Jeszcze w sobotę (14 marca) rano siedzieli i popijali winko na fińskim lotnisku. Kilkanaście godzin później rozpalili do czerwoności nabity „pod korek” krakowski „Zaścianek”. Impaled Nazarene łoi black metal już prawie cztery dekady i niezmiennie robi to wspaniale!
Tylko ten jeden koncert!
Refleksja, jaka nasunęła mi się po koncercie Finów w Krakowie, jest taka, że miastu bardzo przydałby się klub o pojemności gdzieś pomiędzy „Zaściankiem” a „Kwadratem” (aż żal, że nie ma już nieodżałowanej „Rotundy”). Ścisk w „Zaścianku” był momentami niemiłosierny i szczerze było mi żal fotografów, którzy musieli się mocno napracować, aby wykonać zlecenia bez strat w sprzęcie. Szczęście, że koncert odbywał się u progu wiosny, a nie latem, i że obsługa klubu zostawiła otwarte drzwi do sali. Dzięki temu dało się oddychać. Inna refleksja: jeśli informacje w socialach Impaled Nazarene są aktualne, fińska legenda ruszyła tyłki ze swojej ojczyzny właśnie na ten jeden krakowski występ. Szacunek! Fani im tego nie zapomną.
Bardzo dobry support
Odkładając logistyczne dywagacje na bok, wydarzenie naprawdę przekroczyło moje oczekiwania. O ile Impaled Nazarene zdarzyło mi się widzieć na żywo i wiadomo było, co mnie czeka (aczkolwiek nigdy w klubie takich gabarytów), to śląsko-krakowski Witchfuck dane mi było zobaczyć w akcji po raz pierwszy. I liczę na kolejne razy. Po muzykach, którzy mają w dossier między innymi Besatt, Offence czy Ragehammer, spodziewałem się grania co najmniej dobrej jakości, a zespół moje oczekiwania przebił.
Mieszanka blacku, thrashu i punka, grana przez Witchfuck, świetnie „wchodzi”. Bardzo dobrze rozgrzała publikę przed występem gwiazdy. Witchfuck zrobił nie tylko przegląd dotychczasowej twórczości, w tym numery ze słusznie chwalonego splitu z niemniej słusznie chwaloną Trucizną (w tym cover „Pure Fucking Armageddon” Mayhem), lecz również zaprezentował numer z drugiego albumu, nad którym – jak powiedział ze sceny Hellscreamaross – zespół pracuje. Wzorem wielu recenzentów można skonkludować: miejcie na nich oko!



















Charyzma nie do zastąpienia
W jakimś stopniu świat dzieli się na tych, którzy myślą, że nie ma ludzi niezastąpionych, oraz na takich, którzy są zdania przeciwnego. W przypadku Impaled Nazarene uważam, że zespół bez Miki Luttinena nie miałby racji bytu. Można by znaleźć następcę o podobnym głosie, może nawet wyglądzie, ale takiej charyzmy zastąpić się nie da. Fin to jedyny w swoim rodzaju wesoły, blackmetalowy wariat, zakochany w perwersjach i totalnie oddany muzyce.
Kupa śmiechu i dobrej zabawy
Metrykalnie mamy do czynienia z facetem w średnim wieku. Jednak mentalnie Mika nie przekroczył trzydziestki, co fanów powinno cieszyć. W to, co robi, wkłada maksimum energii i robi to od blisko 40 lat na wysokim poziomie. Tym, czym jednak najpewniej kupuje sobie podziw i wdzięczność fanów, jest to, że robi to bez nabzdyczenia, zadęcia oraz z ogromnym dystansem do siebie i blackmetalowej otoczki. Jakkolwiek by to dziwnie nie zabrzmiało w odniesieniu do – jakby nie było – blackmetalowego koncertu, występ Impaled Nazarene to także kupa śmiechu i dobrej zabawy.
Wariat z flaszką whisky
Jak się nie uśmiechnąć, gdy po „Apolokii” na scenę wpada ten sympatyczny, łysy, fiński wariat ze wzrokiem szaleńca, uśmiechem na twarzy i flaszką whisky Jack Daniel’s w ręku? Nie dostrzegłem, w jakim stopniu panowie opróżnili butelkę, ale raczyli się nią w trakcie tych blisko 90 minut blackmetalowego szaleństwa. Basista, który popełnił grzech mieszania whisky z piwem, pod koniec był już dość wyraźnie w stanie wskazującym. Swoją robotę wykonywał jednak przez cały koncert bezbłędnie (także w chórkach).
Impaled Nazarene zagrał w Zaścianku ponad 30 numerów. Tempo koncertu było imponująco intensywne. Na tyle, że tuż po 22:00 Finowie mogli ogłosić fajrant, a niezmotoryzowani fani spokojnie wrócić do domu komunikacją miejską. Tych blisko 90 minut w zupełności wystarczyło, aby spełnić oczekiwania kilku generacji fanów, którzy żywiołowo reagowali na ogłaszane przez Mikę kolejne numery z ponad 35-letniej historii zespołu.
Podróż przez dyskografię
Zgodnie z obietnicą Luttinena daną przed jednym z numerów (jeśli mnie pamięć nie zawodzi, przed „I Eat Pussy For Breakfast”), było coś bardzo starego, coś nowego i coś pomiędzy. Trzy pierwsze numery po intro reprezentowały „jedynkę” i uwielbiany przez fanów album „Suomi Finland Perkele”. Przemknęły błyskawicznie w pakiecie, wyznaczając poziom intensywności koncertu.
W setliście zabrakło jedynie reprezentantów płyty „Vigorous And Liberating Death” (jeśli w tym szaleństwie nic mi nie umknęło, czego nie można wykluczyć). Nie zabrakło natomiast evergreenów fińskiej legendy (m.in. „Let’s Fucking Die”, „Blood Is Thicker Than Water”, „Motörpenis”, „Sadogoat”), jak i reprezentacji świetnej ostatniej płyty „Eight Headed Serpent” (tytułowy, „Goat Of Mendes” oraz intro o „penis in…”, nie rozwijam, aby nie narażać serwisu na jakiegoś bana ze strony nadwrażliwego algorytmu).
Niczym spotkanie z kumplami
Mika aka Slutti666 wydzierał się w swoim stylu, na maksa. Jakby miał to być jego ostatni koncert w życiu. Ciężko faceta nie podziwiać, bo w wieku 55 lat nie traci nic z pasji, nie oszczędza się, a pociąganie z flaszki whisky podczas koncertu zdaje się nie robić na nim wrażenia. Najwyraźniej wspomniany mentalny 30-latek w nim dominuje.
A propos dominowania. Choć w tekstach Impaled Nazarene opisuje wymyślne perwersje rodem z uniwersum BDSM, bezlitośnie rozprawia się ze wszystkimi świętymi i aniołami oraz kreśli ponurą wizję świata pełną wojen i śmierci, na koncercie Luttinen tworzy atmosferę miłego spotkania z kumplami przy piwku czy whisky. Przekomarza się z publiką, z uśmiechem strofuje ją, gdy skanduje tylko pierwszą część nazwy, przypominając fanom, że Impaled to zespół z USA – choć wątpię, by ktoś z obecnych w klubie fanów tego nie wiedział.
Prezent dla fana
Fin nawiązał też nawet do posta fana w socialach zespołu, opublikowanego przed krakowskim koncertem. Fan prosił w nim zespół, by zagrał coś z albumu „Rapture”. Ów fan ujawnił się podczas koncertu, a Impaled Nazarene odwdzięczyli się mu wykonaniem najpierw „Penis et Circles”, a już na bis dodatkowo „We’re Satan’s Generation” ze wspomnianej płyty.
Finał
Po tym numerze w Zaścianku w końcu zabrzmiał jeszcze tylko kawałek, którego niemal od początku koncertu domagali się fani: „Total War – Winter War” z „Suomi Finland Perkele”, w którym publika mocno wsparła wokalnie Luttinena. Potem już tylko „Outro”, wyrażenie wdzięczności fanom i ukłony. Impaled Nazarene na scenie już się nie pojawił. Pewnie poszli dokończyć Jacka Daniel’sa za kulisami. I, miejmy nadzieję, planować kolejną wizytę w Polsce.
PS Jeśli czegoś szkoda, to tego, że nie zagrali swojej świetnej wersji „Riding With The Driver” Motörhead ku czci Phila Campbella, który odszedł kilkanaście godzin wcześniej.
Setlista (w nawiasie album, z którego utwór pochodzi):
- Apolokia (Tol Cormpt Norz Norz Norz)
- Vitutuksen multihuipennus (Suomi Finland Perkele)
- Condemned To Hell (Tol Cormpt Norz Norz Norz)
- The Crucified (Tol Cormpt Norz Norz Norz)
- I Eat Pussy For Breakfast (Latex Cult)
- For Those Who Have Fallen (Pro Patria Finlandia)
- Eight Headed Serpent (Eight Headed Serpent)
- Steelvagina (Suomi Finland Perkele)
- I Am The Killer Of Trolls (Decade Of Decadence)
- Disgust Suite O:P I (Shemhamforash demo)
- Kuolema Kaikille (Paitsi Meille) (Suomi Finland Perkele)
- Goat War (Latex Cult)
- Coraxo (Ugra-Karma)
- Soul Rape (Ugra-Karma)
- Motörpenis (Latex Cult)
- Goat Of Mendes (Eight Headed Serpent)
- Ghettoblaster (Suomi Finland Perkele)
- Blood Is Thicker Than Water (Suomi Finland Perkele)
- Cogito Ergo Sum (Nihil)
- Sadhu Satana (Ugra-Karma)
- The Lost Art Of Goat Sacrificing (Absence Of War Doesn’t Mean Peace)
- The Day Of Reckoning (Road To Octagon)
- The Horny And The Horned (Ugra-Karma)
- Let’s Fucking Die (Suomi Finland Perkele)
- Penis et Circes (Rapture)
- 1999: Karmageddon Warriors (Latex Cult)
- Armageddon Death Squad (All That You Fear)
Bisy: - Sadogoat (Sadogoat single)
- We’re Satan’s Generation (Rapture)
- Total War – Winter War (Suomi Finland Perkele)
- Outro

























