Frontside to zespół-instytucja. Przetrwali wszystko: od grania do głośnika z magnetofonu w latach 90., przez kradzieże jedzenia na trasach, aż po wymiany liderów i rewolucję AI. Z okazji premiery „Nemesis” rozmawiamy o tym, dlaczego polski metal to „Skoda”, która nie musi ścigać się z amerykańskim „Lincolnem”, o tym, kto z zespołu zginąłby pierwszy w paszczy potwora, i dlaczego po 30 latach wciąż warto „odpalać rakietę”.
Brakuje Ci gry na perkusji? W końcu to od tego instrumentu zaczynałeś swoją przygodę z muzyką.
Mariusz: Szczerze mówiąc, na co dzień nie czuję braku, ale nie skłamię, jeśli powiem, że na próbach czasem kusi mnie, żeby usiąść za zestawem i spróbować coś ugrać, jak za dawnych lat. Żartowaliśmy nawet w zespole, że skoro założyłem w końcu konto na TikToku, to może w ramach budowania „kontentu” kiedyś pozamieniamy się instrumentami. Ale realnie? Nie siedziałem za bębnami tak na poważnie, żeby spędzić przy nich całą próbę, od jakichś 28 lat. Pewnie jakiś prosty rytm bym jeszcze wykrzesał, ale po kilku minutach to koledzy musieliby grać pod mój rytm, a nie ja pod ich. Moje profesjonalne 🙂 granie usłyszycie na kasetach demo nagranych jeszcze jako perkusista, ale to już zamierzchła przeszłość.
Przed nami gorący okres festiwalowy. Na mapie pojawił się Mystic Festival, Jarocin czy Summer Dying Loud. Który z nich jest Twoim faworytem?
Mariusz: Pod względem towarzyskim bezapelacyjnie wygrywa Mystic Festival. Jadę tam z żoną, czysto imprezowo: piwko, rozmowy ze znajomymi, oglądanie ulubionych składów. To jest fantastyczne miejsce, gdzie przez cztery dni żyje się metalem całą dobę. Organizacyjnie wszystko się tam zgadza – to gigantyczne wyzwanie logistyczne z kilkudziesięcioma zespołami na czterech scenach, ale oni nie robią tego pierwszy raz i wiedzą, jak to poskładać. Do tego Gdańsk jest przepiękny – bliskość starówki pozwala zjeść coś poza festiwalem i poczuć wakacyjny klimat. My zagramy 45 minut pierwszego dnia, więc potem mam już wolne i mogę „odpalić rakietę”. Co do protestów – w zeszłym roku coś tam było, ale my mamy z tego bekę. To tylko darmowa reklama. Jeśli ktoś nie ma nic lepszego do roboty i chce protestować przeciwko prywatnej imprezie, to jego sprawa, my z tego tylko korzystamy.
Wkrótce zagracie u boku Trivium. Graliście z nimi już jakieś 15 lat temu w Krakowie i Warszawie. Jak oceniasz ewolucję obu zespołów na przestrzeni tych lat?
Mariusz: Wiesz, to nie ma co porównywać – z jednej strony wielka światowa kariera, z drugiej mały zespół z Polski. Oni idealnie wstrzelili się w moment, gdy metalcore stawał się potęgą. Amerykanie mają zupełnie inny posłuch na świecie, lepszy start i dostęp do technologii, których my dopiero się uczymy. To jak porównanie czeskiej Skody z amerykańskim Lincolnem. Polski odbiorca zawsze z większą estymą patrzył na kapele z USA. Pamiętam ich pierwszą płytę „Ember to Inferno”, była najbardziej metalowa. Potem poszli w stronę melodyjnych partii i bardzo rozbudowanych aranżacji, mocno nawiązując też do spuścizny Metalliki. Uważam jednak, że nasz Daron technicznie nie ustępuje Mattowi Heafy’emu na gitarze, a wokalnie to po prostu inne granie. My kładziemy nacisk na „wygar”, choć nasze przygody z hard rockiem pokazują, że nie staliśmy w miejscu.
Dlaczego zatem Frontside nigdy na poważnie nie zaatakował rynków zagranicznych? Recenzje nowej płyty w zagranicznych portalach są przecież świetne.
Mariusz: Na razie trafiają do nas same pozytywy, mamy ich około dziesięciu i jesteśmy mile zaskoczeni. Ale nie widzimy w tym teraz sensu. Gdybyśmy mieli po 20 lat, to może miałoby to ręce i nogi. Teraz musiałbym rezygnować z pracy, brać wolne, reorganizować całe życie tylko po to, żeby jechać busem i grać 30 minut na początku stawki, gdzie nikt cię nie zobaczy. Dziś za wszystko się płaci – za wspólne trasy z gigantami, za wywiady, za płatne reklamy w zagranicznej prasie. Znam stawki, w metalu to standard. Nawet gdyby było nas stać, uznałbym to za wyrzucanie pieniędzy w błoto. Oczywiście może też ktoś w Ciebie zainwestować -ale musisz to później odrabiać. Normalna część biznesu. Generalnie to mieliśmy już takie rozkminki przed trzydziestką kiedy wydaliśmy nasz krążek za granicą. Nam nie odpowiadał taki styl życia i wiara w iluzoryczną karierę. To zawsze było i jest nasze hobby. Nie jest sztuką znaleźć sobie studnie bez dna na wydatki. U jednych to może być żona, u innych kochanka…w świecie muzyków to często działalność zespołowa. Sztuką jest zachować balans między przyjemnością, a obowiązkiem. Wolę pojechać za granicę jako widz, pooglądać wybrane zespoły, niż spinać się w trasie, która mogłaby się nie udać.
Lata 90. to w waszym wydaniu nie był spokój, a czysty survival. Opowiedz o tych najbardziej absurdalnych momentach.
Mariusz: To były totalne absurdy. Pamiętam naszą pierwszą trasę, bodajże z SID i Military Fly. Jeździliśmy wielkim autobusem, ludzie nie przychodzili na koncerty, a organizacja leżała. Nie było co jeść, więc dosłownie okradaliśmy przydrożne sklepy spożywcze, żeby przetrwać tydzień. Mieliśmy w teamie kierowcę autobusu, który robił sztuczny tłok i nas zasłaniał, a my wynosiliśmy bułki, banany czy puszki z fasolą. Graliśmy w miejscach bez sprzętu, gdzie wokalista musiał ryczeć do głośnika od magnetofonu. W Zielonej Górze organizator nie miał pieniędzy, więc zażartowaliśmy, żeby zamówił nam kurwy. Finalnie ich nie zamówił, więc w ramach rozliczenia zabraliśmy mu kramik z płytami hardcore’owymi. Innym razem, we Wrocławiu, prawie spóźniliśmy się na pociąg, bo miasto było sparaliżowane wizytą Jana Pawła II. Nasz basista, Gruby, tak się spieszył z gitarą pod pachą, że przewrócił się i ją złamał. To był również czas „rozpierdolu”, alkoholu i narkotyków.
Przejdźmy do nowego albumu. Obniżyliście stroje, brzmicie bardzo potężnie. Czy „Nemesis” to dla was przełom?
Mariusz: Nie wiem czy przełom, bo każdy nasz album miał taki być – od „Absolutus” po „Zmierzch Bogów”. „Nemesis” jest ważny przede wszystkim dlatego, że się nie rozpadliśmy. Przez ostatnie osiem lat działo się wiele trudnych rzeczy , przez całą historię odeszło dwóch wokalistów, a poprzeczka po nich była zawieszona bardzo wysoko. Musiał przyjść ktoś taki jak Moli – osoba, która potrafi śpiewać, ryczeć i jeszcze jest fajnym gościem. Nagrywaliśmy ten materiał bez żadnego ciśnienia, realizując wszystkie pomysły dokładnie tak, jak chcieliśmy. Nawet choroby – moja kontuzja, izolatka Darka czy przeziębienia Moliego – paradoksalnie zadziałały na naszą korzyść, dając materiałowi czas na dojrzewanie.
Tytułowe „Nemesis” i utwór „Alfa i Omega” to komentarz do kondycji człowieka. O kim tak naprawdę śpiewacie?
Mariusz: „Alfa i Omega” to tekst o człowieku w ogóle. O istocie, która potrafi tworzyć i niszczyć jednocześnie – budować cywilizację, ale też dewastować relacje i ekologię. Raz myślimy, że jesteśmy bogami, a chwilę później okazujemy się bestiami. „Nemesis” ma wiele znaczeń – sami możemy być dla siebie największym wrogiem. Ta płyta jest silnie wrośnięta w to, co dzieje się na świecie: wojnę na Ukrainie czy inne aktualne konflikty zbrojne, kryzysy i rozwój technologii. Opisujemy drastyczne sytuacje, żeby przestrzec ludzi, bo nie chcemy, żeby ten świat się skończył.
