3 maja 2026 w niedzielny wieczór w Krakowie wystąpiły zespoły Sevi i Hardline. Zapraszam do lektury obszernej relacji z tego wydarzenia.
„Ogłaszam 4 maja Międzynarodowym Dniem Hardline! Nie musicie iść jutro do pracy” – tymi słowami Johnny Gioelli, charyzmatyczny frontman grupy, przywitał fanów w krakowskim „Zaścianku”. Choć większość zgromadzonych rano pewnie i tak stawiła się w pracy, te kilkadziesiąt minut spędzonych z zespołem, pozwoliło zapomnieć, że do pracy iść musi.
Pechowcy w erze grunge
Hardline to formacja, w której jedyną stałą od 35 lat pozostaje Gioelli. Zespół miał pecha. Jego opus magnum, debiutancki album „Double Eclipse”, ukazał się w 1992 roku – co najmniej o dwa lata za późno. Światem rządził już grunge, a złota era melodyjnego hard rocka, która wybuchła w latach 80., dogasała.
Mimo to pierwszy skład, wzmocniony wirtuozerią Neala Schona (Journey), zdołał przebić się do MTV. Wtedy jeszcze w stacji puszczano muzykę, więc fani hard rocka mogli sobie na kasecie VHS nagrać albo po prostu obejrzeć wideoklip do „Hot Cherrie”.
Włoski temperament i amerykańska energia
Po wydaniu „Double Eclipse” zespół znikał i powracał, a Johnny stałe źródło dochodu znalazł w zespole Axela Rudiego Pella oraz w świecie gier komputerowych (seria „Sonic”). Co jakiś czas Hardline, który ma już w 80 procentach sznyt włoski, bo Gioelli to jednak Amerykanin włoskiego pochodzenia, wydaje nowy album i właśnie niedługo przed pierwszą wizytą w Polsce taki się ukazał. W „Zaścianku” piosenki z płyty „Shout!” zabrzmiały na samym początku koncertu, m.in. energetyczna, porywająca tytułowa „Shout!” oraz „Rise Up”. Johnny na scenie to wulkan energii. 58-letni wokalista wykorzystywał jej każdy centymetr, dając z siebie maksimum. Jego zaangażowanie i autentyczna radość szybko udzieliły się publiczności.
Setlista: Między nowością a kultowym debiutem
Zaskakująco dobra frekwencja w klubie wskazuje, że jednak jest w Polsce trochę fanów melodyjnego hard rocka, którzy swoich ulubionych zespołów nie szukali tylko wśród nazw oczywistych. Umówmy się, Hardline kiedyś może i grał blisko pierwszej ligi hard rocka, ale potem umościł się mniej więcej w środku drugiej i jest w takim miejscu do dziś.
Jeśli ktoś sięga po coś z dokonań kapeli, jest to najpewniej debiut. Zawsze są jednak die-hard fani. Dlatego nie dziwi mnie usłyszana przy wejściu opinia jednego z nich, który wyrażał niezadowolenie z setlisty. Poza wspomnianymi dwiema otwierającymi koncert piosenkami z nowej płyty oraz pochodzącą z „Shout!” potężną, pompatyczną i bardzo mocno zaśpiewaną przeróbką kompozycji Scorpions „When You Came Into My Life”, „Danger Zone” z albumu „Danger Zone” oraz kończącą noc „Fever Dreams” także z tej płyty, fani usłyszeli wybór z kultowej „Double Eclipse”. Jeśli oczywiście nic nie zostało przegapione w „ferworze walki”.
Mistrzowska forma
Utwory z „Double Eclipse” wywoływały potężny aplauz, a Hardline wykonał je po mistrzowsku. W pewnym momencie Johnny przekomarzając się z Alessandro powiedział, że potrafi także dziś zaśpiewać numery z debiutu w takiej samej tonacji i dowiódł, że to nie czcze przechwałki. Kapitalnie nakręciły publikę „Rhythm From A Red Car”, „Dr. Love”, „Life’s A Bitch”, „Takin’ Me Down” no i hardline’owa wersja „Hot Cherrie” Danny’ego Spanosa. Panowała atmosfera świetnej zabawy, którą znakomicie nakręcił Johnny. Jeśli można o kimś powiedzieć, że urodził się do bycia frontmanem, o 58-letnim Nowojorczyku na pewno można.
Showman z ludzką twarzą
Hardline brzmiał świetnie, a Johnny’emu znakomicie sekundowali na scenie Włosi: Alessandro Del Vecchio (klawisze, wokal, okazjonalna konferansjerka), Anna Portalupi (gitara basowa), Marco Di Salvia (perkusja) oraz ten „najnowszy”, bo w zespole od 2023 roku, świetny gitarzysta Luca Princiotta. Johnny w roli rasowego MC przekomarzał się z publicznością i członkami zespołu, szczerze się uśmiechał od ucha do ucha. Czuć było, że naprawdę świetnie się bawi. Jeden z fanów ma świetny prezent, bo Gioelli pożyczył od niego na chwilę telefon i ze sceny sfotografował/nagrał siebie i muzyków, po czym telefon oddał.
Gdy Johnny zapytał w jednym momencie fanów, kto widzi Hardline po raz pierwszy, podniósł się las rąk. Nie wiem, czego muzycy oczekiwali po pierwszej wizycie w Polsce, ale coś mi mówi, że zespół był miło zaskoczony przyjęciem i tym, jak wielu fanów zna jego muzykę. To całkiem niezły powód, aby do Polski wrócić. Czekamy!



































Sevi gościem specjalnym koncertu Hardline
Zanim Hardline zawładnęli sceną, publiczność rozgrzewała bułgarska grupa Sevi. Jest to jedyny z tego regionu zespół nominowany do Grammy. Ich wokalistka, Svetlana Bliznakova okazała się równie charyzmatyczna, jak Johnny Gioelli z Hardline. Niektóre utwory były poprzedzone intrami. W pewnym momencie jeden z muzyków zaczął filmować scenę oraz publiczność telefonem. Chociaż Svetlana Bliznakova ma potężny głos, moim zdaniem na dłuższą metę jej wokal zaczął być nieco nużący. Po około trzech kwadransach grupa opuściła scenę, by zrobić miejsce dla głównej gwiazdy wieczoru – Hardline.


















