Na polskiej scenie metalowej niewiele jest zespołów z tak konsekwentnie budowaną marką jak Thy Disease. Od lat krakowska grupa podąża ścieżką industrialnego, nowoczesnego metalu, nie bojąc się eksperymentów i ciągłego doskonalenia swojego warsztatu.
Ich ósmy album, zatytułowany „United We Fall”, jest kolejnym dowodem na to, że ewolucja jest kluczem do utrzymania świeżości w ekstremalnym graniu. To płyta dojrzała, potężna i niezwykle aktualna w swoim przekazie.
Thy Disease – nowa płyta i ćwierć wieku na scenie
Fani, którzy śledzą rozwój Thy Disease, odnajdą na nowym albumie wszystko to, za co pokochali zespół. Materiał kontynuuje drogę obraną na poprzednich wydawnictwach, opierając się na gęstych, mechanicznych riffach, potężnej sekcji rytmicznej i charakterystycznym, agresywnym wokalu. Jednocześnie słychać tu wyraźny ukłon w stronę bardziej pierwotnej energii. „United We Fall” to intrygujące połączenie dwóch światów: nowoczesnej precyzji i klasycznej surowości. Ta hybryda sprawia, że „United We Fall” to album dynamiczny i wielowymiarowy. Z jednej strony miażdży słuchacza ciężarem i precyzją, z drugiej zaś niepokoi mroczną, gęstą atmosferą. To bez wątpienia jeden z najbardziej dopracowanych materiałów w dyskografii zespołu.
Przy okzaji promocji nowej płyty rozmawiał z nami Dariusz „Yanuary” Styczeń
Thy Disease – nowy album „United We Fall”
Wasz nowy album „United We Fall” to mocne połączenie nowoczesnego death metalu z klasycznymi elementami gatunku – jakie główne inspiracje towarzyszyły wam podczas pracy nad tym materiałem?
Przy pracy nad „United We Fall” mieliśmy zupełnie inne podejście niż wcześniej, głównie dlatego, że to nasza pierwsza płyta bez dominującej roli klawiszy i elektroniki. Skupiliśmy się na bardziej klasycznej formie komponowania — wszystko zaczynało się od gitarowych riffów, do których później dokładaliśmy bębny i całą resztę.

Duży wpływ miały również intensywne trasy, które zagraliśmy po ostatnim albumie razem z VADER i HATE na różnych kontynentach. Tego typu wyjazdy zawsze zostawiają swój ślad, a ich muzyka z pewnością mogła wpłynąć na sposób, w jaki podchodziliśmy do nowych kompozycji. Do tego dochodzi ogromna ilość świetnych premier, które pojawiły się w tamtym okresie — trudno się nie inspirować, gdy wokół wychodzi tyle dobrej muzyki.
Czy możecie zdradzić, który utwór z albumu jest dla was szczególnie ważny i dlaczego?
Moim zdaniem takim utworem jest „Regicide”. Nigdy wcześniej w historii zespołu nie mieliśmy kompozycji tak dopracowanej jednocześnie pod względem muzyki, aranżu i warstwy tekstowej. Od początku czuliśmy, że ten numer bardzo mocno reprezentuje charakter całej płyty.Dlatego kiedy przesłuchaliśmy gotowy materiał, byliśmy w stu procentach pewni, że to właśnie „Regicide” powinien zostać pierwszym singlem i doczekać się teledysku. Ten utwór w świetny sposób zapowiada to, w jakim kierunku poszło brzmienie Thy Disease na „United We Fall”.
Współpracowaliście z Christianem Donaldsonem przy miksie i masteringu. Jak ta kooperacja wpłynęła na brzmienie nowej płyty?
Współpraca z Christianem Donaldsonem miała kluczowy wpływ na to, jak ostatecznie brzmi „United We Fall”. Od samego początku zależało nam na kimś, kto potrafi wydobyć z muzyki selektywność i potęgę, nie tracąc przy tym jej surowości. Christian to światowej klasy specjalista od death metalu i jego doświadczenie bardzo wpłynęło na finalną wersję tej płyty.Dzięki tej kooperacji brzmienie stało się bardziej nowoczesne i masywne. Christian doskonale zrozumiał naszą wizję – wiedział, jak osadzić gitary i bębny, żeby całość brzmiała krystalicznie czysto, a jednocześnie zachowała ten specyficzny, mechaniczny chłód, który jest dla nas ważny. To była bardzo sprawna współpraca, która nadała naszej muzyce zupełnie nową jakość i głębię.
Czy podczas nagrywania albumu pojawiły się jakieś niespodzianki lub nieoczekiwane zmiany w planach?
Chyba nie ma sesji nagraniowej, która od początku do końca przebiegałaby bez żadnych potknięć i u nas nie było inaczej. Sporo czasu walczyliśmy w studiu z jednym utworem, wielokrotnie zmieniając w nim strój instrumentów, co niepotrzebnie rozciągnęło całą sesję w czasie. Ostatecznie ten numer nie znalazł się na płycie, choć niewykluczone, że kiedyś jeszcze ujrzy światło dzienne. Takie sytuacje uczą pokory, ale dzięki temu finalnie otrzymaliśmy dziewięć bardzo spójnych kompozycji, a ostateczny efekt na albumie jest dokładnie taki, jak zaplanowaliśmy.
W jaki sposób „United We Fall” różni się od waszych poprzednich albumów? Czy uważacie go za kolejny etap ewolucji zespołu?
United We Fall” różni się od naszych poprzednich albumów przede wszystkim podejściem do brzmienia. Tym razem postawiliśmy na bardziej surową, gitarową formułę i klasyczne podejście do komponowania. Riffy stały się fundamentem utworów, a cała reszta została zbudowana wokół nich — to znacząca zmiana w porównaniu do poprzednich produkcji.

Jako zespół mamy poczucie, że w pewnym sensie zatoczyliśmy koło i wróciliśmy do bardziej bezpośredniego grania, które towarzyszyło nam na początku naszej działalności, 25 lat temu. Z drugiej strony wiele osób mówi, że to po prostu kolejny etap naszej ewolucji. I coś w tym jest — ten powrót do korzeni okazał się jednocześnie świeżym impulsem i nadał naszej muzyce nowy kierunek.
Jaka jest główna myśl przewodnia albumu? Czy kryje się za nim jakiś szczególny przekaz dla słuchaczy?
Główną myślą przewodnią albumu jest kondycja współczesnego człowieka w świecie, który staje się coraz bardziej odhumanizowany i kontrolowany przez technologię oraz manipulację. Tytuł „United We Fall” sugeruje, że jako społeczeństwo często jednoczymy się wokół idei czy zachowań, które paradoksalnie prowadzą nas do upadku. To mroczna wizja, ale bardzo aktualna.
Jeśli chodzi o przekaz dla słuchaczy, nie chcemy nikogo pouczać — bardziej zależy nam na tym, by skłonić do refleksji nad tym, jak wiele z własnej wolności oddajemy w zamian za pozorne bezpieczeństwo czy wygodę. Muzycznie ten klimat podkreśla surowość i chłód nowych kompozycji. Chcieliśmy, aby brzmienie było tak samo bezkompromisowe jak tematy, które poruszamy.
Thy Disease i 25-lecie zespołu
25 lat na scenie to ogromne osiągnięcie! Jak oceniacie rozwój Thy Disease na przestrzeni tych lat?
25 lat to rzeczywiście szmat czasu i patrząc wstecz, sami jesteśmy pod wrażeniem, jak długą drogę przeszliśmy. Rozwój Thy Disease nigdy nie był zaplanowanym procesem od A do Z — to raczej naturalna ewolucja wynikająca z tego, czego w danym momencie słuchaliśmy i co nas inspirowało. Zaczynaliśmy w zupełnie innym miejscu, później przyszła fascynacja nowoczesnymi technologiami i elektroniką, aż dotarliśmy do punktu, w którym jesteśmy dzisiaj.
Najważniejsze jest dla nas to, że przez te ćwierć wieku udało nam się zachować własną tożsamość i przetrwać zarówno zmiany w składzie, jak i różne trendy na scenie. „United We Fall” jest dla nas dowodem, że po 25 latach wciąż mamy w sobie głód tworzenia — potrafimy wrócić do korzeni, ale z bagażem doświadczeń, którego na początku zwyczajnie jeszcze nie mieliśmy.
Jakie momenty w historii zespołu uważacie za kluczowe dla waszej kariery?
Z perspektywy czasu możemy wskazać kilka momentów, które były dla nas naprawdę kluczowe. Jednym z najważniejszych było podpisanie pierwszego kontraktu z wytwórnią MMP na trzy płyty. Niedługo później w magazynie Metal Hammer zostaliśmy okrzyknięci debiutem roku, co mocno zmotywowało nas do pracy nad kolejnym materiałem. Mam wrażenie, że właśnie te początki najbardziej nas ukształtowały i na pewno nie wyblakną w pamięci.
Kolejnym przełomem był pierwszy występ na Metalmanii w Spodku, gdzie graliśmy jako jedyny polski zespół — to było dla nas ogromne wyróżnienie. Nie można też pominąć pierwszych tras zagranicznych, które otworzyły nam oczy na to, jak nasza muzyka funkcjonuje w zupełnie innych realiach i przed całkowicie nową publicznością.
Z nowszych wydarzeń dużym kamieniem milowym jest współpraca z Christianem Donaldsonem przy miksie najnowszej płyty. To ważny krok w naszej historii brzmieniowej i kolejny etap w rozwoju Thy Disease.
Czy są rzeczy, które dzisiaj robicie inaczej niż na początku działalności zespołu?
Z pewnością dużo mniej pijemy, niż miało to miejsce dekadę czy dwie temu (śmiech). A tak zupełnie poważnie — dziś wszystko rozwija się w błyskawicznym tempie, więc staramy się po prostu za tym nadążać.
Obecnie możliwości techniczne i promocyjne są o wiele większe niż dwadzieścia pięć lat temu, ale ma to też swoją drugą stronę. Zespołów jest znacznie więcej i przebicie się z czymkolwiek bywa dużo trudniejsze niż kiedyś. Na początku naszej drogi rynek był mniej nasycony, a uwaga słuchacza bardziej skupiona. Teraz musimy wkładać o wiele więcej pracy w to, żeby nasza muzyka dotarła do odbiorcy i z nim została. Na pewno podchodzimy do wielu spraw bardziej świadomie i profesjonalnie niż na starcie.
Jakie były najtrudniejsze chwile w waszej karierze i jak sobie z nimi poradziliście?
Zmiany w składzie to chyba jedne z najtrudniejszych momentów w życiu każdego zespołu — nie mówię tu nawet o sytuacjach skrajnych, jak śmierć muzyka, choć i takie niestety zdarzają się na scenie. To zawsze wyzwanie, bo dotyka bezpośrednio relacji między ludźmi, a nie tylko samej muzyki.
Jednym z takich momentów w naszej karierze było rozstanie się na czas jednej płyty z naszym obecnym wokalistą, Siriusem. To była niezwykle ciężka decyzja i wymagający czas dla nas wszystkich, bo przyszłość zespołu stała wtedy pod znakiem zapytania. Zdecydowaliśmy się jednak na ten krok z myślą o wspólnym dobru — czuliśmy, że potrzebna jest chwila przerwy, by złapać dystans, przemyśleć pewne sprawy i ostatecznie wrócić do wspólnego grania z jeszcze większą energią. Podjęliśmy to ryzyko, wierząc, że to jedyna droga, by móc kontynuować naszą historię w pełnym składzie w przyszłości.
I tak właśnie się stało. Po tej przerwie ponownie stanęliśmy razem na scenie w konfiguracji, która trwa już ponad 15 lat — najdłużej w historii Thy Disease. Mamy szczerą nadzieję, że nic już nie stanie na przeszkodzie, żeby ten skład kontynuował wspólną drogę dalej.
Mamy już za sobą kilka Waszych jubileuszowych koncertów w Polsce. Co konkretnie znalazło się w programie tych występów i jak budowaliście ich setlistę?”
Thy Disease ma na koncie już osiem albumów, więc wybór utworów na trasę jubileuszową był sporym wyzwaniem. Większość tych występów zagraliśmy u boku zespołu HUNTER, który świętował swoje XXXX‑lecie. Z racji tego, że były to ich koncerty jubileuszowe, mieliśmy określony limit czasu, dlatego postanowiliśmy zaprezentować po jednym utworze z każdej naszej płyty. Dzięki temu mogliśmy „przelecieć” przez całą dyskografię i pokazać publiczności pełen przekrój naszej historii.
Udało nam się również zagrać własny, dłuższy koncert w Skarżysku‑Kamiennej. Tam mieliśmy pełną swobodę, więc oprócz przekrojowego materiału zaprezentowaliśmy znacznie więcej utworów z najnowszej płyty „United We Fall”.
Scena metalowa i przyszłość zespołu Thy Disease
Jak oceniacie obecną kondycję polskiej i światowej sceny metalowej? Czy widzicie jakieś nowe trendy w gatunku?
Na kondycję polskiej sceny metalowej zdecydowanie nie możemy narzekać. Mamy mnóstwo bardzo dobrych zespołów, które bezkompromisowo podbijają świat i potwierdzają naszą silną pozycję na mapie ekstremalnego grania. Podobnie wygląda to na arenie światowej – metal stał się gatunkiem globalnym, a dostęp do świetnej muzyki z najdalszych zakątków globu jest dziś łatwiejszy niż kiedykolwiek.
Muzyka metalowa cały czas ewoluuje i widać w niej bardzo ciekawe, świeże trendy. Z jednej strony mamy projekty idące w stronę totalnej awangardy, jak choćby francuski Igorrr, który w niesamowity sposób łączy ekstremalny metal z elektroniką i operowym, klasycznym śpiewem. Z drugiej strony ogromną rolę odgrywa dziś nowoczesny deathcore – wystarczy spojrzeć na status, jaki w bardzo krótkim czasie osiągnął zespół Lorna Shore. To pokazuje, że nawet tak brutalne granie potrafi dziś przebić się do szerokiej świadomości i zyskać ogromną popularność. Najważniejsze jest to, że ta scena wciąż żyje, ma się dobrze i potrafi zaskakiwać świeżością, mimo tak długiej historii gatunku.
Co uważacie za największe wyzwania, przed którymi stoją dziś zespoły metalowe?
Największym wyzwaniem dla dzisiejszych zespołów metalowych jest bez wątpienia ogromna konkurencja i przesyt informacji. Żyjemy w czasach, w których dzięki technologii każdy może nagrać płytę w domu i wrzucić ją do sieci w kilka minut. Z jednej strony to świetne ułatwienie, ale z drugiej sprawia, że każdego dnia pojawiają się kilkanaście jak nie kilkadziesiąt nowych wydawnictw. Przebicie się przez ten szum informacyjny i przyciągnięcie uwagi słuchacza na dłużej niż kilka sekund to dzisiaj prawdziwa sztuka.
Kolejnym wyzwaniem jest logistyka i rosnące koszty koncertowania. Dzisiaj, aby zespół mógł funkcjonować na profesjonalnym poziomie, musi być nie tylko grupą muzyków, ale też sprawnie działającą firmą, która ogarnia promocję, social media i sprzedaż własnych wydawnictw. Trzeba wkładać mnóstwo energii w rzeczy pozamuzyczne, żeby ta muzyka w ogóle miała szansę zostać usłyszana. Przetrwają tylko ci, którzy mają w sobie najwięcej determinacji i cierpliwości, albo są na tyle świetnym zespołem, że wsparcie może zapewnić im duża wytwórnia.
Czy macie już plany na kolejne lata? Myślicie o dalszych eksperymentach muzycznych?
Mamy wstępnie zaplanowanych kilka kluczowych kroków i staramy się trzymać tego harmonogramu. Obecnie skupiamy się na promocji „United We Fall” – udzielamy wywiadów, pojawiamy się w podcastach i dbamy o to, by album dotarł do jak największej liczby osób. Kolejnym etapem będą przygotowania do jesiennych tras koncertowych, które obejmą zarówno Polskę, jak i Europę.
W międzyczasie ruszyliśmy już także z komponowaniem materiału na kolejną płytę. Wiemy, że gdy jesienią wejdziemy w intensywny cykl koncertowy, nie będzie na to czasu, a bardzo zależy nam, aby tym razem odstęp między wydawnictwami był znacznie krótszy niż ostatnio.
A jeśli chodzi o dalsze eksperymenty muzyczne… cóż, wydaje mi się, że Thy Disease wykorzystało już swój limit w tym temacie na najbliższe lata (śmiech).
Jeśli mielibyście wybrać jedną rzecz, którą chcielibyście jeszcze osiągnąć jako zespół – co by to było?
Bardzo byśmy chcieli nagrać kolejną płytę w całkowicie „normalnym” trybie pracy. Mam na myśli wejście do studia z w pełni skończonymi kompozycjami, gdzie jedynym naszym zadaniem byłoby zarejestrowanie śladów najlepiej jak umiemy, a nie uczenie się ich czy dopracowywanie aranży na miejscu.
To oczywiście wymaga ogromnej ilości czasu spędzonego na próbach, ale chcemy w końcu to zrobić i pokazać, na co nas stać, dając z siebie pełne 100% bez żadnej improwizacji w trakcie sesji. To nasz główny cel na najbliższą przyszłość.
Jakie macie marzenia muzyczne, które jeszcze nie zostały zrealizowane?
Wiele naszych muzycznych marzeń udało się już zrealizować przez te 25 lat — odwiedziliśmy różne kontynenty, nagraliśmy kilka płyt, zagraliśmy trasy z zespołami, które kiedyś sami podziwialiśmy. Natomiast tym, czego wciąż nam brakuje, jest trasa po USA. Udało nam się już dotrzeć z koncertami do wielu miejsc na świecie, ale ani w Stanach Zjednoczonych, ani w Kanadzie nie mieliśmy jeszcze okazji zagrać. Dlatego właśnie to pozostaje naszym największym, wciąż niespełnionym marzeniem muzycznym.
Thy Disease -kontakt z fanami
Jak zmienił się wasz kontakt z fanami na przestrzeni lat? Czy social media wpłynęły na sposób komunikacji z publicznością?
Jaką najciekawszą lub najbardziej szaloną rzecz zrobił dla was jakiś fan?
Jeśli chodzi o te najciekawsze i najbardziej kreatywne gesty, to z racji 25-lecia istnienia zespołu dostaliśmy ostatnio personalizowane kubki. Było na nich zdjęcie zespołu z „dwudziestką piątką”, a każdy kubek miał dodatkowo rysunek instrumentu, na którym dany muzyk gra, oraz jego pseudonim artystyczny. U mnie oczywiście była to gitara (śmiech). Kiedyś otrzymaliśmy też obraz wypalany w drewnie przedstawiający okładkę płyty „Costumes of Technocracy” – kawał naprawdę świetnej, ręcznej roboty. Takie rzeczy pokazują, ile serca ludzie wkładają w to, co robimy, i są to dla nas zawsze bardzo miłe gesty.
Natomiast z tych bardziej szalonych sytuacji zdecydowanie zapadł nam w pamięć fan z Gruzji, który przyjechał do Polski specjalnie po to, żeby zaliczyć trzy nasze koncerty z rzędu. Przejechanie tylu kilometrów tylko po to, by towarzyszyć nam przez kilka dni trasy, to już konkretne poświęcenie. Możliwe, że takich sytuacji było więcej, ale te dwa zupełnie różne przykłady – artystyczny i podróżniczy – najbardziej utkwiły mi w pamięci.
Czy planujecie jakieś specjalne wydawnictwa lub niespodzianki dla fanów z okazji 25-lecia?
Przyznam szczerze, że zastanawialiśmy się nad specjalnym wydawnictwem z okazji 25‑lecia, ale ostatecznie uznaliśmy, że jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli i świat dalej będzie stał w jednym kawałku, to coś naprawdę wyjątkowego przygotujemy dopiero na 30‑lecie zespołu. Taki jubileusz wymaga solidnych przygotowań z dużym wyprzedzeniem, więc wolimy dać sobie czas, żeby zrobić to porządnie i z odpowiednim rozmachem.
Jakie jest wasze najważniejsze przesłanie dla fanów, którzy od lat wspierają Thy Disease?
Nasze najważniejsze przesłanie to po prostu ogromne „dziękuję”. To, że po 25 latach wciąż tu jesteśmy, wydajemy płyty i gramy koncerty, to w dużej mierze zasługa ludzi, którzy z nami zostali – zarówno tych, którzy są z nami od samego początku, jak i tych, którzy dopiero niedawno odkryli naszą muzykę. Mamy nadzieję, że nowa płyta przypadnie Wam do gustu i do zobaczenia na koncertach!