Czy któryś z utworów był wyjątkowo trudny do skomponowania?
Mariusz: Riff refrenowy do „Alfa i Omega” siedział w mojej głowie przez ponad 10 lat. Nagraliśmy go nawet na jakiejś próbie dekadę temu i nic się z niego nie wykluwało, aż w końcu wszystko „zatrybiło”. „Kapłani diabła” też długo się układali – mieliśmy rwany riff, ale długo dojrzewaliśmy do tego, żeby zrezygnować tam z solówki. Z kolei „Wejdź prosto w nowy system” powstał spontanicznie w studio z pomysłu na same wokale, wokół których Wojtek dołożył bas. Nie wszystko jednak weszło na płytę. Odrzuciliśmy dwa numery – jeden był dla nas zbyt romantyczny, niemal klimatem podchodzący pod emo, i po prostu stylistycznie nie pasował do całości.
W teledyskach wykorzystaliście AI, co wywołało sporo kontrowersji. Dlaczego zdecydowaliście się na ten krok?
Mariusz: Bo to narzędzie do osiągnięcia celu. Nie zamknę pół Katowic, żeby nagrać 100 statystów, ani nie wynajmę prawdziwego księdza do teledysku z roznegliżowanymi modelkami – żaden by się nie zgodził. AI jest tańsze, efektywniejsze i pozwala zrealizować wizję w krótkim czasie. Czy mnie to wkurza? Nie, trzeba się z tym pogodzić, bo to potężna rewolucja technologiczna, która dotknie wszystkich. Muzyka jest tu najmniejszym problemem.
A co sądzisz o współczesnych „bardach”? Czy ktoś taki jak Dawid Podsiadło pełni dziś taką rolę?
Mariusz: Podsiadło to koleś, który ma fajne teksty i specyficznie opisuje rzeczywistość, ale to zupełnie inna para kaloszy niż Kaczmarski. W metalu czy rocku też mamy czujnych twórców – Riverside poruszył temat AI kilka płyt temu, co było bardzo bystre. Jeśli chodzi o popularność, to dziś damskim odpowiednikiem barda jest może Fagata, skoro ma tylu odbiorców – takie mamy czasy. Jakie czasy, jaki kraj taki bard:) Eurowizji natomiast nie trawię. Pomysł stawania w szranki w konkursie telewizyjnym nie pasuje mi do metalu. Choć przyznaję, że utwór Loreen „Tattoo” był „dojebany” i wokalnie to był prawdziwy „rozpierdol”.
Gdyby „Nemesis” było potworem z horroru klasy B, a świat nawiedziłaby jakaś mroczna apokalipsa, to jak wyglądałoby wejście tego monstrum na scenę i kto z zespołu zginąłby pierwszy?
Mariusz: To byłby wielki, czarny potwór z rogami, ziejący ogniem, siejący pożar i zniszczenie – coś jak smok Smaug z „Władcy Pierścieni”. A kto zginąłby pierwszy? Niektórzy pewnie by się cieszyli, gdyby to na nich padło. Ale żeby zachować dramaturgię, ja musiałbym zginąć ostatni – wtedy to byłby naprawdę ostateczny koniec Frontside. Zrobienie takich efektów filmowych na żywo to dziś właśnie domena AI, więc pewnie tak byśmy to zaprojektowali.
Na koniec – czy Frontside ma jeszcze jakieś marzenia?
Mariusz: Nie mam złudzeń co do wielkiej kariery, chcę po prostu dalej robić to, co sprawia mi przyjemność, dopóki mamy pomysły i ten świetny team. Nigdy nie nakładałem sobie blokad jako artysta, choć z naziolami bym w życiu nic nie nagrał. Życie w trasie bywa ciężkie – siedzisz, gadasz, pijesz z chłopakami z techniki, ciężko nawet zwykłą książkę przeczytać. Ale to jest to, co kochamy. Raz nawet zamówiliśmy kurwę do hotelu dźwiękowcowi na urodziny w ramach prezentu – podziękował, było fajnie. Taki jest ten nasz rock’n’roll.