Eric Clapton zaczarował Kraków [RELACJA]

Minimum słów, maksimum pięknej muzyki. Tak można by delikatnie sparafrazować słynne zdanie Piotra Kaczkowskiego. Eric Clapton przez blisko dwie godziny rzadko zabierał głos, pozwalając, by to gitara opowiedziała historię jego niezwykłej kariery.

Wyprawa do Tauron Areny, zwłaszcza z północnej części Krakowa, obarczona jest sporą niewiadomą odnośnie do czasu dotarcia z uwagi na budowę linii tramwajowej. W teorii założenie, że wystarczy godzina przed pierwszym artystą, gdy do przejechania ma się ledwie kilka przystanków, niekoniecznie się sprawdza. Pamiętaj, nigdy nie lekceważ potęgi krakowskich korków! Dziś to już wiem, lecz 29 kwietnia myślałem inaczej.

Pułapka krakowskich korków

Ceną, jaką za to lekceważenie przyszło mi zapłacić, było zobaczenie ledwie dwóch piosenek Andy’ego Fairweather-Lowa. Wieloletni współpracownik Claptona, wyglądający w garniturze niczym dziekan college’u albo główny księgowy, zaprezentował rasowego, energetycznego bluesa. Mimo 77 lat na karku, Anglik jest w wyśmienitej formie. Słuchając jego pulsującego sekcją dętą występu, pomyślałem, że byłby idealną gwiazdą dla rawskiej Rawy Blues – o ile budżet Irka Dudka by to udźwignął.

Koncertowa asceza i wulkan energii

Zgodnie z zapowiedziami ze wstępu, 81-letni Clapton ograniczył się do krótkich „Good evening” i „Thank you”. Żadnych anegdot, wizualnych fajerwerków czy mizdrzenia się do publiki. Na scenie liczyła się tylko muzyka i oszczędna oprawa na telebimach.

Jeśli ktoś, przyznam, że również ja, zastanawiał się, w jakiej formie wokalnej jest Eric, czy da radę jako gitarzysta, Anglik rozwiał te obawy w pierwszym z trzech rozdziałów krakowskiego koncertu. Mocna elektryczna wersja „Badge” z repertuaru Cream zabrzmiała kapitalnie!

Zespół Claptona to głównie jego wieloletni współpracownicy, na przykład kapitalny basista Nathan East wspomaga „Slowhanda” od ponad 40 lat. Nic dziwnego, że wszystko wspaniale i lekko płynęło na dominującą bluesową nutę według schematu – śpiewamy zwrotkę lub dwie, a potem bawimy się w improwizowane solówki. Wychowani na bluesie muzycy świetnie się w tym układzie czują. Kilka razy na twarzy Erica dało się zauważyć szeroki uśmiech, oddający radość z zabawy instrumentami z kolegami. Była nawet gitarowa rozmowa z kapitalnym leworęcznym gitarzystą Doylem Bramhalem II (pamiętacie Arc Angels?). Niestety, w dzisiejszych czasach taka „rozmowa” to rzadki obrazek na koncertach.

Eric podzielił swój występ na dwie części elektryczne i jedną akustyczną. Po „Badge” w pierwszym elektrycznym odcinku Anglik zagrał jeszcze tylko jeden swój utwór, „If I Don’t Be There By Morning”. Oprócz tego wykonał pierwszy z wielu pokłonów dla swoich idoli, finalizując pierwszą część mocną wersją „I Shot The Sheriff” Boba Marleya i The Wailers.

Środek koncertu Erica Claptona był bardziej wyciszony, intymny, liryczny. Stratocastera zastąpiła gitara akustyczna i na niej artysta po raz pierwszy tego wieczoru pokłonił się jednemu ze swoich największych idoli, Robertowi Johnsonowi, pięknie wykonując „Kind Hearted Woman Blues”. Punktem kulminacyjnym setu akustycznego były jednak piosenki Erica, na które najwyraźniej duża część widowni czekała najbardziej, „Layla” w wersji balladowej oraz dedykowana tragicznie zmarłemu synowi artysty „Tears In Heaven”.

Ogłuszający aplauz publiczności przedłużył się na znakomicie wykonany, wspaniale bujający „Tearing Us Apart”, który Clapton oryginalnie nagrał z Tiną Turner, a który otwierał ostatnią, elektryczną część koncertu. W niej wciąż była świetna zabawa z instrumentami (absolutnie rewelacyjny pianista Chris Stainton!), ale z twórczości Erica usłyszeliśmy już tylko jedną kompozycję, „Old Love” ze wznowionego kilka miesięcy temu albumu „Journeyman”. Po niej były dwa pokłony dla Roberta Johnsona (świetny „Cross Road Blues”) oraz hołd dla J.J. Cale’a (porywająca wersja „Cocaine”), po którym muzycy zniknęli na chwilę za kulisami.

Pojawili się jeszcze na tylko jeden numer, cover Bo Diddleya „Before You Accuse Me” po czym pokłonili się publice i wyraźnie zadowoleni opuścili scenę. Nathan East wrócił na chwilkę i z szerokim uśmiechem na twarzy telefonem nagrał entuzjastyczną reakcję publiczności. To nagranie jest już na jego Instagramie. Na profilu Doyle’a z kolei można znaleźć fotkę ze spaceru muzyków po Krakowie. Widać, że zaskoczyła ich dość mroźna pogoda.

Eric Clapton nie rozpieszczał Polski swoimi wizytami. Był u nas ledwie kilka razy. Artysta wciąż jest w doskonałej formie i pozostaje mieć nadzieję, że po takim przyjęciu, jak w Tauron Arenie, jeszcze do nas wróci. Nie jest to powszechne, że legendarny twórca w tym wieku prezentuje swoją sztukę na takim poziomie. Eric żadnych kuponów nie odcina. On się wciąż muzyką bawi, niezmiennie daje mu ona ogromną radość. A jego radość przechodzi na nas, fanów. Trywialnie, lecz trafnie podsumuję – wspaniały był to wieczór, nie zapomnę go nigdy.

Reklama

Zespół:

  • Eric Clapton – gitara, wokal
  • Doyle Bramhall II – gitara
  • Nathan East – gitara basowa, wokal
  • Sonny Emory – perkusja
  • Chris Stainton – klawisze
  • Tim Carmon – organy Hammonda, klawisze
  • Katie Kissoon, Sharon White – chórki

Setlista:

Set elektryczny 1:

  • Badge (Cream)
  • Key to the Highway (cover Charlesa Segara)
  • I’m Your Hoochie Coochie Man (cover Williego Dixona)
  • If I Don’t Be There by Morning
  • I Shot the Sheriff (cover Bob Marley And The Wailers)

Set akustyczny:

  • Kind Hearted Woman Blues (cover Roberta Johnsona)
  • Nobody Knows You When You’re Down and Out (cover Jimmy’ego Coxa)
  • Golden Ring
  • Layla (Derek And The Dominos)
  • Tears in Heaven

Set elektryczny 2:

  • Tearing Us Apart
  • Old Love
  • Cross Road Blues (cover Roberta Johnsona)
  • Little Queen of Spades (cover Roberta Johnsona)
  • Cocaine (cover J.J. Cale’a)

Bis:

Before You Accuse Me (cover Bo Diddleya)

Organizatorem koncertu było Live Nation Polska

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *