Trzydzieści lat po premierze „Moonlight – Act III” Christ Agony wraca do jednego z najważniejszych albumów w swojej historii.
Jubileuszowa trasa będzie pierwszą okazją, by usłyszeć ten materiał w całości na żywo, ale dla Cezarego Augustynowicza nie jest to wyłącznie powrót do przeszłości. Zespół ma za sobą premierę „Anthems”, a sam muzyk nadal rozwija Christ Agony na własnych zasadach. Rozmawiamy o „Moonlight – Act III”, realiach polskiej sceny lat 90., zmianach, jakie przez trzy dekady zaszły w zespole, oraz o tym, gdzie dziś znajduje się Christ Agony.
„Moonlight – Act III” ma już 30 lat. Kiedy dziś słuchasz tej płyty, słyszysz przede wszystkim młodego siebie czy materiał, który nadal jest ci artystycznie bliski?
Kiedy dzisiaj słucham „Moonlight – Act III”, słyszę oczywiście młodego siebie, ale nie tylko. Słyszę przede wszystkim muzykę, która mimo upływu trzydziestu lat nadal jest mi bardzo bliska. To jest trochę dziwne uczucie, bo kiedy powstawał ten album, byłem zupełnie innym człowiekiem. Miałem inne emocje, inne doświadczenia, inaczej patrzyłem na świat. A jednak kiedy pojawia się pierwsza nuta „Moonlight”, natychmiast wracam do tamtego czasu. Pamiętam próby, studio, ludzi, z którymi wtedy pracowałem, podróże i cały ten niezwykły klimat lat dziewięćdziesiątych. Ale nie słucham tej płyty wyłącznie z sentymentu.
Gdybym dzisiaj uważał, że „Moonlight” jest tylko dokumentem swojej epoki, nie miałbym potrzeby wracania do niego po trzydziestu latach. Dla mnie ta muzyka nadal ma w sobie coś, co jest żywe – przede wszystkim emocje, atmosferę i melodie.
Oczywiście dzisiaj zrobiłbym wiele rzeczy inaczej. Mam za sobą trzydzieści lat doświadczeń jako muzyk, więc inaczej patrzę na kompozycję, produkcję czy brzmienie. Nie próbowałbym jednak poprawiać „Moonlight”, bo wtedy przestałby być tym albumem, którym był.
To jest zapis konkretnego momentu mojego życia i konkretnego momentu CHRIST AGONY. I chyba właśnie dlatego nadal jest mi tak bliski.
Najbardziej cieszy mnie jednak coś innego, że po trzydziestu latach słuchają go ludzie, którzy często nie byli nawet wtedy na świecie. To dla mnie najlepszy dowód, że „Moonlight” wyszedł poza swoją epokę. Dzisiaj mogę więc słuchać tej płyty jednocześnie jako młody Cezar sprzed trzydziestu lat i jako człowiek, którym jestem teraz. I chyba obaj mamy z tego albumu pewną satysfakcję.
Po „Daemoonseth – Act II” w zespole doszło do zmian personalnych i pojawili się Mauser oraz Gilan. Wspominałeś, że wtedy materiał na „Moonlight” niemal „płynął sam”. Co było źródłem tej energii?
Myślę, że złożyło się na to kilka rzeczy. Po „Daemoonseth – Act II” sytuacja w poprzednim składzie zaczęła się komplikować. To nie było już dobre środowisko do dalszego tworzenia muzyki. Kiedy zdecydowałem się na zmianę i pojawili się Mauser oraz Gilan, wszystko nagle nabrało zupełnie innej dynamiki. I to była przede wszystkim energia nowych ludzi. Nie znaliśmy się jeszcze na tyle dobrze, żeby mieć wobec siebie jakieś przyzwyczajenia czy ograniczenia. Każdy chciał pokazać, co potrafi. Była w tym świeżość, ciekawość i ogromny entuzjazm.
Ja również byłem wtedy w bardzo twórczym momencie. Po „Daemoonseth” wiedziałem już znacznie lepiej, czego chcę od CHRIST AGONY. Miałem doświadczenie z poprzednich płyt, ale jednocześnie nie czułem jeszcze potrzeby powtarzania tego, co zrobiliśmy wcześniej. Dlatego materiał na „Moonlight” rzeczywiście powstawał bardzo naturalnie. Nie siedziałem nad nim z myślą: „Muszę teraz napisać album, który będzie lepszy od poprzedniego”. Po prostu miałem mnóstwo pomysłów i chciałem je jak najszybciej przełożyć na muzykę.
Bardzo ważne było też to, że z Mauserem i Gilanem od początku złapaliśmy odpowiedni język muzyczny. Nie musieliśmy się długo docierać. Każdy wnosił coś od siebie, ale jednocześnie rozumieliśmy, dokąd zmierzamy. To jest coś, czego nie da się zaplanować. Czasami spotykasz muzyków i od pierwszej próby czujesz, że coś zaskoczyło. I właśnie tak było wtedy. Myślę, że „Moonlight” powstał w takim momencie, kiedy wszystko spotkało się w odpowiednim czasie, moje pomysły, nowy skład, doświadczenie zdobyte przy poprzednich płytach i ogromna potrzeba tworzenia.
Dlatego materiał rzeczywiście trochę „płynął sam”. Nie oznacza to oczywiście, że wszystko zrobiło się bez pracy. Pracy było bardzo dużo. Ale nie było walki z materiałem. Muzyka pojawiała się naturalnie, a my po prostu staraliśmy się jej nie przeszkadzać.
Czy pamiętasz moment, w którym poczułeś, że „Moonlight – Act III” będzie czymś więcej niż po prostu kolejnym albumem Christ Agony?
Nie pamiętam jednego konkretnego momentu, w którym powiedziałem sobie: „to będzie coś wyjątkowego”. Myślę, że to narastało stopniowo, podczas pracy nad materiałem. Kiedy zaczynaliśmy nagrywać „Moonlight”, nie myślałem o nim w kategoriach przyszłego „klasyka” czy płyty, która za trzydzieści lat będzie miała swój jubileusz. Takie rzeczy są kompletnie poza świadomością muzyka w momencie tworzenia. Po prostu czuliśmy, że ten materiał jest inny. Była w nim ogromna energia, ale jednocześnie pojawiła się pewna dojrzałość kompozycyjna.
CHRIST AGONY miał już za sobą „Epitaph of Christ” , „Unholyunion” i „Daemoonseth – Act II”, więc nie zaczynaliśmy od zera. Wiedziałem już, jak chcę budować utwory i jaką atmosferę chcę osiągnąć. Jednocześnie nowy skład dał mi poczucie świeżości. Mauser i Gilan bardzo dobrze odnaleźli się w tej muzyce i wszystko zaczęło układać się w spójną całość. Chyba właśnie wtedy, kiedy zaczęliśmy słuchać pierwszych nagranych wersji, pojawiło się we mnie poczucie, że to jest coś więcej niż kolejna płyta CHRIST AGONY.
Ale prawdziwa świadomość przyszła dopiero później. Kiedy album został wydany i zaczęliśmy grać te utwory na żywo, zobaczyłem reakcję ludzi. Wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, że ta muzyka trafiła do nich w jakiś szczególny sposób. Dzisiaj, po trzydziestu latach, mogę powiedzieć, że „Moonlight” rzeczywiście stał się czymś więcej niż tylko kolejnym albumem w dyskografii. Ale w momencie jego tworzenia nie mieliśmy takiej świadomości. I chyba dobrze. Gdybyśmy wtedy próbowali nagrać „ważną płytę”, prawdopodobnie nie byłaby tak naturalna. Nie próbowaliśmy stworzyć historii. Po prostu ją wtedy tworzyliśmy, nie wiedząc jeszcze, że nią się stanie.
Na płycie jest tylko sześć utworów, ale całość trwa ponad 50 minut. Czy ta rozbudowana forma była świadomym kierunkiem, czy wynikała po prostu z tego, jak wtedy komponowałeś?
To nie był jakiś założony z góry plan w rodzaju: „nagramy tylko sześć utworów i każdy będzie miał po dziesięć minut”. To raczej wynikało z tego, jak wtedy komponowałem. Nie interesowała mnie forma krótkiego, zwartego utworu, który musi zakończyć się po trzech czy czterech minutach. Jeżeli miałem pomysł, który wymagał czasu, pozwalałem mu się rozwijać. W „Moonlight” bardzo ważna była dla mnie atmosfera. Nie chciałem jej budować wyłącznie za pomocą pojedynczych riffów. Utwór miał mieć swoją przestrzeń, napięcie, momenty wyciszenia i ponownego wejścia. Dlatego niektóre kompozycje naturalnie się rozrastały. Sześć utworów na płycie może dzisiaj wyglądać jak niewiele, ale nigdy nie patrzyłem na album przez liczbę kompozycji. Ważniejsze było dla mnie to, czy całość tworzy pewną historię i czy każdy utwór ma swoje miejsce.
„Moonlight” trwa ponad pięćdziesiąt minut i właściwie nigdy nie miałem poczucia, że któryś z tych utworów jest za długi tylko dlatego, że jest długi. Oczywiście dzisiaj, po trzydziestu latach, pewnie w niektórych miejscach skróciłbym pewne fragmenty. Człowiek z czasem zaczyna inaczej patrzeć na kompozycję i ma większą świadomość tego, jak budować napięcie. Ale wtedy właśnie tak czułem muzykę. I chyba dobrze, że tego nie kalkulowaliśmy. Te utwory miały trwać dokładnie tyle, ile potrzebowały. To zresztą jest jeden z powodów, dla których „Moonlight” nadal dobrze sprawdza się jako album słuchany w całości. To nie jest zbiór sześciu przypadkowych utworów. Dla mnie od początku był to jeden większy muzyczny organizm.
Po raz pierwszy zagracie cały „Moonlight – Act III” na żywo. Które fragmenty okazały się dziś najtrudniejsze do odtworzenia – technicznie albo emocjonalnie?
Paradoksalnie najtrudniejsze nie są dla mnie chyba same partie instrumentalne. Po trzydziestu latach muzycy są bardziej doświadczeni i technicznie jesteśmy w zupełnie innym miejscu niż wtedy. Największym wyzwaniem było przygotowanie tego materiału tak, żeby rzeczywiście można było zagrać cały „Moonlight – Act III” od początku do końca, bez pomijania żadnego elementu. To może zabrzmieć banalnie, ale nie wszystkie utwory z tej płyty były wcześniej wykonywane na żywo. Ostatni utwór, „Eternalhate”, został właściwie skomponowany z myślą o albumie i nigdy wcześniej nie był grany koncertowo. Z kolei pierwszy utwór, „Asmoondei”, nie był wykonywany przez prawie trzydzieści lat.
Nagle okazało się więc, że przygotowujemy do koncertu materiał, którego pewnych fragmentów sami nie graliśmy na scenie od dziesięcioleci, a jeden z utworów właściwie w ogóle nie miał swojej historii koncertowej. I właśnie dlatego było to niemałe wyzwanie. Bo jaki byłby sens mówić, że gramy „Moonlight” w całości, a następnie pominąć jego część? Dla mnie nie byłoby to wykonanie całego albumu. Musieliśmy więc nie tylko odświeżyć rzeczy, które pamiętaliśmy z koncertów sprzed lat, ale właściwie nauczyć się na nowo fragmentów, które przez trzy dekady nie funkcjonowały w naszym repertuarze koncertowym. Druga rzecz to oczywiście energia i atmosfera.
„Moonlight” nie jest materiałem, który można po prostu odegrać nuta w nutę. Te utwory mają swoje napięcie, swoje momenty oddechu, pewien specyficzny klimat. Jeżeli skupisz się wyłącznie na poprawności technicznej, możesz zagrać wszystko perfekcyjnie, a jednocześnie zgubić to, co było w tej muzyce najważniejsze. Poza tym jest to bardzo wymagający materiał pod względem kondycyjnym. Mamy sześć długich kompozycji, które razem tworzą ponad pięćdziesiąt minut muzyki. Zagranie ich jednym ciągiem wymaga zupełnie innego przygotowania niż granie pojedynczych utworów rozrzuconych po całym koncercie. Ale największą trudnością emocjonalną jest chyba to, że kiedy gram te utwory dzisiaj, wracają wspomnienia z tamtego okresu. Pewne fragmenty są dla mnie niemal jak otwieranie starych drzwi. Nagle przypomina mi się konkretny człowiek, próba, studio, podróż albo sytuacja, o której przez lata w ogóle nie myślałem. I wtedy przestajesz być tylko muzykiem wykonującym utwór. Na chwilę wracasz do człowieka, którym byłeś trzydzieści lat temu. Dlatego zagranie całego „Moonlight” jest dla mnie czymś więcej niż zwykłym jubileuszowym setem.
Nie chcę jednak robić z tego muzealnej rekonstrukcji. Nie będziemy próbować udawać, że mamy znowu po dwadzieścia kilka lat. Chcę zagrać tę muzykę dzisiejszym CHRIST AGONY – z całym doświadczeniem, które zdobyliśmy przez te trzy dekady. I właśnie to jest dla mnie najciekawsze: spotkanie muzyki sprzed trzydziestu lat z ludźmi, którymi jesteśmy dzisiaj.
Czy przy przygotowaniach do trasy wróciliście dokładnie do wersji z 1996 roku, czy część utworów dostała nowe aranżacje albo inne brzmienie?
Nie chcieliśmy robić z tego rekonstrukcji z 1996 roku. „Moonlight” jest dla mnie na tyle ważnym albumem, że zależało mi przede wszystkim na zachowaniu jego charakteru i ducha, a nie na mechanicznym kopiowaniu każdego dźwięku sprzed trzydziestu lat. Przygotowania do zagrania całego albumu odbywały się przede wszystkim już w obecnym składzie — z Shambo na basie i Dimonem na perkusji. Oczywiście obaj bardzo dobrze znali „Moonlight” jako słuchacze, ale granie tych utworów było dla nich czymś zupełnie innym. I muszę powiedzieć, że również dla mnie okazało się to czymś naprawdę budującym. Kiedy zaczęliśmy wspólnie przepracowywać ten materiał, bardzo szybko poczułem, że ta muzyka nadal żyje. Nie tylko dlatego, że jest to „Moonlight”, ale również dlatego, że obecny skład wnosi do niej własną energię. Nie zmienialiśmy na siłę aranżacji.
Nie chciałem nagle robić z tych utworów nowych kompozycji. Ale oczywiście dzisiejszy CHRIST AGONY nie może brzmieć dokładnie tak samo jak CHRIST AGONY w 1996 roku. Mamy inne doświadczenia, inne możliwości techniczne, inny sposób grania. I przede wszystkim innych ludzi. Ta energia Shambo i Dimona jest bardzo wyczuwalna w tym secie. Od początku roku między nami jest naprawdę dobra chemia. To jest coś, czego nie da się wyreżyserować ani wypracować żadną metodą. Po prostu albo pojawia się między muzykami, albo nie. I u nas pojawiła się bardzo szybko. Dlatego podczas przygotowań do „Moonlight” nie miałem poczucia, że uczę nowych muzyków odtwarzać starą płytę.
Raczej razem odkrywaliśmy ten materiał na nowo. Oczywiście zachowujemy oryginalne kompozycje, ich konstrukcję i charakter. Ale sposób, w jaki dzisiaj je wykonujemy, jest już naturalnie częścią obecnego CHRIST AGONY. I chyba właśnie to jest najlepsze rozwiązanie. Nie chcę cofać czasu do 1996 roku. Chcę zabrać „Moonlight” z 1996 roku i przenieść go w rok 2026. Z całym szacunkiem do oryginału, ale również z energią ludzi, którzy tworzą CHRIST AGONY dzisiaj.
Są na „Moonlight” kompozycje, które przez lata regularnie graliście na koncertach. Czy jest też utwór, który po trzech dekadach odkryłeś na nowo dopiero podczas prób do tej trasy?
Tak naprawdę są tutaj dwie różne sytuacje. Część utworów z „Moonlight” była przez lata obecna w koncertowym życiu CHRIST AGONY. Oczywiście nie zawsze graliśmy je w pełnym składzie czy w dokładnie takim zestawieniu, jakie mamy dzisiaj, ale pewne kompozycje wracały na scenę przez kolejne lata funkcjonowania zespołu. Dlatego niektóre z nich są dla mnie bardzo dobrze znane również od strony koncertowej. Natomiast zupełnie inaczej wygląda sytuacja z „Eternalhate”. Ten utwór nigdy wcześniej nie był grany na żywo. Został skomponowany z myślą o albumie i przez trzydzieści lat istniał właściwie wyłącznie jako część nagrania studyjnego.
Można więc powiedzieć, że dopiero teraz odkrywam go na nowo jako muzyk koncertowy. I to jest naprawdę ciekawe doświadczenie. Kiedy grasz utwór, który znasz od trzydziestu lat wyłącznie z płyty, nagle musisz spojrzeć na niego zupełnie inaczej. Trzeba znaleźć jego energię na scenie, odpowiednio rozłożyć napięcie i sprawić, żeby zadziałał w bezpośrednim kontakcie z publicznością. Poza tym bardzo ciekawie jest zagrać dzisiaj cały album jednym ciągiem. Pojedyncze utwory znaliśmy przecież od lat, ale kiedy zestawisz wszystkie sześć kompozycji w kolejności, w jakiej znalazły się na „Moonlight”, zaczynasz słyszeć między nimi inne zależności.
Nagle przypominasz sobie, że ten album od początku był pomyślany jako pewna całość. I właśnie to chyba najbardziej odkryłem podczas tych prób, nie pojedynczy utwór, ale „Moonlight” jako koncertowy organizm. Do tego dochodzi obecny skład. Shambo i Dimon nie mają wspomnienia grania tej płyty w 1996 roku, więc dla nich nie jest to odtwarzanie własnej przeszłości. Oni podchodzą do tego materiału jak do żywej muzyki. I ta ich energia bardzo mocno wpływa na mnie. Dlatego nawet utwory, które grałem już wielokrotnie, dzisiaj brzmią dla mnie trochę inaczej. Ale „Eternalhate” jest tutaj zdecydowanie wyjątkowy. Po trzydziestu latach wreszcie wychodzi ze studia na scenę.
Jak zmieniło się twoje podejście do tekstów i symboliki z „Moonlight – Act III”? Czy dziś odczytujesz własne słowa z tamtego okresu inaczej niż w 1996 roku?
Tak, oczywiście. Trudno, żeby po trzydziestu latach człowiek czytał własne teksty dokładnie tak samo. Ale nie powiedziałbym, że dzisiaj zmieniłbym ich znaczenie. To, co napisałem w 1996 roku, było prawdziwe dla mnie wtedy. Było wynikiem mojego sposobu myślenia, moich fascynacji, emocji i doświadczeń z tamtego okresu. Dzisiaj po prostu mam za sobą kolejne trzydzieści lat życia i siłą rzeczy patrzę na te same słowa z zupełnie innej perspektywy. „Moonlight” był mocno związany z nocą, ciemnością, tajemnicą, transcendencją i pewnym rodzajem wewnętrznej podróży. Te tematy właściwie nigdy mnie nie opuściły, ale zmienił się mój sposób ich postrzegania.
Kiedy byłem młody, wiele rzeczy było dla mnie bardziej intuicyjnych. Czułem je, ale nie zawsze potrafiłem je nazwać. Dzisiaj potrafię spojrzeć na nie bardziej świadomie, również przez pryzmat doświadczeń, które zdobyłem przez kolejne dekady. I właśnie dlatego powrót do tych tekstów podczas przygotowywania jubileuszowej trasy był dla mnie ciekawy. Czasami czytam jakiś fragment i myślę: „Naprawdę napisałem to trzydzieści lat temu?” Nie dlatego, że dzisiaj się z nim nie zgadzam. Wręcz przeciwnie, czasami zaskakuje mnie, jak wiele z tych myśli nadal jest mi bliskich. Zmienił się człowiek, ale pewne pytania pozostały.
Myślę zresztą, że to jest jedna z rzeczy, które sprawiają, że „Moonlight” nadal ma dla mnie znaczenie. Nie jest tylko zapisem młodości. Jest zapisem pewnego sposobu myślenia, który w wielu aspektach nadal we mnie istnieje. Dzisiaj odczytuję te teksty spokojniej i z większym dystansem. W 1996 roku żyłem tymi emocjami. Dzisiaj mogę się im również przyglądać. I to jest chyba największa różnica.
Christ Agony powstawał w czasie, gdy polska scena ekstremalnego metalu dopiero budowała swoją pozycję. Co z atmosfery pierwszej połowy lat 90. jest dziś już nie do odtworzenia?
Myślę, że przede wszystkim nie da się już odtworzyć tamtego poczucia, że wszystko dopiero się zaczyna. Pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych była dla polskiej sceny ekstremalnego metalu czymś wyjątkowym. Nie mieliśmy internetu, mediów społecznościowych, serwisów streamingowych ani możliwości dotarcia do muzyki jednym kliknięciem. Informacje krążyły przez kasety, listy, fanziny, telefony i bezpośrednie kontakty między ludźmi. Dzisiaj trudno sobie wyobrazić, jak ogromne znaczenie miała wtedy zwykła przesyłka pocztowa. Ktoś wysłał ci kasetę, ty nagrałeś ją dla kolejnej osoby, ktoś przysłał ci list z informacją o nowym zespole z Norwegii albo Grecji. W ten sposób budowała się cała scena.
I właśnie tych relacji chyba najbardziej nie da się dzisiaj odtworzyć. Nie chodzi o to, że kiedyś wszystko było lepsze. Absolutnie nie. Było mnóstwo problemów, brakowało pieniędzy, sprzętu, możliwości koncertowych, profesjonalnych studiów czy promocji. Ale przez te ograniczenia ludzie byli zmuszeni do większej aktywności. Jeżeli chciałeś, żeby ktoś usłyszał twoją muzykę, musiałeś coś zrobić. Nagrać kasetę, wysłać ją do wytwórni, napisać list, zadzwonić, pojechać na koncert. Dzisiaj możesz nagrać płytę w domu i w ciągu kilku godzin udostępnić ją całemu światu. To jest fantastyczna możliwość, ale jednocześnie odebrało muzyce pewną część tajemnicy.
Wtedy samo zdobycie płyty konkretnego zespołu mogło być wydarzeniem. Pamiętam też ogromną intensywność koncertów i spotkań. Ludzie przyjeżdżali z różnych miejsc, żeby zobaczyć kilka zespołów, a po koncercie jeszcze długo się rozmawiało. To były rzeczywiste relacje, a nie tylko komentarz pod zdjęciem. I chyba jeszcze jedna rzecz jest nie do odtworzenia – młodość. Możemy dzisiaj zagrać te same utwory, możemy mieć lepszy sprzęt, lepsze światła, lepsze warunki techniczne, ale nie możemy wrócić do ludzi, którymi byliśmy w 1992 czy 1995 roku. Tamta scena była tworzona przez ludzi, którzy często sami nie wiedzieli, dokąd to wszystko zmierza. I może właśnie dlatego miało to taką siłę. Nie było jeszcze historii, którą można było powtarzać. My tę historię dopiero wtedy pisaliśmy.
W 2025 roku wydaliście „Anthems”, pierwszy pełny album od „Legacy”. Czy jubileusz „Moonlight” traktujesz jako spojrzenie wstecz, czy raczej jako element nowego etapu Christ Agony?
Zdecydowanie traktuję to jako element nowego etapu CHRIST AGONY. Oczywiście jubileusz „Moonlight” siłą rzeczy jest spojrzeniem wstecz. Nie da się inaczej świętować trzydziestolecia albumu, który jest tak ważną częścią historii zespołu. Wracamy do muzyki sprzed trzydziestu lat, do ludzi i wydarzeń, które ją stworzyły. Ale dla mnie nie jest to próba zatrzymania się w 1996 roku. Gdybym chciał tylko odtwarzać przeszłość, prawdopodobnie nie nagrywałbym „Anthems”. „Anthems” był dla mnie bardzo ważnym momentem, bo po długiej przerwie pokazał, że CHRIST AGONY nadal może tworzyć nową muzykę i że ta muzyka nadal ma swoją energię, charakter i sens. To nie jest zespół, który istnieje wyłącznie dlatego, że trzydzieści lat temu nagrał „Moonlight”. Dlatego bardzo podoba mi się sytuacja, w której te dwie rzeczy spotykają się ze sobą.
Z jednej strony mamy „Moonlight” – album, który powstał w 1996 roku i który przez trzy dekady stał się częścią historii CHRIST AGONY. Z drugiej strony mamy „Anthems”, czyli muzykę stworzoną już przez człowieka, którym jestem dzisiaj. I pomiędzy nimi jest trzydzieści lat życia.
To wszystko jest częścią tej samej historii, ale nie jest tym samym rozdziałem. Jubileusz „Moonlight” traktuję więc trochę jak spojrzenie w lusterko podczas jazdy. Warto zobaczyć, skąd się przyjechało, ale przecież nie po to zatrzymuje się samochód. Chcę spojrzeć wstecz, ale nadal jechać do przodu. Mam jeszcze wiele pomysłów na CHRIST AGONY i nie zamierzam zamykać zespołu w gablocie z napisem „lata dziewięćdziesiąte”.
„Moonlight” jest ważną częścią naszej historii. „Anthems” jest dowodem, że ta historia nadal trwa. A to, co będzie dalej, zależy już od tego, co stworzymy dzisiaj.
Nagrania „Anthems” rozpoczęły się wiele lat przed premierą. Co musiało się wydarzyć, żeby ten materiał ostatecznie został domknięty i wydany?
Rzeczywiście, pierwsze prace nad „Anthems” rozpoczęły się wiele lat przed premierą i po drodze wydarzyło się w moim życiu sporo rzeczy, które sprawiły, że ten materiał musiał poczekać. Jednym z ważnych powodów były moje problemy z uzależnieniem od alkoholu. Nie chcę wchodzić tutaj w szczegóły, bo to jest część mojego prywatnego życia, ale niewątpliwie miało to wpływ również na moją muzykę i na możliwość normalnego funkcjonowania jako muzyk.
W pewnym momencie musiałem po prostu uporządkować własne życie. Dopiero kiedy udało mi się wyjść z tego okresu, odzyskałem możliwość normalnej pracy, koncentracji i przede wszystkim chęć tworzenia. Wtedy mogłem wrócić do materiału bez ciągłego oglądania się za siebie. Ale samo ukończenie „Anthems” nie było tylko kwestią powrotu do starych nagrań. Przez te wszystkie lata ja również się zmieniłem. Nie chciałem po prostu dokończyć czegoś, co zostało rozpoczęte dawno temu.
Chciałem, żeby ten album był prawdziwy dla człowieka, którym byłem w momencie jego ukończenia. Dlatego część materiału została zmieniona, niektóre rzeczy nagrałem ponownie, inne odrzuciłem. Musiałem też zdecydować, co rzeczywiście powinno znaleźć się na płycie, a co pozostać jedynie etapem pracy nad nią. W końcu pojawił się moment, w którym poczułem, że „Anthems” jest już kompletną historią. I chyba właśnie to było najważniejsze. Nie chodziło o to, żeby za wszelką cenę wydać album, który rozpocząłem wiele lat wcześniej. Chodziło o to, żeby móc wreszcie powiedzieć: „Tak, to jest dokładnie ta płyta, którą chciałem dzisiaj nagrać”.
Po ponad 35 latach działalności Christ Agony czym dziś dla Ciebie jest ten zespół – nadal przede wszystkim projektem artystycznym, czy już częścią własnej tożsamości, od której trudno się oddzielić?
Myślę, że po ponad trzydziestu pięciu latach trudno już oddzielić jedno od drugiego. CHRIST AGONY nadal jest dla mnie przede wszystkim muzyką. To właśnie od muzyki wszystko się zaczęło i ona do dzisiaj jest najważniejszym powodem, dla którego ten zespół istnieje. Ale przez te wszystkie lata stał się również częścią mojego życia i mojej tożsamości. Trudno, żeby było inaczej. Kiedy zakładałem CHRIST AGONY, byłem bardzo młodym człowiekiem. Przez kolejne dekady zespół towarzyszył mi właściwie we wszystkich najważniejszych okresach mojego życia. Były momenty bardzo dobre, były również bardzo trudne. Zmieniali się ludzie, składy, wydawcy, zmieniała się muzyka, zmieniałem się ja. Ale CHRIST AGONY cały czas gdzieś był. Co ciekawe, sama nazwa zespołu od początku była bardzo mocno związana ze mną, CHRIST AGONY powstało z pierwszych liter mojego imienia i nazwiska. Można więc powiedzieć, że już w momencie powstania zespół został w pewnym sensie napiętnowany moją tożsamością.
Nie oznacza to oczywiście, że CHRIST AGONY jest wyłącznie mną. Każdy muzyk, który pojawiał się w składzie, zostawił w tej historii jakąś część siebie. Szczególnie w muzyce, bo bez tych ludzi nie powstałyby konkretne płyty i nie wydarzyłyby się konkretne rzeczy. Ale odpowiedzialność za ten zespół od początku brałem na siebie. Dzisiaj patrzę na to trochę inaczej niż kiedyś. Kiedy byłem młody, CHRIST AGONY był całym moim światem. Wszystko było podporządkowane zespołowi. Dzisiaj mam świadomość, że muzyka jest bardzo ważną częścią mojego życia, ale nie może być jego jedyną częścią. I może właśnie dlatego dzisiaj tworzę z większą swobodą. Nie muszę już za pomocą CHRIST AGONY udowadniać swojej wartości.
Mogę po prostu robić muzykę. Po trzydziestu kilku latach CHRIST AGONY jest więc jednocześnie zespołem, moim dziełem artystycznym, częścią mojego życia i czymś, czego nie potrafię całkowicie oddzielić od własnej historii. I szczerze mówiąc, nie widzę już takiej potrzeby.
Jubileuszowa trasa ma obejmować nie tylko cały „Moonlight – Act III”, ale też utwory z innych okresów działalności. Jak dobierasz dziś repertuar z tak dużej dyskografii?
Przy takiej dyskografii wybór repertuaru wcale nie jest prosty. Z jednej strony podczas tej trasy najważniejszym punktem jest oczywiście „Moonlight – Act III” grany w całości, ale z drugiej strony nie chcę, żeby koncert kończył się na jednym albumie. Mam swoje ulubione utwory z różnych okresów działalności CHRIST AGONY i chciałbym, żeby również one pojawiały się podczas tej trasy. Nie zamierzamy jednak grać dokładnie tego samego zestawu na każdym koncercie.
Utwory będą się częściowo wymieniać. Dzięki temu z jednej strony chcemy dać fanom możliwość usłyszenia różnych rzeczy z naszej historii, a z drugiej sprawić, żeby każdy koncert miał trochę inny charakter. To jest dla mnie również bardzo ważne z perspektywy zespołu. Jeżeli przez kilkanaście czy kilkadziesiąt koncertów grasz dokładnie ten sam zestaw, w tej samej kolejności, zaczyna się pojawiać pewna rutyna. A ja nie chcę, żeby granie CHRIST AGONY stało się mechanicznym odtwarzaniem programu.
Chcę, żebyśmy sami mieli z tego przyjemność. Dlatego mam kilka swoich ulubionych utworów, które będziemy rotacyjnie wprowadzać do setlisty. Czasami coś zastąpimy innym numerem, czasami wrócimy do utworu, którego dawno nie graliśmy. Oczywiście są pewne rzeczy, których publiczność po prostu oczekuje i których nie można pominąć. Ale poza tym zostawiamy sobie trochę przestrzeni. Myślę, że dzięki temu każdy koncert będzie miał własną energię.
Nie chcę, żeby publiczność miała wrażenie, że ogląda ten sam koncert po raz kolejny. I sam również nie chcę mieć takiego wrażenia. Po tylu latach grania uważam, że to bardzo ważne.
Gdybyś mógł dziś porozmawiać z Cezarym Augustynowiczem ze stycznia 1996 roku, siedzącym w Pro-Studio podczas nagrywania „Moonlight – Act III”, co byś mu powiedział?
Powiedziałbym mu chyba przede wszystkim: „Ciesz się tym momentem, bo jeszcze nie wiesz, jak ważny on będzie”. W styczniu 1996 roku siedziałem w Pro-Studio w Olsztynie i byłem całkowicie pochłonięty tym, co robimy. Myślałem o muzyce, o nagraniu, o tym, żeby wszystko zabrzmiało tak, jak sobie wymyśliłem. Nie miałem pojęcia, że trzydzieści lat później ktoś będzie mnie pytał o ten album. Nie wiedziałem też, ile rzeczy wydarzy się później. Powiedziałbym mu więc, żeby trochę mniej się martwił.
Żeby nie próbował wszystkiego kontrolować i nie brał na siebie odpowiedzialności za rzeczy, na które nie ma wpływu. Powiedziałbym też: ufaj sobie. Masz dopiero początek tej drogi. Popełnisz wiele błędów. Niektórych decyzji będziesz później żałował, z niektórych będziesz dumny. Stracisz ludzi, poznasz nowych, zmienisz skład zespołu, zmienią się Twoje priorytety. Będą momenty, kiedy będziesz miał wrażenie, że wszystko się rozpada. Ale przejdziesz przez to.
I chyba najważniejsze – powiedziałbym mu, żeby nie próbował za wszelką cenę przewidywać przyszłości. Bo gdybym wtedy wiedział, że CHRIST AGONY będzie istnieć ponad trzydzieści pięć lat, że będę jeszcze nagrywał płyty, że będziemy wracać na scenę i że w 2026 roku będę grał „Moonlight” w całości z muzykami, którzy dorastali już po nagraniu tej płyty… Pewnie uznałbym to za kompletną abstrakcję. A jednak dokładnie to się wydarzyło. Więc powiedziałbym mu po prostu: „Rób swoje. Nie przejmuj się za bardzo tym, co będzie. I zapamiętaj ten moment, bo będziesz do niego wracał przez następne trzydzieści lat.”