Erik Grönwall zakończył tegoroczną serię letnich koncertów dokładnie w takim stylu, w jakim ją rozpoczął – z hukiem, ogniem i potężną dawką rockowej energii. Po dwóch wyprzedanych majowych występach w klubie Cirkus trudno było o lepsze miejsce na zakończenie letniej części koncertowego kalendarza. Park rozrywki Gröna Lund – jeden z najbardziej charakterystycznych punktów sztokholmskiego Djurgården – w środowy wieczór wypełnił się fanami Grönwalla, którzy otrzymali dokładnie to, czego mogli oczekiwać: blisko 90 minut bezkompromisowego rocka, energii i widowiskowych momentów.
19 sierpnia Duża Scena (Stora Scen) jednego z najbardziej charakterystycznych parków rozrywki w Sztokholmie należała do Erika Grönwalla. Artysta, którego kariera prowadziła od zwycięstwa w szwedzkim „Idolu”, przez H.E.A.T. i Skid Row aż po współpracę z Michaelem Schenkerem, przyjechał do Gröna Lund z materiałem ze swojego najnowszego albumu „Bad Bones”. We wszystkich zapowiedziach wydarzenia Grönwall opisywany był jako jeden z czołowych współczesnych szwedzkich wokalistów – i już pierwsze minuty koncertu pokazały, że nie były to słowa rzucone na wyrost. Był ogień, była pirotechnika, były epickie rockowe refreny i przede wszystkim był artysta, który przez cały wieczór pozostawał w niemal nieustannym kontakcie z publicznością.
A wszystko zaczęło się naprawdę z hukiem.
Od pierwszych sekund było gorąco
Na kilka chwil przed pojawieniem się muzyków na scenie, z głośników rozległo się „Hello There” Cheap Trick. Po tym krótkim intro Erik Grönwall wraz z zespołem wkroczył do akcji z „Born to Break” – jednym z najbardziej energetycznych utworów z wydanego w tym roku albumu „Bad Bones”.
I od samego początku pod sceną zrobiło się naprawdę gorąco.
Już podczas pierwszych utworów scena rozbłyskiwała efektami pirotechnicznymi, które znakomicie podkreślały charakter muzyki. „Headless Cross” z repertuaru Black Sabbath oraz tytułowy numer z płyty „Bad Bones” jeszcze mocniej podkręciły atmosferę, a publiczność bardzo szybko dała się porwać koncertowemu żywiołowi. Strzelające ze sceny płomienie, porywająca muzyka i emocje buzujące w sercach obecnych pod sceną fanów stworzyły wybuchową mieszankę, dzięki której znakomity klimat utrzymywał się od początku do samego końca spotkania z Erikiem.












„Bad Bones” – historia napisana doświadczeniem
Tytułowy utwór z nowego albumu był dopiero początkiem podróży przez materiał, który dla Grönwalla ma zdecydowanie bardziej osobisty charakter, niż większość jego wcześniejszych nagrań. Po „Bad Bones” przyszedł czas na „18 and Life” z repertuaru Skid Row. To oczywiście jeden z utworów kojarzonych zarówno z okresem, gdy Grönwall był wokalistą tej kultowej amerykańskiej formacji – ale także z przesłuchaniem do „Idola” w 2009 roku, w którym zachwycił jurorów, wykonując właśnie ten kawałek. W Sztokholmie zabrzmiał jednak nie jako próba powrotu do przeszłości, ale jako część znacznie większej opowieści.
Następnie publiczność usłyszała cover piosenki „Black Velvet”, oryginalnie wykonywanej przez Alannah Myles, oraz kolejne kompozycje z „Bad Bones”: „Written in the Scars”, „Hell & Back” i „Save Me”.
Szczególnie ważnym momentem okazała się ballada „Written in the Scars”. Grönwall opowiedział publiczności o walce, jaką musiał stoczyć, by „narodzić się na nowo” po tym, jak zdiagnozowano u niego białaczkę. Jak przyznał, właśnie wtedy podjął decyzję, że jeśli uda mu się wyjść z tych problemów, będzie śpiewał już do końca życia. Chwilę później zabrzmiał utwór, który tego wieczoru został zagrany na żywo po raz pierwszy w swojej pełnej wersji (wcześniej doczekał się zaledwie jednego akustycznego wykonania). Ależ to był wzruszający moment!












Kumple z H.E.A.T znowu razem na scenie
Kolejnym ważnym punktem setlisty był wielki przebój H.E.A.T – „Living on the Run”, wyczekiwany mocno przez obecnych wśród publiczności licznych fanów zespołu, dzięki któremu Erik wypłynął na szersze muzyczne wody. Gdy na scenie pojawił się wielki przyjaciel Grönwalla, Jona Tee, czyli klawiszowiec formacji z Upplands Väsby, publiczność zareagowała wręcz ekstatycznie. Wyraźnie nakręcony tym wybuchem entuzjazmu Erik postanowił pobawić się trochę konwencją występu. Najpierw pożyczył od jednego ze stojących w pierwszym rzędzie fanów telefon, by nagrać na nim fragmenty „Living on the Run” prosto ze sceny, a następnie wplótł w tę piosenkę fragmenty kultowego „Livin’ on a Prayer” Bon Jovi.
Jona Tee pozostał na scenie również podczas kolejnej piosenki, czyli „Highway Star” z repertuaru Deep Purple. I właśnie wtedy Erik postanowił pójść jeszcze o krok dalej: zbiegł ze sceny i ruszył w tłum. Crowdsurfing podczas klasyka Deep Purple był jednym z najbardziej spontanicznych momentów całego koncertu i doskonale pokazywał charakter tego wieczoru. Grönwall nie był artystą stojącym przez półtorej godziny za mikrofonem i patrzącym na wszystkich z góry. On cały czas był także częścią tego, co działo się pod sceną.
Kontakt z publicznością był zresztą jednym z najmocniejszych elementów całego występu. Grönwall wielokrotnie prowokował widownię do jeszcze głośniejszej reakcji. Podczas „Twisted Lullaby” w pewnym momencie rzucił w stronę publiczności: „Skrik nu lite för i helvete!”. Czyli – w dość swobodnym tłumaczeniu – „A teraz, do cholery, pokrzyczcie trochę!”.
Publiczność nie zamierzała się z nim kłócić.
Wielki finał
Wraz z „Living on the Run” i „Highway Star” koncert wszedł w decydującą fazę. Na scenie ponownie zrobiło się gorąco, a kolejne utwory – „Who’s the Winner”, „How High” oraz „Lost for Life” (podczas którego Erik sięgnął także po gitarę) – prowadziły w stronę nieuchronnego finału.
Pożegnanie z Gröna Lund, który w tym momencie był już właściwie przechrzczony na Grön(w)a(ll) Lund, nie mogło jednak nastąpić bez bisów. Na pierwszy ogień Erik zaśpiewał własną, mroczną wersję legendarnej piosenki „The House of the Rising Sun”, po którym przyszedł czas na „Higher” – czyli numer, od którego kariera Erika nabrała rozpędu po wygraniu „Idola”. Całość zakończył kawałek „Praying for a Miracle”, zamykający trwającą przez dokładnie półtorej godziny muzyczną ucztę, która w idealny sposób połączyła kilka najważniejszych rozdziałów kariery bohatera wieczoru.












Nowy rozdział w karierze
Koncert w Gröna Lund był czymś więcej niż tylko kolejnym punktem na trasie Erika Grönwalla.
Tegoroczna aktywność muzyka z Knivsty pokazuje, że wszedł on właśnie w kolejny, bardzo ważny etap swojej kariery. „Bad Bones” jest jego pierwszym od lat tak wyraźnym krokiem w stronę budowania własnej artystycznej tożsamości, opartym mocno na jego osobistych, niełatwych przecież życiowych doświadczeniach z ostatnich lat.
Nic dziwnego, że zainteresowanie jego powrotem było tak duże. Dwa majowe koncerty w klubie Cirkus wyprzedały się w całości, a kilka miesięcy później wypełnione po brzegi Gröna Lund potwierdziło, że publiczność nadal chce oglądać Grönwalla na żywo. I trudno się dziwić. Jego koncerty mają dziś wszystko, czego oczekuje się od dobrego rockowego widowiska: świetny zespół, mocne utwory, wielkie refreny, spontaniczność, kontakt z publicznością i odpowiednią dawkę spektaklu.
Do tego dochodzi sam Grönwall – charyzmatyczny, niezwykle dynamiczny i wyraźnie czerpiący ogromną przyjemność z każdego wyjścia na scenę. Artysta, który mógłby zakrzyknąć za Robbiem Williamsem: „I’m a singer, I’m a songwriter, and I’m a born entertainer!” – i nie byłoby w tym nic niezasłużonego.
Erik Grönwall rozpalił Sztokholm
19 sierpnia Erik Grönwall zakończył swoją tegoroczną letnią serię koncertów dokładnie tak, jak powinien kończyć ją artysta znajdujący się w tak ważnym momencie swojej kariery – z przytupem. Był „Bad Bones”, były wspomnienia z H.E.A.T. i Skid Row, były klasyki rocka, był Jona Tee, był crowd surfing, była świetna publiczność.
I był też ogień. Dużo ognia.
Erik Grönwall nie tylko zagrał koncert w Gröna Lund. On naprawdę rozpalił Sztokholm – płomieniem, który prędko nie zgaśnie.











