Stephen King w „Baśniowej opowieści” napisał „Myślę, że w każdym kryje się mroczna studnia, która nigdy nie wysycha. Pijemy z niej jednak na własne ryzyko. Bo woda z tej studni to trucizna.” Austriacka formacja Monument of Misanthropy od lat eksploruje najmroczniejsze zakamarki ludzkiej psychiki, ubierając je w bezkompromisowy, techniczny death metal. Każdy z koncept albumów poświęcony jest postaci innego seryjnego mordercy. 26 czerwca nakładem Listenable Records ukaże się następca wydanego dwa lata temu „Vile Postmortem Irrumatio”, który wżarł się w postać zabójcy studentek, Eda Kempera. Nadszedł czas na „Washington State Charm”. Mówi Wam coś nazwisko Ted Bundy?
Z „ulubionym mordercą Ameryki” nie porozmawiamy, bo został stracony na krześle elektrycznym 24 stycznia 1989 r. Pod ogniem pytań znalazł się za to wokalista Monument of Misanthropy, George – twórca brutalnej muzyki, ale nie brutalnej rzeczywistości.
Wasza muzyka łączy brutalną technikę z bardzo mroczną atmosferą – jak udaje się Wam zachować równowagę między agresją a kompozycją podczas tworzenia nowego materiału?
George: To świetne pytanie, a odpowiedź tkwi w sposobie, w jaki pracujemy jako zespół. Nigdy nie narzucam gitarzystom czy basistom sztywnych instrukcji, gdy przychodzą z nowymi pomysłami; całkowicie ufam ich instynktowi. Oni doskonale wiedzą, jakie emocje powinna budzić piosenka oparta na konkretnym motywie – czy ma być upiorna, gwałtowna i przytłaczająca, czasem dysonansowa i chaotyczna, a innym razem miażdżąca ciężkimi groove’ami, breakdownami czy wręcz zaskakująco melodyjna.
Jak wygląda Wasz proces twórczy w odniesieniu do warstwy lirycznej?
George: Wyjątkowość naszego procesu polega na tym, że zazwyczaj przyjmuję utwory w takiej formie, w jakiej zostają mi zaprezentowane, i dopiero na tym fundamencie instrumentalnym buduję teksty. Szczerze mówiąc, bywa to niezwykle wymagające, ponieważ staram się opowiedzieć złożoną historię – od dzieciństwa aż do śmierci – na przestrzeni dziewięciu utworów, nie pomijając kluczowych momentów, psychologicznych detali i punktów zwrotnych. Napisanie standardowego albumu deathmetalowego, pełnego fikcyjnej makabry i przypadkowych krwawych tekstów, byłoby zdecydowanie łatwiejszą drogą. Wiele takich tekstów brzmi, jakby pisał je piątoklasista próbujący być „mrocznym”. My zawsze chcieliśmy wyjść poza ten schemat i stworzyć coś z głębią, atmosferą i prawdziwą narracją. Czy jesteśmy dumni z tego, co stworzyliśmy? Do diabła, tak! (śmiech).
W jaki sposób Monument of Misanthropy ewoluował muzycznie od swoich początków?
George: To, co naprawdę zmieniło się z czasem, to nie sam proces, ale ludzie i ich umiejętności. Przez lata przeszliśmy sporo zmian w składzie, ale z perspektywy czasu wyszło to nam na dobre pod względem muzycznym. Na początku MoM oscylował wokół grindcore’u i oldschoolowego brutal death metalu. Dzięki albumowi„Unterweger” i naszemu gitarzyście Joe’mu (Gatschowi) mogliśmy ewoluować w stronę bardziej złożonego i technicznego grania, a po dołączeniu Juliusa (Kösslera) [drugi gitarzysta – przyp.red.] ten techniczny death metal przekształcił się w nową mieszankę melodyjnego i technicznego brutal death metalu z elementami deathcore’u.
Jedyną stałą, jak sądzę, jest mój chory wokal (śmiech). Szczerze mówiąc, z muzykami, których mieliśmy wcześniej, prawdopodobnie nigdy nie stworzylibyśmy albumów takich jak „Unterweger” i kolejnych wydawnictw. Może to brzmieć ostro, ale taka jest rzeczywistość.
Którzy artyści lub albumy mieli największy wpływ na Wasze brzmienie i tożsamość?
George: Jako najstarszy członek zespołu, muszę wymienić klasyków: Dying Fetus, Suffocation, Aborted, Benighted i Cattle Decapitation. To te kapele ukształtowały moje rozumienie brutalności, atmosfery, groove’u i intensywności w muzyce ekstremalnej. Młodsi chłopacy w zespole pewnie dorzuciliby nowsze nazwy, jak Archspire, Beyond Creation, Shadow of Intent czy Slaughter to Prevail, ponieważ dorastali z nowoczesną falą technicznego death metalu i deathcore’u.
Scena metalowa ciągle się zmienia – czego Twoim zdaniem brakuje dzisiejszemu death metalowi?
George: Mówiąc zupełnie szczerze, zbyt wiele zespołów ma obecnie obsesję na punkcie mediów społecznościowych, lajków i statystyk, nieustannie goniąc za uwagą w sieci. Wizja artystyczna często wydaje się drugorzędna wobec powierzchownego sukcesu. Duża część autopromocji zamienia się w czystą egocentryczność, gdzie zamiast na tworzeniu wartościowej muzyki, skupienie przesuwa się na budowanie internetowej persony. Niektórzy na scenie powinni w końcu skupić się na dostarczaniu prawdziwej sztuki, zamiast produkować memy i treści pod algorytmy.
Wasze utwory wydają się jednocześnie filmowe i chaotyczne. Czy podchodzisz do pisania piosenek z wizualną narracją w głowie?
George: Zdecydowanie. Od początku było jasne dla nas i dla Listenable Records, że chcemy kontynuować ścieżkę wyznaczoną na poprzednich płytach, więc kierunek narracyjny był obecny od samego startu. Po pracy nad Jackiem Unterwegerem i Edem Kemperem stanęliśmy przed wyzwaniem wyboru kolejnego bohatera albumu koncepcyjnego o seryjnym mordercy. Pytaliśmy nawet fanów, a w odpowiedziach ciągle przewijały się nazwiska takie jak Jeffrey Dahmer, Ed Gein, Richard Ramirez czy Ted Bundy. Dahmer odpadł od razu, ponieważ zespół Macabre wyczerpał ten temat lata temu.
Zacząłem zgłębiać biografie i akta pozostałych morderców i ostatecznie to Bundy okazał się idealnym „koszmarem” do stworzenia mrocznego konceptu lirycznego. Jego spaczone dzieciństwo, puste relacje, popadanie w morderczy obłęd, ucieczki z więzienia i cyrk medialny – to wszystko prowadziło do ostatniego marszu na krzesło elektryczne. Cała ta historia ma upiorną, filmową atmosferę, która idealnie pasuje do albumu deathmetalowego.
Który utwór był dla Was największym wyzwaniem i dlaczego?
George: Kiedy dołączyli Joe i Julius, miałem do czynienia z wymagającym materiałem, ale myślę, że utwór „1974 PNW Spree” był jak dotąd najtrudniejszy. Złożoność historii w połączeniu z szalenie szybkimi partiami wokalnymi sprawiła, że nagranie tego precyzyjnie i wyraźnie było ogromnym wyzwaniem. Nawet nasz realizator nagrań wokalnych był u kresu wytrzymałości psychicznej podczas sesji. Po kilku godzinach w studio wszyscy potrzebowaliśmy dnia lub dwóch przerwy, aby przewietrzyć głowy.
Jak ważny jest szok i brutalność w porównaniu z atmosferą i emocjami?
George: Istnieje bardzo cienka granica między opowiadaniem mrocznej historii a gloryfikowaniem potwora, który jest w jej centrum, i nie wolno jej przekraczać. Oczywiście element szoku jest obecny – z tego samego powodu ludzie oglądają horrory czy dokumenty o prawdziwych zbrodniach – ale dla mnie prawdziwą fascynacją zawsze był psychologiczny rozkład stojący za zbrodniami.
Gdybyś mógł współpracować z dowolnym muzykiem – żywym lub martwym – kto by to był?
George: Mieliśmy już okazję współpracować z muzykami, których podziwiamy, takimi jak Sven z Aborted, Julien z Benighted czy Romain (nasz pierwszy perkusista, który grał w Necrophagist). W przyszłości byłoby genialnie zrobić coś z Benem Duerrem z Shadow of Intent lub Travisem Ryanem z Cattle Decapitation. Duet wokalny z którymś z nich byłby czymś kompletnie zajebistym.
Album „Vile Postmortem Irrumatio” odnosi się do Ed Kempera. Co sprawiło, że jego postać stała się inspiracją?
