Erik Grönwall: „Fani są wszystkim!” [WYWIAD]

Po latach spędzonych na czele takich zespołów jak H.E.A.T i Skid Row, a także współpracy z legendarnym gitarzystą Michaelem Schenkerem, Erik Grönwall otworzył nowy rozdział swojej kariery albumem „Bad Bones” – pierwszą od szesnastu lat solową płytą i, jak sam podkreśla, pierwszą, którą naprawdę uważa za własną. Przed finałowym koncertem swojej letniej skandynawskiej trasy, który odbył się w parku Gröna Lund w Sztokholmie, opowiedział nam o poszukiwaniu własnej muzycznej tożsamości, bardzo osobistych historiach kryjących się za nowym albumem, latach spędzonych w H.E.A.T i Skid Row, współpracy z Michaelem Schenkerem, swoim podejściu do głosu po przebytej chorobie, wspomnieniach z Polski – oraz o tym, dlaczego mimo wszystko to właśnie fani pozostają w centrum tego wszystkiego.

Rozmawiał: Matt Sakson


„To jest mój pierwszy solowy album”

MATT: Spotykamy się w dniu ostatniego koncertu Twojej letniej skandynawskiej trasy. Jak się czujesz po tej serii występów i jak ogólnie oceniasz tę trasę?

ERIK: Czuję się bardzo, bardzo dobrze ze wszystkim. Cała trasa, cała premiera nowego albumu, cały letni sezon, festiwale – wiesz, wszystko było lepsze, niż się spodziewałem. Kiedy zdecydowałem się rozpocząć solową karierę, nie wiedziałem, czego oczekiwać, ale to wszystko było niesamowite. To było naprawdę bardzo dobre lato, ze świetnymi koncertami. Zaczęliśmy po drugiej stronie ulicy od dwóch wyprzedanych występów w Cirkus. A teraz, wiesz, kończymy tę serię tutaj, dosłownie po drugiej stronie ulicy, w legendarnym Gröna Lund.

MATT: Czyli zatoczyłeś pełne koło.

ERIK: Tak, tak, zdecydowanie.

MATT: Niedawno wydałeś swój pierwszy od szesnastu lat solowy album, „Bad Bones”. Od jego premiery minęły już trzy miesiące. Miałeś już czas, żeby poukładać sobie w głowie i sercu wszystko, co wiąże się z tą płytą? Jak patrzysz na nią teraz, z pewnego dystansu od dnia premiery?

ERIK: Powiedziałbym, że dla mnie to jest pierwszy album! Wiesz, płyty, które nagrałem po wygraniu Idola – powiedziałbym, że w pewnym sensie były to albumy wytwórni. Nie miałem więc tak naprawdę czasu, żeby zastanowić się, co chcę robić. Potem dołączyłem do H.E.A.T, spędziłem z H.E.A.T dziesięć lat, później był Skid Row i cała reszta. Dlatego czuję, że to jest mój pierwszy solowy album. I jestem z niego niesamowicie dumny. Fajnie jest też wychodzić na scenę i grać te piosenki, bo kiedy słuchasz albumu, masz swój ulubiony utwór, a potem zaczynasz grać je na żywo i nagle pojawiają się nowi faworyci. Myślisz sobie: „O, to naprawdę świetnie działa na żywo!”. A później zaczynasz pisać nową piosenkę w oparciu o to doświadczenie: „OK, chcę pójść właśnie w tym kierunku”. Dlatego już wiem, w jaką stronę chcę pójść z kolejnym albumem. Mam kilka pomysłów i po tym koncercie zacznę pisać.

MATT: Zabawne, bo jedno z moich kolejnych pytań miało dotyczyć właśnie tych wspomnianych przez Ciebie dwóch pierwszych albumów. Zauważyłem, że na platformach streamingowych zostały oznaczone jako „The Idol Years”…

ERIK: O, zauważyłeś to!

MATT: Jasne! Czy to sygnał, że trochę dystansujesz się od tych płyt, czy raczej takie mrugnięcie okiem do fanów, jakbyś chciał powiedzieć: „Teraz widzicie prawdziwego Erika Grönwalla – wcześniej to była swego rodzaju próba!”?

ERIK: W pewnym sensie tak! Aczkolwiek, jeśli ktoś odkrywa mnie dzisiaj, to chcę jasno powiedzieć, że nie wstydzę się udziału w Idolu. To właśnie dzięki niemu to wszystko stało się możliwe. Zajęło to więcej czasu, niż się spodziewałem, ale to właśnie Idol mi to umożliwił. Lubię też kilka piosenek z pierwszego albumu, ale czuję, że jest on bardzo daleki od artysty, którym jestem dzisiaj. Jest bardzo daleki od muzyki, którą chcę pisać i wydawać. To właściwie po prostu sposób oznaczenia tych płyt, który mi odpowiada. Jeśli ktoś odkryje mnie dzięki „Hell and Back”, wejdzie na Spotify i pomyśli: „Co to jest?”, bo usłyszy coś zupełnie innego, to ta nazwa mówi mu po prostu: „OK, to już przeszłość. To były lata Idola”. I to też jest fajne. Ale teraz robimy coś innego.

Pisanie prosto z serca

MATT: Wracając więc do „Bad Bones”, muszę zapytać: znając całkiem dobrze Twoją biografię, zauważyłem w tekstach tych piosenek sporo bardzo osobistych wyznań. Trudno było przelać te myśli i emocje na papier i zamienić je w teksty piosenek, czy wręcz przeciwnie?

ERIK: Myślę, że napisanie czegoś osobistego zawsze jest trudne, bo wystawiasz swoje serce na widok wszystkich i… no wiesz. Tak. Znacznie łatwiej powiedzieć coś w stylu: „Hej, chcecie dziś trochę rocka?” (śmiech). Wiesz, takie banalne rockowe teksty zawsze pisze się łatwiej niż coś bardzo osobistego, co naprawdę coś znaczy. Więc tak, zajęło mi to trochę czasu, ale tak naprawdę właśnie z tego jestem chyba najbardziej dumny na tym albumie – z tekstów. Ponieważ opowiadają historię i jest to moja historia. Dobrze się z tym czuję.

MATT: I muszę przyznać, że ta historia jest piękna! Co było więc dla Ciebie największym wyzwaniem podczas pracy nad tym albumem?

ERIK: Chyba odnalezienie samego siebie, ponieważ kocham rocka, ale robiłem tak wiele różnych rzeczy. W H.E.A.T robiliśmy jedną rzecz. To był taki rock lat osiemdziesiątych. Potem był Skid Row, który uwielbiałem, ale to już było coś mocniejszego – surowego! Pod pewnymi względami bardziej punkrockowego, a z drugiej strony bardziej hardrockowego. Później był jeszcze Michael Schenker… Wiesz, kocham wszystkie te odmiany rocka, ale próbowałem jakoś się w tym wszystkim odnaleźć i odpowiedzieć sobie na pytanie: „OK, ale kim jestem ja?”. Kiedy zakładałem swój pierwszy zespół – naprawdę pierwszy zespół, i cieszę się, że nigdzie nie ma jego demówek – graliśmy bardziej punkrockowo. Jest więc we mnie trochę tego i bardzo mi się to podoba. A poza tym, wiesz, lubię trochę cięższe granie. Nowe piosenki, nad którymi teraz pracuję, zmierzają właściwie nieco bardziej w stronę metalu. Są trochę cięższe. Tak czy inaczej, największym wyzwaniem było odnalezienie samego siebie – odnalezienie się pośród wszystkiego, co do tej pory robiłem, i znalezienie własnego brzmienia.

Formuła „Eriksplanations”

MATT: Poza „Bad Bones” nagrałeś w ostatnich latach także mnóstwo świetnych coverów. Niektóre z nich ukazały się nawet na albumach zatytułowanych „Eriksplanations”. Co sprawia, że tak chętnie sięgasz po twórczość innych artystów? I skąd bierzesz pomysły na to, żeby czasami przekształcić te piosenki w coś zupełnie innego – jak ostatnio zrobiłeś chociażby z „Zombie”?

ERIK: Chyba po prostu… wiesz, kocham śpiewać! Kiedy byłem chory, wiedziałem, że muszę śpiewać więcej, ponieważ śpiewanie było dla mnie sposobem na powrót do zdrowia. Pewnego dnia wpadł mi więc do głowy taki pomysł: siedzę w domu, mam pieprzoną białaczkę, trwa pandemia, nie mogę wychodzić, nie mogę się z nikim spotykać, nie mogę nic robić, nie mogę grać żadnych koncertów. Założę kanał na YouTube. Założyłem więc kanał na YouTube i pomyślałem: okej, będę śpiewał piosenki. Kocham śpiewać, bo daje mi to radość. Nic innego mnie nie obchodzi. Po prostu chcę być szczęśliwy, bo w tej chwili czuję się kurewsko beznadziejnie. Znajdę więc trochę radości w tym pieprzonym mroku. Potem nagrałem „Headless Cross” i pomyślałem: „Okej, to było fajne. Ludziom chyba też się podoba!”. Zacząłem więc nagrywać różne piosenki, których słuchałem, dorastając – utwory, które kocham. A potem przy „House of the Rising Sun” Jona i ja pomyśleliśmy: OK, może powinniśmy dać temu szansę, ale nie możemy zrobić tego tak, jak nagrali to The Animals. Musimy znaleźć dla tej piosenki własne brzmienie. Zaczęliśmy więc eksperymentować. I właśnie w ten sposób znaleźliśmy coś, co nazwaliśmy naszą receptą. To samo słyszysz w „Zombie” – po prostu bierzemy piosenkę, która nam się podoba, i próbujemy zmienić ją w coś innego.

MATT: A rezultaty są fantastyczne! Jeden z coverów, które nagrałeś jakiś czas temu, powstał z udziałem świetnej wokalistki z Wielkiej Brytanii – Chez Kane. Jak doszło do Waszej współpracy przy tej piosence? Spotkaliście się w ogóle podczas nagrywania?

ERIK: Nie, nie! Zrobiliśmy to zdalnie. Myślę, że wtedy… tak, byłem już w Skid Row, a Chez znałem wcześniej. Nie pamiętam, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, ale była w innym zespole…

MATT: Chyba chodzi o Kane’d, w którym występowała razem ze swoimi siostrami.

ERIK: Ach tak, to jej siostry! Teraz wszystko jasne! Tak, wtedy po raz pierwszy o niej usłyszałem. Nagrała z Kane’d cover „A Shot at Redemption”. Później chyba po prostu pozostaliśmy w kontakcie, aż w pewnym momencie pomyślałem: „O, ona jest naprawdę świetną wokalistką”. Zapytałem więc, czy miałaby ochotę to zrobić, i tak – nagraliśmy to.

MATT: Zdecydowanie powinniście jeszcze kiedyś coś razem nagrać – Wasza wersja „Alone” jest naprawdę świetna!

Spojrzenie wstecz na H.E.A.T

MATT: Międzynarodową rozpoznawalność zdobyłeś dzięki latom spędzonym w H.E.A.T i wielu fanów wciąż uważa tamten okres za wyjątkowy – zarówno dla Ciebie, jak i dla zespołu. Jak z perspektywy czasu patrzysz na ten rozdział swojej kariery – całkiem znaczący, biorąc pod uwagę, że trwał dekadę?

ERIK: Dekada – rzeczywiście długi rozdział! Nauczyłem się wtedy bardzo wiele. Stałem się artystą, którym jestem dzisiaj. Wokalistą, którym jestem dzisiaj, i songwriterem, którym jestem dzisiaj. I wiesz, nadal się przyjaźnimy. Ale nie będę kłamał – bywało też ciężko, ponieważ bardzo dużo koncertowaliśmy i próbowaliśmy budować pozycję H.E.A.T. Nie zawsze było fajnie. Zagraliśmy trasę po Chinach i to było okropne. Ale wiesz, kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, zostały mi po prostu dobre wspomnienia. Jona przychodzi dziś wieczorem – pojawi się gościnnie na scenie. Jimmy też przychodzi – będzie na widowni. Pozostajemy w kontakcie i jesteśmy świetnymi przyjaciółmi. H.E.A.T zawsze będzie dla mnie miejscem, w którym – powiedziałbym – przede wszystkim odnalazłem siebie jako frontmana i wokalistę.

MATT: Jakiś czas temu rozmawiałem z Kennym i Crashem i podrzuciłem im pewien pomysł. Helloween od kilku lat z powodzeniem koncertuje z dwoma wokalistami, więc może H.E.A.T również mógłby kiedyś nagrać album i ruszyć w trasę z dwoma wokalistami, którzy dzieliliby się obowiązkami?

ERIK: Może, dlaczego nie! Nigdy nie zamykam żadnych drzwi. Wolę pozostawiać je otwarte.

MATT: Niedawno wystąpiłeś przecież nawet z H.E.A.T w Madrycie.

ERIK: Tak, a Kenny dołączył do mnie na scenie, kiedy grałem koncert dwa tygodnie temu. Jesteśmy przyjaciółmi, więc wiesz – nigdy nie mów nigdy!

Wejście do Skid Row

MATT: Poza H.E.A.T miałeś też okazję stanąć na czele Skid Row, o czym już wspomniałeś. Wchodząc w rolę, którą wcześniej pełnił legendarny Sebastian Bach – jak dużą presję czułeś, kiedy po raz pierwszy podjąłeś się tego wyzwania?

ERIK: Myślę, że początkowo nie czułem żadnej presji. Wychodziłem z choroby i nie byłem nawet do końca pewien, czy będę żył, wiesz? Ale potem dostałem tę szansę i pomyślałem: „Zrobię to dla siebie. Mam w dupie, co ktokolwiek o tym pomyśli. Wyjdę na scenę i to zrobię!”. Bo po prostu… wiesz, czułem, że jestem to winien temu facetowi, który walczył z rakiem w szpitalu. Chciałem to robić przez całe życie – i teraz mogłem to zrobić z tym niesamowitym zespołem. Ale… myślę, że byłem trochę naiwny, bo nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo ludzie będą tkwili w przeszłości i wciąż będą chcieli Sebastiana Bacha. Nie wiedziałem, jak wiele osób pragnie jego powrotu do zespołu. Po pewnym czasie pomyślałem sobie: „OK, to będzie trudne, wiesz?”. Ale tak naprawdę nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo, ponieważ czułem, że robię swoje i robię to dla siebie. Ale prawdą jest, że, trudno zastąpić kogoś takiego jak Sebastian Bach, ponieważ w tamtych czasach był ikoną. „Slave to the Grind” to jeden z najlepszych występów wokalnych, jakie kiedykolwiek słyszałem. Dla mnie zdecydowanie pierwsza dziesiątka! Kiedy byłem młodszy, sam patrzyłem na niego z podziwem jako na wokalistę. Więc tak, to oczywiście dziwna sytuacja. Ale przede wszystkim czułem, że tak naprawdę mi to nie przeszkadza, ponieważ sam też mam swoje preferencje. Chciałbym usłyszeć AC/DC z Bonem Scottem – to jest moja era AC/DC. Uwielbiam rzeczy z Bonem Scottem. Dlatego całkowicie rozumiem to z perspektywy fana.

MATT: Jasne! Ale sam jestem wielkim fanem Skid Row i muszę przyznać, że moim zdaniem byłeś najlepszą rzeczą, jaka przydarzyła się temu zespołowi od czasu odejścia Sebastiana.

ERIK: Bardzo Ci dziękuję!

MATT: I strasznie żałowałem, że nie udało mi się zobaczyć Ciebie z chłopakami na scenie! Przegapiłem trasę po Wielkiej Brytanii, a potem odszedłeś z zespołu. Byłem więc trochę wkurzony, ale oczywiście rozumiem powody Twojej decyzji. A tak przy okazji, niedawno rozmawiałem z Hannesem Braunem z Kissin’ Dynamite, który wkrótce przestanie koncertować z zespołem. Zasugerowałem mu: „Może poproście Erika, żeby Cię zastąpił!”. A on odpowiedział: „Byłby idealny, ale ma ten sam problem co ja – nie chciał jeździć po świecie w trasach”.

ERIK: Tak. Wiesz, niedawno zdałem sobie sprawę, że dużo koncertowania tak naprawdę mi służy, bo teraz czuję się o wiele lepiej. Ale wtedy było to krótko po przeszczepie i całej reszcie. Odbudowanie organizmu wymaga czasu.

MATT: Oczywiście!

Muzycy, którzy zostawili swój ślad

MATT: Pracowałeś również z Michaelem Schenkerem, jedną z prawdziwych legend gitary. Jaka była najcenniejsza rzecz, której nauczył Cię czas spędzony z nim?

ERIK: Michael sprawił, że znów poczułem się bezpiecznie w trasie. Jest bardzo bezpośredni. Jeśli coś mu się nie podoba, powie ci o tym. Jeśli coś mu się podoba, również ci to powie albo… nic nie powie. (śmiech) Ale uwielbiam pracować z Michaelem, ponieważ czuję, że jest między nami zaufanie. On wie, że zrobię swoje i dam z siebie wszystko dla niego, więc ta współpraca naprawdę dobrze funkcjonuje. Dzięki Michaelowi mogłem wystąpić w Japonii, w Budokanie. I to było niesamowite!

MATT: Pracowałeś z muzykami reprezentującymi bardzo różne pokolenia i muzyczne środowiska. Czy jest jakiś konkretny artysta albo zespół, z którym współpracowałeś, a który zmienił Twoje podejście do muzyki i obecności na scenie?

ERIK: H.E.A.T i Skid Row! W H.E.A.T miałem czas, żeby odkryć, kim jestem na scenie, i odnalazłem swoją sceniczną osobowość. W Skid Row było inaczej, ponieważ miałem za sobą te lata walki z rakiem. Musiałem więc odnaleźć drogę z powrotem do osoby, którą wcześniej byłem. A potem zdałem sobie sprawę, że nie mogę być tą samą osobą, ponieważ to był inny zespół, z inną historią. Dzięki Skid Row nauczyłem się więc znacznie lepiej dostosowywać i czuć się dobrze również w zupełnie innym otoczeniu.

MATT: Niedawno miałeś okazję współpracować z innym Erikiem – Erikiem Mårtenssonem – który był współautorem i zagrał w utworze „Save Me”, a także zmiksował część albumu. Czy jest szansa, że w przyszłości ta współpraca nabierze większego wymiaru?

ERIK: Nie sądzę, żebyśmy mieli wydawać razem muzykę jako jakiś zespół, ale tak – będziemy dalej razem pisać. Zdecydowanie!

„Fani zawsze są numerem jeden”

MATT: Twój głos zawsze był oczywiście jednym z Twoich największych atutów, ale przeszedłeś również przez kilka bardzo wymagających okresów w swojej karierze – w tym wspomniany już czas walki z chorobą. Jak na przestrzeni lat zmieniło się Twoje podejście do własnego głosu i śpiewania?

ERIK: Myślę, że teraz naprawdę dbam o swój głos. Staram się o niego troszczyć. A jeśli mam gorszy dzień – na przykład tego lata zagrałem koncert, podczas którego czułem, że nie jestem w stanie robić tego, co zwykle – uznałem, że to jest OK. Pomyślałem sobie: „OK, głos jest dzisiaj zmęczony – znajdę sposób, żeby sobie z tym poradzić!”. Myślę więc, że dzisiaj jestem dla swojego głosu bardziej wyrozumiały niż wtedy, kiedy zdarzały mi się słabsze koncerty z H.E.A.T. Wtedy potrafiłem rzucać różnymi rzeczami i strasznie się tym frustrować. A teraz podchodzę do tego bardziej na zasadzie: „OK, dzisiaj jesteśmy w tym miejscu. Muszę pracować z tym, co mam”.

