H.E.A.T: level MAX! Berlin nie miał szans ostygnąć! [ZDJĘCIA]

24 października berliński klub Cassiopeia zamienił się w świątynię melodyjnego hard rocka. Szwedzi z H.E.A.T, wspierani przez kolegów z zespołów Midnight Danger i Formosa, przyjechali do stolicy Niemiec w ramach trasy promującej album „Welcome to the Future” i – sądząc po reakcji publiczności – znakomitym występem trafili idealnie w oczekiwania swoich fanów!

Midnight Danger, czyli soundtrack w wersji live

Pierwsze dźwięki tego chłodnego jesiennego wieczoru należały do Midnight Danger. Duet ze Sztokholmu zaproponował publiczności energetyczną mieszankę synthwave’u i rocka, brzmiącą niczym ścieżka dźwiękowa do vintage’ovej gry video lub zapomnianego filmu akcji z lat 80. Pulsujące podkłady, wyraźnie zaakcentowany bas i chwytliwe melodie szybko rozruszały zgromadzony tłum – było tanecznie, neonowo i z wyraźnym przymrużeniem oka. Szczególnie dobrze wypadły bardziej dynamiczne numery, w których elektroniczne beaty spotykały się z ostrzejszym gitarowym brzmieniem, budując most między klimatem retro a koncertową energią.

Co istotne, Midnight Danger nie zostali potraktowani jedynie jako tło dla kolejnych zespołów. Ich występ miał wyraźnie zarysowaną dramaturgię – od klimatycznego otwarcia po intensywną końcówkę, która skutecznie podniosła temperaturę w klubie. Publiczność reagowała żywo, a pod sceną szybko pojawiły się pierwsze grupy fanów tańczących w rytm syntezatorowych pulsów.

Formosa, czyli garażowe brzmienie z Essen

Po nich scenę przejęła niemiecka Formosa, która postawili na bardziej klasyczne, gitarowe uderzenie. Set pochodzącego z Essen zespołu opierał się na prostych, nośnych riffach, mocno osadzonym rytmie i bezpośrednim kontakcie z publicznością. Frontman Nik Bird chętnie wchodził w interakcje z widzami, zachęcając do wspólnego klaskania i śpiewania refrenów, co szybko przełożyło się na bardziej „rockową” atmosferę pod sceną.

Muzycy Formosy dostarczyli solidną porcję bezpretensjonalnego hard rocka, który idealnie wpisywał się w charakter wieczoru. Ich brzmienie, surowsze i bardziej garażowe niż u headlinera, stanowiło ciekawe kontrastowe uzupełnienie dla bardziej dopracowanej, melodyjnej estetyki H.E.A.T. Co ważne, zespół wyraźnie „kupił” publiczność – pod koniec ich występu klub był już w pełni rozgrzany i gotowy na gwiazdę wieczoru.

H.E.A.T, czyli eksplozja energii

Gdy na scenie pojawili się muzycy H.E.A.T, atmosfera momentalnie zgęstniała. Już intro i pierwsze utwory – w tym „Disaster” i „Rock Your Body” – ustawiły koncert na właściwych torach: było głośno, melodyjnie i niezwykle dynamicznie. Zespół od początku kontrolował publikę, a charyzmatyczny wokal Kenny’ego Leckremo tylko podkręcał temperaturę.

Setlista była przekrojowa – obok świeżych numerów z Welcome to the Future pojawiły się koncertowe pewniaki na czele z „Living on the Run”, „A Shot at Redemption” czy „One by One”. Nie zabrakło też momentów na oddech, jak „Cry”, oraz klasycznego popisu instrumentalnego w postaci solówki perkusyjnej w wykonaniu uwielbianego przez fanów Dona Crasha.

Intymna atmosfera, intensywne wrażenia

Sam klub Cassiopeia, znany z kameralnej przestrzeni niejako wymuszającej bezpośredni kontakt artystów z publicznością, tylko spotęgował odbiór koncertu. Brak bariery między sceną a widownią sprawił, że występ miał niemal intymny charakter – każdy refren śpiewany był wręcz chóralnie, a energia krążyła między zespołem a fanami bez najmniejszych strat.

Berliński koncert H.E.A.T był dokładnie tym, czego można było się spodziewać – ale w najlepszym możliwym znaczeniu. Świetnie dobrane supporty, spójna dramaturgia wieczoru i kapitalna forma headlinera złożyły się na koncert, który potwierdził, że klasyczny, melodyjny hard rock wciąż ma się znakomicie.

Jeśli ktoś szukał dowodu, że estetyka lat 80. może brzmieć świeżo i współcześnie – tego wieczoru w Berlinie definitywnie go otrzymał!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *