A Day to Remember to zespół, który od ponad dwóch dekad skutecznie wymyka się gatunkowym ramom, łącząc ciężkie brzmienia z chwytliwymi melodiami. Po latach batalii prawnych, eksperymentach z wydawaniem muzyki wyłącznie na nośnikach fizycznych i spektakularnych sukcesach własnego festiwalu na morzu, grupa powraca na europejskie szlaki. W błyskawicznej rozmowie wokalista zespołu Jeremy opowiada o radości z grania festiwali, miłości do polskich pierogów, kulisach współpracy z liderem Bring Me The Horizon oraz o tym, dlaczego na ich backstage’u, ku zdziwieniu muzyków Slipknot, króluje radosny pop.
Właśnie rozpoczęliście europejską trasę. Jak wrażenia z pierwszych dni?
Jest niesamowicie! Pierwszy dzień graliśmy w Rzymie podczas Rock in Roma, a wczoraj byliśmy w Interlaken w Szwajcarii. Oba te koncerty zagraliśmy wspólnie z The Offspring, których uwielbiam, więc to była czysta frajda.
Wolisz występować na wielkich festiwalach czy w mniejszych, bardziej kameralnych klubach? Co jest dla Ciebie większym wyzwaniem?
Szczerze mówiąc, oba formaty dają mi teraz dużo satysfakcji i lubię je przeplatać. Festiwale są o tyle świetne, że uwaga nie jest skupiona wyłącznie na tobie. Możesz po prostu zrobić swoje, a potem pójść i zobaczyć inne grupy. To dla mnie najfajniejsza część – odkrywanie zespołów, których wcześniej nie widziałem, albo takich, które właśnie zrobiły coś ekscytującego.
Taki tryb życia bywa wyczerpujący. Czy przy Waszym grafiku macie w ogóle czas na odpoczynek?
Na scenie nie ma miejsca na odpoczynek, ale nasz obecny harmonogram jest dość wyrozumiały. Gramy maksymalnie trzy lub cztery koncerty z rzędu, po których zazwyczaj następuje dzień przerwy. To bardzo pomaga, zwłaszcza jeśli chodzi o regenerację głosu, więc nie mogę narzekać. Mamy odpowiednią ilość czasu na relaks.
Muszę zapytać o Wasz rejs – „The Big Ole Boat Show”. Wygląda to na niesamowite wydarzenie. Czy planujecie rozszerzyć ten koncept na inne kontynenty?
Rozmawialiśmy o tym z naszym zespołem współpracowników od dłuższego czasu, ale nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Okazało się, że to był strzał w dziesiątkę – bilety wyprzedały się w 48 godzin. Bardzo się tym denerwowałem, bo rejs to dla fanów znacznie większy wydatek niż zwykły koncert – płacisz z góry za cztery noclegi, jedzenie i całą otoczkę. Skoro jednak poszło tak dobrze, na pewno przekażę ekipie, że fani w innych częściach świata też na to czekają.
Skąd w ogóle wziął się ten pomysł?
To nie była nasza inicjatywa, lecz naszej grupy menedżerskiej. Pracujemy z tymi samymi ludźmi, którzy zajmują się Paramore i Hayley Williams, a oni byli pionierami takich wydarzeń ze swoim rejsami „Parahoy!”. Wiedzieli dokładnie, jak to zorganizować, by wszystko przebiegło sprawnie, znali odpowiedni statek i przekonali nas, byśmy dali temu szansę. Fani to pokochali.
Czy ktoś z ekipy cierpi na chorobę morską?
Tak, Neil ma z tym problem. Zawsze, gdy o tym rozmawialiśmy, powtarzał, że ciężko będzie to zrealizować. Ale weźmie specjalne plastry na receptę i miejmy nadzieję, że wszystko będzie w porządku.
Wasz ostatni album był potężnym przedsięwzięciem z udziałem wielu gości, jak choćby Oli Sykes z Bring Me The Horizon czy legendarny inżynier dźwięku Ted Jensen. Kto był mózgiem tych wszystkich kolaboracji?
To wynikało z pisania z różnymi ludźmi przez dłuższy czas, z czego potem wybieraliśmy naszych faworytów. Zazwyczaj na jeden album mamy od 20 do 40 pomysłów. Pracujemy nad nimi, dopóki nie poczujemy, że mamy spójny, pełny album, z którego jesteśmy dumni. Współpracujemy z ludźmi z zewnątrz już od czasów płyty „Homesick” i nigdy się przed tym nie broniliśmy. To świetna zabawa – wejść do pokoju z kimś, kto cię inspiruje i stworzyć coś innego. Dzięki temu płyta nie jest „na jedno kopyto”, staje się ciekawszym doświadczeniem słuchowym.
Przez jakiś czas byliście związani z wytwórnią Fueled by Ramen. Co sprawiło, że zdecydowaliście się na współpracę z nimi?
To dotyczyło tylko dwóch ostatnich płyt, obecnie nie jesteśmy już w Fueled by Ramen. Wybraliśmy ich ze względu na wieloletnie relacje z ludźmi takimi jak John Janick, który budował tę markę. Dorastaliśmy, będąc fanami takich zespołów jak Fall Out Boy, Paramore czy Panic! At The Disco. Idea bycia najcięższym zespołem w ich katalogu wydała nam się po prostu fajna dla naszej marki.
A co z Waszą własną wytwórnią, Running Man?
Ona właściwie już nie funkcjonuje. Wydaliśmy tam tylko jedną płytę wspólnie z Brettem Gurewitzem z Epitaph i na tym koniec. Może kiedyś do tego wrócimy.
Ciekawym ruchem przy ostatnim albumie było wydanie go najpierw wyłącznie w formie fizycznej, a dopiero po miesiącu w serwisach streamingowych. Jak oceniasz to z dzisiejszej perspektywy?
To było genialne! Jesteśmy zespołem od ponad 20 lat i wiemy, że nawet najwierniejsi fani nie zawsze śledzą każdy twój ruch. Chcieliśmy zrobić szum, przyciągnąć uwagę czymś namacalnym. Mieliśmy pełny magazyn winyli, więc pomyśleliśmy: „Wypuśćmy to tylko w formie fizycznej, niech ludzie mają ten wyjątkowy moment obcowania z płytą, a na streaming i tak to kiedyś trafi”. Reakcje były niesamowite. Młodzi ludzie pisali nam, że to dla nich zupełnie nowe doświadczenie. Wielu z nich wyciągało stare discmany z garaży rodziców i słuchało płyty w drodze do szkoły, jak za dawnych lat. Nawet inni muzycy z branży gratulowali nam tego pomysłu. Nie zmieniłbym w tej decyzji ani jednej rzeczy.
Co było najtrudniejszą bitwą w historii A Day to Remember?
Zdecydowanie pięcioletnia batalia sądowa z Victory Records. To była sprawa w sądzie federalnym, która wstrzymała naszą karierę. Podpisaliśmy bardzo ogólnikową umowę, którą właściciel wytwórni próbował wykorzystać na naszą niekorzyść, twierdząc, że wszystko, co powie, staje się częścią kontraktu. Próbowaliśmy to rozwiązać polubownie, ale nie dano nam wyboru. Ostatecznie ława przysięgłych uznała, że wypełniliśmy kontrakt. To było niezwykle stresujące – nie mogliśmy wydawać muzyki, nasze płyty nie trafiały do sklepów. Ale postawiliśmy się i wygraliśmy, co pomogło też innym zespołom, które odzyskały kontrolę nad swoim katalogiem.
Wracając do koncertów – jaki był najbardziej pamiętny moment, jakiego doświadczyliście?
Jest ich mnóstwo, ale jeden z nich wydarzył się w Interlaken. Jako artysta, który występuje bardzo często, zawsze gonisz za tym wyjątkowym, organicznym połączeniem z publicznością, którego nie da się odtworzyć sztucznie. Czuliśmy, że to był jeden z naszych najlepszych setów w tym kraju. To po prostu się dzieje.
Niebawem znów odwiedzicie Polskę. Co najbardziej lubisz w naszym kraju?
To będzie nasza trzecia wizyta. Za każdym razem, gdy tam jesteśmy, jemy mnóstwo pierogów! Uwielbiam polskie jedzenie. Zawsze staramy się znaleźć jakąś lokalną knajpę, którą wszyscy polecają. Pierwszy raz byliśmy w Polsce z Bring Me The Horizon i to było świetne wprowadzenie, teraz wracamy jako headliner.
Czego możemy się spodziewać po Waszym nadchodzącym koncercie?
Maksymalnej dawki zabawy i eksplozji pozytywnej energii. Gramy przekrój przez całą dyskografię – utwory, których fani zawsze domagają się na żywo, ale też kilka niespodzianek, które mam nadzieję uda nam się wpleść po próbach dźwięku.
A myślicie już o nowym materiale?
Tak, pracujemy nad tym w przerwach między trasami a życiem rodzinnym. W USA są teraz wakacje, dzieciaki skończyły szkołę, więc chcemy spędzić z nimi trochę czasu. Ale do końca roku będziemy przygotowywać nowe rzeczy.
Po tylu latach w trasie, czy masz jakiś nietypowy przedmiot w bagażu, bez którego nie wyobrażasz sobie wyjazdu?
Może nie przedmiot, ale playlista na backstage’u. Ludzie byliby zaskoczeni, jak dużo popu tam słuchamy. Przez cały zeszły rok katowaliśmy „Pink Pony Club” Chappell Roan. Kiedy graliśmy na Knotfest w Australii, puszczaliśmy to tak głośno z naszych głośników, że nawet muzycy Slipknot zastanawiali się, kto puszcza taką muzykę w ich sektorze.
Co jeszcze znajduje się na Twojej liście celów jako muzyka?
Chciałbym, abyśmy zostali headlinerami tych największych europejskich festiwali, na których gramy od lat. Jeśli chodzi o inspiracje, zawsze patrzę na Green Day. Oni są niesamowitym przykładem długowieczności – mieli wielkie przełomy na początku, a potem, po wielu płytach, nagle uderzyli z American Idiot. To rzadkość, by artysta miał kilka takich „momentów zwrotnych”, które wstrząsają światem. Jako twórca i muzyk wciąż gonię za tym kolejnym wielkim momentem i sama ta pogoń sprawia mi ogromną frajdę. Kocham proces tworzenia muzyki i nie zamierzam przestać. Jestem wdzięczny, że wciąż mogę to robić i że ludzie wciąż chcą nas słuchać.