MATT: Zbudowałeś bardzo silną więź ze swoimi fanami, którzy towarzyszyli Ci podczas wielu poważnych zmian w Twojej karierze. Jak ważna jest dla Ciebie ta relacja, kiedy podejmujesz decyzje dotyczące swojej przyszłości jako artysty?

ERIK: Fani są wszystkim! Dużo o tym myślałem. Wiesz, jako artysta musisz tworzyć muzykę, która podoba się tobie – wszystko musi zaczynać się od ciebie. Musisz robić to z serca, musisz czuć to, co robisz, i musisz kochać to, co robisz. Wszystko musi więc zaczynać się od ciebie jako artysty. Ale nigdy, przenigdy nie byłbyś w stanie robić tego zawodowo ani w ogóle mieć kariery, gdyby nie fani. Dlatego fani zawsze są numerem jeden – zawsze numerem jeden! Ale wiesz, byłem też w sytuacji, w której próbowałem zadowolić fanów, a to źle się kończy. To jest złe dla wszystkich, ponieważ fani chcą widzieć na scenie kogoś, kto sam jest przekonany do tego, co robi – przekonany, że: „To jestem ja. To jest moja siła. Wierzę w to. Przekonam was do tego. Nawrócę was! Jestem tutaj po to, żeby powiedzieć wam, co macie lubić, więc to wszystko musi wychodzić od ciebie!”. (śmiech) Jak powiedziałem, bez fanów nic z tego nie byłoby możliwe.

MATT: Musi więc być w Tobie trochę kaznodziei – a kaznodzieja musi wierzyć w to, co głosi, prawda?

ERIK: Tak, zdecydowanie!

„Wy naprawdę lubicie rocka”

MATT: O ile wiem, występowałeś w Polsce dwa razy. Raz z H.E.A.T w Krakowie, gdzie spotkaliśmy się po raz pierwszy, i raz z Michaelem Schenkerem w zeszłym roku – przypadkowo również w tym samym mieście. Masz też w Polsce sporą grupę fanów. Jak wspominasz polską publiczność i czy jest coś, co odróżnia granie w Polsce od występów w innych częściach Europy?

ERIK: Byłem w Polsce tylko dwa razy, tak jak powiedziałeś. Ale publiczność jest świetna. Bardzo skupiona na tym, co dzieje się w danej chwili. Nie przypominam sobie, żebym widział wiele telefonów. Czujesz więc, że naprawdę wszyscy są obecni tu i teraz. No i wy naprawdę lubicie rocka. Mam też jedno wspomnienie z hotelu, w którym się zatrzymaliśmy. Recepcjonistka zaczęła się ze mnie śmiać, bo miałem wódkę, ale śmiała się dlatego, że nie była wystarczająco mocna. To jedyny raz, kiedy wyśmiała mnie recepcjonistka. Takie jest moje wspomnienie z Polski! (śmiech)

MATT: Nieuchronnie zbliżamy się do końca tego wywiadu, więc czas na ostatnie pytanie. Patrząc w przyszłość – jak chciałbyś, żeby wyglądał kolejny rozdział Twojej kariery? Wspomniałeś już, że pracujesz nad następnym albumem. Kiedy możemy spodziewać się jego premiery?

ERIK: Powiem, że w przyszłym roku! Po tym koncercie chcę poświęcić trochę czasu wyłącznie na pisanie i produkcję i spróbuję wydać go do przyszłego lata. Niczego nie obiecuję, ale byłoby świetnie wypuścić nowy album przed latem, żebyśmy mogli później porządnie ruszyć z nim w trasę. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość, prawda?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *