Cryptopsy: Ewolucja brutalności, lęk przed apokalipsą i sztuka przetrwania [WYWIAD]

Już 30 lipca krakowski Hype Park stanie się epicentrum technicznego death metalu, gdy na scenę wyjdzie kanadyjska legenda – Cryptopsy. Zespół świętuje właśnie 30-lecie swojej działalności, celebrując dziedzictwo kultowego albumu None So Vile, który Matt McGachy, wokalista grupy od 2007 roku, określa mianem „uchwycenia błyskawicy w butelce”. W szczerej rozmowie frontman opowiada o wychodzeniu z cienia swoich poprzedników, o tym, jak przetrwał falę nienawiści po swoim debiucie, oraz dlaczego przygotowania do trasy koncertowej zawsze zaczyna od… „gotowania w panice”. To nie tylko historia o muzycznej brutalności, ale także o analitycznym spojrzeniu na toksyczność mediów społecznościowych i wizji nadchodzącej apokalipsy, w której – jak sam przyznaje – warto wiedzieć, który z sąsiadów potrafi budować schrony.

Cryptopsy ma za sobą ponad trzy dekady historii i imponującą listę byłych członków. Czy utrzymywanie relacji z tak dużą grupą „eks-kolegów” generuje jakieś koszty – finansowe, prawne czy emocjonalne? Czy dochodziło między wami do poważnych tarć?

Matt: Relacje międzyludzkie zawsze mają swoje wzloty i upadki, szczególnie w tak intensywnym środowisku jak zespół metalowy. Mam jednak to szczęście i przywilej, że jestem w grupie od 2007 roku, a od 2012 roku nasz skład jest niezmienny. Oznacza to, że przez ostatnie 12–14 lat nie straciliśmy żadnego członka, co w historii Cryptopsy jest wynikiem rekordowym. Jeśli chodzi o konflikty, mogę mówić jedynie o moich pierwszych pięciu latach w zespole. Kiedy dołączyłem, przechodziliśmy bardzo dziwny okres przejściowy – od mojego przyjścia, aż do momentu, gdy Jon Levasseur ostatecznie odszedł, a dołączył do nas Olly. Trudno było wtedy zrozumieć, kto właściwie sprawuje kontrolę nad artystycznym kierunkiem grupy.

Album „The Unspoken King” był pierwszym wydawnictwem, w które Jon Levasseur nie był w ogóle zaangażowany, a on był kluczowym elementem wcześniejszego brzmienia. Po jego odejściu każdy próbował przejąć stery: Flo Mounier chciał iść w jedną stronę, Eric Langlois w drugą, Alex w jeszcze inną. Chris Donaldson był wtedy „tym nowym” i początkowo wycofywał się, mówiąc: „To wasz zespół, róbcie co chcecie, ja mam tu tylko kilka partii”. Dopiero po wielu latach i licznych nocnych kłótniach z Flo, Chris w końcu poczuł, że to także jego zespół i zaczął pisać z pełną pewnością siebie. Widać to było na EP-kach „The Book of Suffering” i w pełni na „As Gomorrah Burns”. Mimo tych trudnych chwil, staram się utrzymywać pozytywne relacje z byłymi wokalistami – Mike DiSalvo, Maguu czy Lord Worm darzą mnie szacunkiem i jesteśmy w dobrych stosunkach.

Dlaczego pielęgnowanie tego dziedzictwa, mimo tylu zmian personalnych, jest dla Was wciąż tak istotne?

Matt: Ponieważ czujemy, że nasza misja nie została jeszcze zakończona. Wciąż tworzymy muzykę, która jest istotna i rezonuje ze społecznością metalową. Cryptopsy ma wiele epok: kultowy początek z „Blasphemy Made Flesh” i „None So Vile”, które zdefiniowały technical death metal, potem erę Mike’a DiSalvo z „Whisper Supremacy”, aż po czasy obecne. Zawsze honorujemy przeszłość, bo wiemy, że te pierwsze płyty to „uchwycenie błyskawicy w butelce”. One wciąż brzmią świeżo w 2026 roku, co jest wręcz magiczne. Dlatego przez cały ten rok świętujemy 30-lecie, promując jednocześnie ubiegłoroczny album.

Wielu fanów skupia się na tempie i technice, ale czy są tacy, którzy naprawdę zagłębiają się w Twoje teksty?

Matt: Prawdopodobnie jest ich mniej, niż bym chciał. Muzyka ekstremalna jest odbierana trzewiowo – ludzie reagują na agresję i perkusyjność wokalu, a niekoniecznie na treść. Ja jednak kładę duży nacisk na artykulację, by ktoś wprawiony w gatunku mógł mnie zrozumieć bez zaglądania do książeczki. Chcę, by słuchacze poznali te treści, bo wkładamy mnóstwo pracy w to, by liryka była poetycka, mroczna i dziwna. Lord Worm był pod tym względem geniuszem – jego teksty były mroczne, ale kryły w sobie specyficzne, komiczne poczucie humoru, które dostrzega się dopiero po kilku lekturach. Staram się dorównać temu poziomowi, budując atmosferę niepokoju.

Wasze ostatnie prace, jak „As Gomorrah Burns” czy „Insatiable Violence”, uderzają w toksyczność internetu i mediów społecznościowych. Gdzie jeszcze dostrzegasz tę „nienasyconą przemoc” we współczesnym świecie?

Matt: W zasadzie wszędzie. Żyjemy w przerażających czasach, niezależnie od tego, czy spojrzymy na politykę, ekonomię czy ekologię. Mam wrażenie, że uczestniczymy w cyklu, który nie chce się zatrzymać, a świat zmierza do końca znacznie szybciej, niż powinien, przez destrukcyjny wpływ człowieka. Ostatnio czytałem książkę Nicolasa Langeliera, która była niesamowicie przygnębiająca. Autor opisuje w niej rozpad świata i ludzką nieudolność w powstrzymaniu katastrofy. Po tej lekturze stałem się bardzo posępny. Zacząłem nawet przyglądać się moim sąsiadom i oceniać ich pod kątem przydatności: „Ten potrafi budować, tamten ma ogród – warto się z nimi trzymać na wypadek apokalipsy”. To trochę jak realne przygotowania do scenariusza z filmów o zombie.

Starsze albumy, jak „None So Vile”, skupiały się na horrorze i psychicznej deprawacji. Czy planujesz powrót do takiej tematyki?

Matt: Chris Donaldson ciągle mi powtarza, że powinienem być jak Lord Worm pod każdym względem, ale ja czuję, że znalazłem własną drogę. Wolę być analitykiem świata i rasy ludzkiej. Prowadzenie podcastu przez siedem lat i przeprowadzenie 500 wywiadów z innymi wokalistami nauczyło mnie, że warto mieć coś istotnego do powiedzenia. Chcę, by moje słowa mogły w jakiś sposób wpłynąć na słuchacza, a nawet „ulepszyć” świat poprzez refleksję. Zainspirowany jednak występami z materiałem z „Blasphemy Made Flesh”, wróciłem do rymowania na ostatniej płycie. To ciekawe wyzwanie konstrukcyjne, które dodaje muzyce mrocznej poetyckości.

Czy masz już gotowy koncept na kolejny krążek?

Matt: Pracujemy nad nim, ale na razie to tajemnica. Chcę, żeby to było coś szokującego, ale jednocześnie mającego solidny punkt odniesienia w globalnym schemacie świata. Mam na to jeszcze około półtora roku. Chris Donaldson wspominał mi, że nowe partie, które już napisał, są ekstremalnie mroczne. Nie chcemy być „deathmetalową wersją AC/DC”, która kopiuje ten sam schemat na każdym albumie. Zawsze przesuwamy granice, nawet jeśli wiemy, że niektóre zespoły odniosły ogromny sukces, stosując metodę „kopiuj-wklej”.

Reklama

Z perspektywy czasu – co było największym wyzwaniem w roli frontmana takiej legendy?

Matt: To doświadczenie ukształtowało mnie jako człowieka. Najtrudniejszym momentem był absolutny brak akceptacji po wydaniu mojego pierwszego albumu z zespołem. Większość grup by mnie wtedy zwolniła, a większość wokalistów odeszłaby sama, bojąc się konfrontacji. To, że zostałem i że zespół oraz fani dali mi czas, bym dojrzał i stał się wokalistą, jakiego Cryptopsy potrzebowało, nauczyło mnie niezwykłej pokory i odporności. To zniszczyło moje ego. Kiedy dołączałem do największego zespołu z Montrealu, myślałem, że jestem gwiazdą rocka – rzeczywistość szybko sprowadziła mnie na ziemię. Wiedziałem, że zastąpienie ikony, jaką był Lord Worm, będzie walką z drogą pod górę. Sam nie uważam się za ikonę; nią zostaje się dopiero wtedy, gdy odchodzi się z zespołu i nie można już nic z siebie dać.

Jak wyglądają Twoje przygotowania do nadchodzącej trasy koncertowej?

Matt: Jako ojciec, przygotowania zaczynam od… kuchni. Moim sposobem na radzenie sobie z rozłąką z rodziną jest „gotowanie w panice”. Robię ogromne zakupy i zamrażam mnóstwo gotowych dań dla żony i dzieci, żeby mieli co jeść, gdy mnie nie będzie. Fizycznie natomiast, oprócz głosu, trenuję kark. Odkryłem, że jeśli na kilka dni przed trasą zrobię jeden lub dwa pełne „treningi headbangingu” (odgrywając cały set), unikam potem tego strasznego bólu karku po pierwszych koncertach, który nazywam „hangoverem”. To jak siłownia – mięśnie muszą przywyknąć do obciążenia.

W Krakowie będziecie celebrować 30-lecie None So Vile. Czego dokładnie możemy się spodziewać w setliście?

Matt: Zagramy mnóstwo materiału z „None So Vile”, bo to święto tej płyty, ale nie zabraknie też utworów z „Blasphemy Made Flesh” oraz nowszych utworów chociażby z „As Gomorrah Burns”. Nowy materiał jest dla nas zbyt ważny, by go pominąć. Zapraszam wszystkich – mosh pit pod sceną to piękna, oczyszczająca relacja między ludźmi i niesamowita forma katharsis.

A co sądzisz o kondycji dzisiejszej sceny metalowej?

Matt: Jestem nią zachwycony! Widok zespołów takich jak Sanguisugabogg jadących w trasę po arenach z Lamb of God napawa optymizmem. Nasi przyjaciele z Archspire świetnie radzą sobie jako zespół całkowicie niezależny, bez wytwórni, co jest imponujące. Cieszy mnie też popularność młodych ekip, jak 200 Stab Wounds, bo przyciągają one nową generację fanów, którzy dzięki nim odkrywają to, co Flo Mounier budował lata temu.

Mało kto wie, że Twój głos można usłyszeć w grze Marvel’s Guardians of the Galaxy. Jak do tego doszło?

Matt: Tak, to prawda, choć to było już dość dawno. Jestem częścią Monster Factory, organizacji prowadzonej przez Sebastiana Croteau z Necrotic Mutation. To grupa około stu wokalistów ekstremalnych, którzy profesjonalnie podkładają głosy pod potwory w grach i filmach. Firmy wolą nas, bo zwykły aktor głosowy po 45 minutach krzyczenia traci głos, a my możemy robić ośmiogodzinne sesje bez żadnego uszczerbku na zdrowiu. To bardziej efektywne i brzmi naturalniej niż cyfrowe miksowanie odgłosów zwierząt. Obecnie Cryptopsy zabiera mi zbyt dużo czasu, bym mógł brać udział w każdym projekcie, ale wciąż jestem częścią tej ekipy.

Gdzie widzisz siebie za 20 lat?

Matt: Chciałbym być na progu emerytury. Może wciąż pracowałbym kilka dni w tygodniu w centrum wczesnej edukacji, gdzie obecnie opiekuję się dziećmi w wieku od 3 do 5 lat – nie dla pieniędzy, ale dlatego, że daje mi to mnóstwo radości. Chciałbym, aby moje dzieci miały wtedy stabilne życie, a ja mógłbym spokojnie cieszyć się codziennością w Montrealu z moją żoną. Przynajmniej do czasu, aż nadejdzie ta apokalipsa zombie, o której rozmawialiśmy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *