śmiechem: „Fuck you!”.

Finał z klasą

Wieczór w luźnej atmosferze zamknął klasyk The Scream „Man In The Moon”. Warto wspomnieć o cichym bohaterze – Troyu Luccketcie (eks-Tesla), który napędzał zespół z niesamowitą precyzją i energią. Co ciekawe, na stoisku z merczem można było kupić podpisane przez niego płyty Tesli, choć muzyka nie ma już w kapeli z Sacramento od paru lat. Nie lada gratka dla fanów-kolekcjonerów. John zapowiedział rychły powrót do Polski. Trzymamy go za słowo – takie wieczory w „Zaścianku” mogłyby się odbywać co tydzień.

Sick Saints i The Great Alone zagrali przed John Corabi & Friends

Zanim John Corabi i jego ekipa zawładnęli sceną krakowskiego Zaścianka, na scenie publiczność rozgrzewały dwa supporty. Pierwszym supportem była lokalna grupa Sick Saints, która w ostatnim czasie zdobywa coraz większą popularność. Grali dość krótko, bo raptem pół godziny. Zagrali oczywiście utwór „Redyk” z najnowszego singla. Było dużo interakcji zespołu z publicznością, a na koniec wspólne zdjęcie.

Drugim gościem specjalnym koncertu była grupa The Great Alone. Muzycznie niestety w moim odczuciu wypadli słabiej od Sick Saints. Wokalistka choć bardzo sprawna ruchowo, to jednak jej maniery wokalne na dłuższą metę mogły drażnić słuchaczy. Do tego scena słabo oświetlona jak na jakimś podrzędnym supporcie większej gwiazdy.

Galeria Sick Saints:

Galeria The Great Alone

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *