Dead by April to zespół, który od lat polaryzuje scenę metalową, łącząc bezkompromisowy ciężar z popową wrażliwością. W szczerej rozmowie Pontus Hjelm i Christopher Kristensen opowiadają o trudach bycia niezależnym artystą, balansowaniu między trasą a ojcostwem oraz o tym, dlaczego w ich studiu nigdy nie używa się kosza na śmieci.
Zacznijmy od spojrzenia wstecz. Kiedy patrzycie na historię Dead by April, czy potraficie wskazać ten jeden, najważniejszy moment, który zmienił wszystko?
Pontus Hjelm: Szczerze mówiąc, mam z tym problem. Nie potrafię wskazać jednego, konkretnego punktu zwrotnego. Nasza droga to raczej ciągła, mozolna praca nad warsztatem, pisanie piosenek i nieustanne koncertowanie. Jesteśmy tu, gdzie jesteśmy, dzięki systematyczności, a nie jednemu nagłemu wydarzeniu.
Christopher Kristensen: Z mojej perspektywy — a jestem w zespole od sześciu lat — to po prostu czas wypełniony ciężką pracą i trasami. Podzielam zdanie Pontusa: trudno tu mówić o jakimś dramatycznym zwrocie akcji.
Wasz styl — miks chwytliwych melodii i metalcore’owej agresji — jest waszą wizytówką. Jak do tego doszło?
Pontus: Wszystko zaczęło się w 2007 roku. Usiedliśmy wtedy i po prostu uznaliśmy: „piszmy takie piosenki, jakie sami lubimy”. Postanowiliśmy zignorować wszelkie niepisane zasady gatunkowe. Kochamy pop, ale kochamy też metal. Dla nas to połączenie było naturalne, więc zaryzykowaliśmy ten miks.
Christopher: To ciekawe, bo Gothenburg, z którego pochodzimy, słynie raczej z melodyjnego death metalu, zespołów takich jak In Flames. Metalcore w naszym wydaniu był czymś innym.
Pontus: To wywołało skrajne reakcje. Do dziś spływa na nas sporo krytyki i zwykłego hejtu, ale mamy też ogromną rzeszę fanów, którzy czerpią radość słuchając naszej muzyki. Ludzie mają bardzo radykalne opinie na nasz temat, co jest w porządku. Każdy ma prawo do swojego zdania. Ale dla nas to nie miało i nie ma znaczenia; i tak zamierzaliśmy robić to, co chcemy.
Pontus, przez rok nie było cię w zespole. Czy ten czas miał duży wpływ na dzisiejsze Dead by April?
Pontus: To była dość skomplikowana sytuacja i miała miejsce tak dawno temu, że dziś wydaje się wręcz nierealna. Szczerze – to już nie jest istotne dla dzisiejszego Dead by April. Znaleźliśmy drogę powrotną do siebie i przeszłość zostawiliśmy tam, gdzie jej miejsce – za sobą.
Obecnie wracacie do korzeni, nagrywając na nowo utwory z debiutanckiego albumu. Dlaczego zdecydowaliście się na ten krok?
Pontus: Bo to świetna zabawa! Gramy te utwory w obecnym składzie od wielu lat i chcieliśmy zarejestrować ich aktualne wersje. Chcemy też przybliżyć te kompozycje nowym słuchaczom, ale nie mamy zamiaru zastępować oryginałów. Dodajemy nową perspektywę.
Christopher: Dla mnie to coś wyjątkowego. Zacząłem słuchać Dead by April wiele lat temu, zanim w ogóle pomyślałem, że będę częścią tej grupy. To była moja inspiracja do zajęcia się muzyką, więc nagrywanie tych utworów teraz, jako członek zespołu, jest niesamowitym przeżyciem.
Wiem, że fani czekają na całkowicie nową muzykę. Co dzieje się w studiu?
Pontus: Jesteśmy w trakcie finalizowania albumu. Mamy sporo materiału „w rurociągu”, ale na razie musi on jeszcze chwilę poczekać i dojrzeć. Staramy się eksperymentować przy każdej nowej produkcji. Jeśli chodzi o teksty, to inspiruje mnie… życie, relacje międzyludzkie, bycie człowiekiem. Jednak szczerze mówiąc, przez pracę nad re-recordingami, nie jestem obecnie w fazie pisania nowych tekstów.
Christopher: Często dyskutujemy o kierunku, w którym zmierzamy w naszej twórczości: „hej, może tym razem zróbmy coś cięższego? Albo bardziej popowego? Albo pójdźmy w elektronikę?”. Wiele zależy od nastroju Pontusa — jeśli akurat jest zły, prawdopodobnie powstanie agresywny, „wściekły” utwór.
Czy muzyka to wasze jedyne zajęcie? Wiemy, że w Szwecji realia bywają trudne.
Pontus: Niestety nie jest to praca na pełen etat, choć bardzo byśmy chcieli. To trudne. Mamy poboczne projekty. Prawdopodobnie moglibyśmy żyć tylko z muzyki, gdybyśmy byli w trasie non-stop, ale wszyscy mamy małe dzieci i musieliśmy nieco ograniczyć koncertowanie. Moje mają cztery i sześć lat.
Christopher: To prawda, dzieciaki są najlepszymi recenzentami. Pontus puszczał im nowe utwory, a one od razu mówiły: „to jest dobre” albo „nie”.
Pontus: Obiecałem im, że kiedyś zabiorę je w trasę, ale muszą trochę podrosnąć. Obecnie najbardziej irytuje mnie właśnie brak czasu — na album, dla dzieci, dla siebie. Chciałbym, żeby doba była dłuższa.
Christopher: Mam to samo. Balansowanie między pracą, trasami a rodziną to wyzwanie. Życie czasem wchodzi w drogę planom, ale nie ma mowy o żadnej przerwie w działalności zespołu. Jesteśmy w pełni zaangażowani.
Czy macie piosenki, które są dla was szczególnie ważne pod względem emocjonalnym?
Christopher: Dla mnie to zdecydowanie „As a Butterfly”. Napisałem ją o moim dziadku, który był dla mnie jak ojciec i odegrał ogromną rolę w moim wychowaniu. Chciałem w ten sposób uczcić jego pamięć i naszą relację.
Pontus: Ja podchodzę do tego inaczej. Nie mam takiej więzi z tekstami, dla mnie liczy się ogólny „feeling”. Wskazałbym na „Two-Faced” — uwielbiam znaczenie tego utworu, ale przede wszystkim jego dynamikę, która zawsze daje mi kopa.
A co z waszymi muzycznymi korzeniami? Kto ukształtował Dead by April?
Christopher: Lista jest długa. Jeśli wrócę do fundamentów, to oczywiście Linkin Park. Ale też Rage Against the Machine, P.O.D. czy Limp Bizkit. To one pchnęły mnie w stronę muzyki. Pontus z kolei bardzo inspiruje się Michaelem Jacksonem i ogólnie popem. To właśnie ta popowa wrażliwość buduje nasz styl.
Jakie są największe wyzwania dla dzisiejszych zespołów metalowych?
Christopher: Najgorsze są algorytmy. Dzisiaj, nawet jako niezależny zespół bez wytwórni, musisz płacić za „boosty”, żeby twoi właśni fani na twoim własnym kanale widzieli, co publikujesz. To frustrujące. Czasem tęsknię za czasami MySpace — wrzucałeś piosenkę i po prostu każdy mógł jej posłuchać. Dzisiaj przebicie się wymaga ogromnego budżetu i wysiłku promocyjnego, który musimy finansować sami.
Niedawno zakończyliście trasę po Skandynawii, która okazała się sukcesem.
Christopher: Tak, mimo że rzadko tam koncertujemy, bo wolimy grać w Europie, trasa była świetna — niemal wszystkie koncerty się wyprzedały. Obecnie negocjujemy występy w innych krajach i planujemy dużą trasę na przyszły rok. Najważniejsze to cieszyć się tym, co robimy. Fani widzą, że jesteśmy autentyczni i że naprawdę kochamy być na scenie.
Czego możemy się spodziewać po waszym nadchodzącym koncercie w Polsce?
Christopher: To będzie nasz pierwszy festiwal w waszym kraju. Graliśmy wcześniej dwa klubowe koncerty, które były niesamowicie intensywne, z fantastyczną publicznością, więc mamy wysokie oczekiwania. Przygotowaliśmy miks: sporo utworów z debiutanckiego albumu, bo właśnie go odświeżamy, plus nasze ulubione numery z pozostałych płyt. Obiecujemy prawdziwe show!
Na koniec: Pontus, czy masz jakąś złotą radę dla innych twórców?
Pontus: Mam jedną kluczową zasadę w pisaniu piosenek: nigdy niczego nie wyrzucaj. Jeśli nagrasz coś, co wydaje ci się słabe, odłóż to. Może za pół roku albo za dwa lata wrócisz do tego i zrobisz z tego hit. To jest zasada numer jeden.
Christopher: A jaka jest zasada numer dwa?
Pontus: Przestrzegać zasady numer jeden. Muzyczny „Fight Club”.