Brytyjska formacja Don Broco powraca z materiałem, który redefiniuje ich brzmienie. O współpracy z Nickelback, która zaczęła się od jednego maila, nagrywaniu wokali na hotelowym łóżku z jetlagiem oraz o tym, dlaczego bycie wokalistą to najlepsza fucha pod słońcem, rozmawiamy z Robem Damianim.
Muszę zacząć od zabawnej obserwacji. Kiedy wpisałam „Don Broco” w wyszukiwarkę, pierwsze co zobaczyłam, to zdjęcie… Nickelback. Spodziewałeś się, że wasze drogi tak mocno się przetną?
Rob Damiani: To niesamowite, jak algorytmy Google’a reagują na zainteresowanie fanów. Ludzie masowo odkrywają teraz utwór „Nightmare Tripping”, w którym gościnnie pojawili się chłopaki z Nickelback, i wyszukiwarka po prostu zaczęła nas łączyć. A wszystko zaczęło się od koncertu w Vancouver, skąd pochodzą. Brat ich gitarzysty był naszym fanem i zabrał go na nasz występ. Po powrocie do UK dostaliśmy od nich maila z wyznaniem, że przesłuchali całą naszą dyskografię i są pod wrażeniem. Gdy pisaliśmy nowy album, pomyśleliśmy: „Mamy ich adres, spróbujmy!”.
Współpraca z takimi gigantami to zazwyczaj biurokratyczny koszmar. U was poszło gładko?
Rob: To było zbyt łatwe, aż trudno w to uwierzyć. Zazwyczaj przy kolaboracjach, nawet z mniejszymi artystami, logistyka jest wyzwaniem – zgrywanie terminów, dopasowywanie partii. Nickelback sprawił, że wszystko było „bezwysiłkowe”. Nagrali swoje partie błyskawicznie przez internet i dali nam nawet więcej pomysłów, niż prosiliśmy. Początkowo ich manager twierdził, że będą zbyt zajęci swoim nowym albumem, ale kiedy sami muzycy usłyszeli naszą piosenkę, stwierdzili, że po prostu muszą to zrobić. Dla nas, fanów dorastających na ich muzyce, to był moment w stylu: „To jest jakieś szaleństwo!”.
Nagrywanie tego albumu to też historia pełna logistycznych zwrotów akcji. Podobno studio Muse odegrało tu kluczową rolę?
Rob: Tak, mieliśmy ogromne szczęście. Nasz producent, Dan, jest jednocześnie klawiszowcem w Muse. Dzięki temu mogliśmy nagrywać gitary i perkusję w domowym studiu Chrisa, basisty Muse. Chris to genialny inżynier dźwięku, a jego setup jest po prostu nieziemski. Jednak przez to, że przegapiliśmy każdy możliwy termin oddania płyty, ostatnie szlify musieliśmy nanosić w trasie w Australii. Wyobraź sobie naszą trójkę, ściśniętą w najmniejszym pokoju hotelowym całej trasy, siedzących na łóżku z potwornym jetlagiem i próbujących dokończyć ostatnie partie. Musieliśmy to dociągnąć do końca, bo terminy goniły ze względu na produkcję winyli przed trasą po arenach w UK, w tym w Wembley Arena.
Tytułowy utwór „Nightmare Tripping” dotyka bardzo mrocznych rejonów. To zapis twoich osobistych doświadczeń?
Rob: To coś w rodzaju migawki z okresu, w którym zmagałem się z prawdziwym królestwem koszmarów. Przechodziłem przez traumatyczne rzeczy w ciągu dnia, a potem szedłem spać i śniłem o nich, co tworzyło emocjonalnie naładowany, surrealistyczny cykl. Cały album jest o takich sytuacjach – o mieszance pecha i traumatycznych przeżyć, które spadają na człowieka jedno po drugim, nie dając czasu na regenerację. Po raz pierwszy w historii zespołu nasze osobiste problemy tak mocno przyćmiły życie zawodowe, że tytuł „Nightmare Tripping” idealnie scalił wszystkie te wątki.
Zmieniło się też twoje podejście do pisania tekstów. Rezygnujesz z wymuszonego optymizmu?
Rob: Wcześniej zawsze starałem się znaleźć nadzieję w każdej negatywnej sytuacji. Tym razem zrozumiałem, że to nie zawsze jest zdrowe. Czasami lepiej po prostu zaakceptować, że złe rzeczy się dzieją i pozwolić sobie na te emocje. Ukojenie znalazłem w muzyce – w świadomości, że nikt z nas nie jest w tym sam. Bycie w zespole to przywilej, bo mamy siebie nawzajem, możemy o tym rozmawiać i wspierać się w najgorszych momentach. Chciałem to przekazać fanom: nieważne, jak gówniane jest życie, jesteśmy w tym razem.
Muzycznie album jest znacznie cięższy. Czy to zasługa utworu „Hype Man”?
Rob: Zdecydowanie. To była pierwsza piosenka, którą napisaliśmy z myślą o nowej płycie i to ona wyznaczyła ten cięższy kierunek. Dała nam pewność siebie, by eksplorować głośniejsze brzmienia, ale wciąż staraliśmy się zachować oryginalność Don Broco. Nie chcieliśmy po prostu powielać wpływów naszych idoli, ale stworzyć coś świeżego. Dzięki temu cały album wydaje się bardziej jednolity tematycznie i kreatywnie.
Niedługo zobaczymy was w Polsce na Summer Punch. Wybieracie festiwale zamiast klubowych koncertów?
Rob: To dwie zupełnie inne energie. Na własnych koncertach masz gwarancję dobrej zabawy, bo każdy zna każde słowo. Ale na festiwalach jest ten dreszcz emocji – próbujesz wygrać tłum ludzi, którzy być może nigdy o tobie nie słyszeli, a po prostu przechodzili obok w drodze po drinka. To niesamowite uczucie, gdy udaje ci się ich do siebie przekonać. Na Summer Punch zagramy mnóstwo nowości, więc jestem bardzo ciekawy, jak polska publika na nie zareaguje.
Słyszałam, że jako wokalista masz w trasie specjalne przywileje…
Rob: (śmiech) Robię sobie czas na zwiedzanie!. Czasami muszę odmówić pewnym rzeczom, na przykład próbie dźwięku. Śpiewanie z pełną mocą tak wcześnie w ciągu dnia nie jest dobre dla mojego głosu. Więc kiedy chłopaki robią soundcheck, ja idę zwiedzać zamek albo miasto. Oni są rannymi ptaszkami, a ja po koncercie jestem tak nakręcony, że kładę się o 4:00 lub 5:00 rano. Wstaję w południe i wykorzystuję te kilka godzin, żeby zobaczyć coś ciekawego, zanim znowu wejdę na scenę. To dla mnie idealny balans.
Masz jeszcze jakieś marzenie na liście „do zrealizowania”?
Rob: Bardzo chciałbym zagrać w Ameryce Południowej. Widziałem nagrania z koncertów System of a Down czy Rock in Rio – skala tych wydarzeń i szaleństwo w mosh pitach, które ciągną się po horyzont, są po prostu obłędne. To wygląda jak filmy z lat 90.. Uwielbiam podróżować, odkrywać nowe kultury i jedzenie, więc to mój kolejny wielki cel.
Do zobaczenia w Polsce!
Rob: Dzięki! Skład Summer Punch jest niesamowity, więc na pewno będzie ogień. Do zobaczenia!