George: Fascynuje mnie to, że zło może mieć wiele twarzy i zazwyczaj ukrywa się pod maską charyzmy i przyjazności, jak u Kempera czy Bundy’ego. To główne przesłanie tych albumów: nigdy nie oceniaj książki po okładce. Pisząc o takich zbrodniach, musisz podchodzić do tematu z należytą głębią. Nigdy nie chciałem, aby te płyty brzmiały jak tani soundtrack do slashera czy epatowanie krwią dla samej krwi – taka estetyka pasuje bardziej do sceny slam, co nigdy nie było naszym celem. Ważne jest dla mnie traktowanie tych historii z powagą i szacunkiem, bo to były realne tragedie i prawdziwe ofiary. Chodziło o zbadanie ciemności pod fasadą uroku i przełożenie tego na niepokojącą, emocjonalnie przejmującą muzykę.
Jak wyglądały Twoje badania nad Kemperem? Czy próbowałeś się z nim skontaktować?
George: Przy takich albumach research musi być ogromny. Fani true crime natychmiast wyłapują każdą nieścisłość historyczną, a ja sam jestem na tym punkcie przewrażliwiony, więc dbam o wiarygodność informacji. Jednocześnie trzeba być krytycznym wobec źródeł; nie można ślepo ufać wyznaniom morderców, bo tacy ludzie manipulują policją i mediami. Proces polega więc na oddzielaniu faktów od kreacji i mitów.
Nigdy nie myślałem o kontakcie z Kemperem. Pozostawiam taką obsesję ludziom, którzy autentycznie gloryfikują te postacii, czego ja absolutnie nie popieram. Dla mnie to tylko fascynujące przypadki psychologiczne do analizy narracyjnej. Poza tym nie mam czasu na takie fiksacje – między muzyką, rodziną, codziennym życiem a opieką nad zwierzętami dzieje się już wystarczająco dużo (śmiech).
Czy muzyka na albumie „Vile Postmortem Irrumatio” odzwierciedla stan psychiczny Kempera?
George: Nie do końca, nie bezpośrednio. Jak wspomniałem, chłopaki przynoszą gotowe aranżacje, a ja decyduję, która część historii pasuje do danego fragmentu. To kwestia artystycznego instynktu i wchodzenia w stan „flow”, w którym tekst niemal pisze się sam pod wpływem nastroju utworu. W przypadku Kempera najbardziej uderzający był kontrast: fakt, że przesiadywał z policjantami w barze Jury Room w Santa Cruz, ukrywając swoje czyny, oraz jego wysoka inteligencja, która pozwalała mu manipulować psychiatrami. Był postrzegany jako uprzejmy i godny zaufania sąsiad – ten rozdźwięk między pozorami a rzeczywistością jest najbardziej przerażający.
Czym nowy materiał o Tedzie Bundy’m różni się od poprzednich wydawnictw?
George: Wszystkie nasze albumy koncepcyjne o mordercach zachowują ścisły porządek chronologiczny. To jedyny sposób, by słuchacz mógł doświadczyć tej historii jako kompletnej podróży – od dzieciństwa, przez upadek psychiczny, aż po schwytanie. Dzięki temu album nie jest tylko zbiorem piosenek, ale niepokojącym doświadczeniem filmowym.
Pod względem produkcji, ponownie współpracowaliśmy z niesamowitymi gośćmi: Mendelem bij de Leij (ex-Aborted), Johnnym Ciardullo (AngelMaker), Gabe’em Mangoldem (Enterprise Earth) i Halem Microutsicosem (Engulf). Partie bębnów nagraliśmy w renomowanym Kohlekeller Studios z Kristianem „Kohle” Kohlmannslehnerem. Wyzwaniem był czas – tuż po wydaniu albumu o Kemperze podpisaliśmy kontrakt z Listenable Records, co wiązało się z oczekiwaniem szybkiego dostarczenia kolejnego materiału.
Jakie przesłanie niesie Wasza muzyka, biorąc pod uwagę kontrowersje wokół tematyki morderców?
George: Metal zawsze był kontrowersyjny; w latach 80. nawet AC/DC czy KISS nazywano satanistami, a dziś to zespoły stadionowe. Nie chcę nikogo pouczać, fani mają własne rozumy. Nasza muzyka odzwierciedla jedynie ideę, że prawdziwą „bestią” na tej planecie jest ludzkość. Jesteśmy jedynym gatunkiem zdolnym do niszczenia własnego środowiska i zadawania sobie nawzajem tak ekstremalnych cierpień psychicznych i fizycznych. Żadne zwierzę nie zachowuje się tak okrutnie i autodestrukcyjnie jak my.
Jakie są Wasze plany na przyszłość?
George: Przygotowujemy się do kilku festiwali w Europie i rozmawiamy o jesiennej trasie u boku uznanych grup deathmetalowych. Sytuacja finansowa w branży muzycznej nie jest obecnie stabilna – rosnące koszty paliwa i logistyki to dodatkowe wyzwanie dla koncertujących zespołów.