Choć Cassidy Paris wciąż znajduje się na początku swojej muzycznej drogi, ta młoda australijska wokalistka coraz śmielej zaznacza swoją obecność na światowej scenie melodyjnego rocka. Artystka, która uwagę fanów zwróciła już swoimi debiutanckimi singlami i albumem „New Sensation”, konsekwentnie rozwija swój styl – łącząc klasyczne inspiracje rodem z lat 80. z nowoczesną energią i sceniczną charyzmą. Trwająca trasa Finish What We Started Tour pokazuje, że Cassidy nie jest już tylko ciekawostką dla fanów gatunku, ale coraz pewniej buduje własną pozycję w świecie rocka.
Ponieważ od dawna czekałem na okazję, by zobaczyć Cassidy na żywo, korzystając z faktu, że akurat spędzałem weekend w Anglii, postanowiłem wybrać się na jej koncert do Stoke-on-Trent. Już na wstępie okazało się, że będzie to dość nietypowy event – zamiast klasycznego wieczornego występu, wydarzenie w klubie Eleven odbyło się w formule afternoon show, rozpoczynając się już we wczesnych godzinach popołudniowych. Nie wpłynęło to jednak ani trochę na atmosferę pod sceną – publiczność szybko dała się porwać zarówno supportującemu zespołowi Powell-Payne, jak i pełnemu energii występowi Cassidy.
Powell-Payne, czyli jakość Made In Wales
Otwierający to popołudnie Powell-Payne okazał się czymś znacznie więcej, niż tylko muzycznym wprowadzeniem do występu gwiazdy dnia. Wywodząca się z Walii grupa, która podobnie jak headlinerka eventu związana jest z wytwórnią Frontiers Music, zaprezentowała materiał oparty na klasycznych elementach melodic rocka i AOR-u, ale z nowoczesnym, bardziej dynamicznym podejściem. Już otwierające set utwory „Better Days” i „No Escape” pokazały mocne strony formacji – melodyjne refreny, wyraźnie inspirowane brzmieniami z lat osiemdziesiątych, oraz bardzo dobrą pracę gitar.
Na szczególną uwagę zasługiwał wokal Adama Payne’a, który dobrze odnajdywał się zarówno w bardziej dynamicznych fragmentach, jak i spokojniejszych momentach setu. Zespół sprawnie balansował między klasycznym AOR-em a cięższym, nowocześniejszym brzmieniem. Dużym atutem występu Powell-Payne była naturalność – bez przesadnego dystansu, bez scenicznego zadęcia, za to z autentyczną radością z samego grania. Widać było, że grupa dopiero buduje swoją pozycję na koncertowym rynku, ale ma naprawdę spory potencjał na to, by zajść wysoko!





















Cassidy Paris przybyła, zobaczyła i… podbiła wszystkie serca!
Po krótkiej przerwie scenę w swe panowanie objęła Cassidy Paris, która od pierwszych sekund przejęła pełną kontrolę nad publicznością. Wkroczyła na scenę w stroju… niegrzecznej policjantki, otwierając set kawałkiem „Walking on Fire”, który idealnie pokazuje charakter twórczości Australijki, stanowiącej połączenie klasycznego hard rocka z nowoczesnym, bardziej przebojowym podejściem.
Od samego początku Cassidy praktycznie przez cały czas była w ruchu: dynamiczna, uśmiechnięta i bardzo kontaktowa, z łatwością budowała relację z publiką. Sposób, w jaki panowała nad tym, co się dzieje na scenie i w jej najbliższych okolicach, był wręcz powalający: zachowywała się jak połączenie Kenny’ego Leckremo, czyli niezwykle energicznego wokalisty H.E.A.T, z potrafiącą zahipnotyzować widza i zdobyć jego serce Shakirą. Jakby to ujęli chłopaki z Kissin’ Dynamite: „SHE CAME, SHE SAW, SHE CONQUERED US ALL!”.
Setlista w dużej mierze oparta była na materiale z wydanego jesienią albumu „Bittersweet”, który pokazał dojrzalsze i bardziej różnorodne oblicze artystki. Pełne emocji, przebojowe utwory, takie jak „Finish What We Started”, „Nothing Left To Lose” czy „Getting Better”, a także absolutny banger „Stronger”, świetnie sprawdziły się na żywo – z miejsca porywając publiczność do wspólnej zabawy.
Nie zabrakło także bardziej klasycznych, melodyjnych momentów. „Like I Never Loved You” oraz cudowny cover „I Still Think About You” od Danger Danger wprowadziły odrobinę nostalgii i pokazały, że Cassidy dobrze odnajduje się również w bardziej emocjonalnym repertuarze. Z kolei „Danger” i „Midnight Desire” przypomniały, jak silnie ta młoda Australijka inspiruje się klasycznym amerykańskim brzmieniem rodem z lat osiemdziesiątych – zdecydowanie myli się ten, kto twierdzi, że czasy glam metalu bezpowrotne przeminęły!
Cassidy Paris – nadzieja melodyjnego rocka
Obok Cassidy znakomicie prezentował się również cały jej zespół towarzyszący. Gitary Steve’a Janevskiego (prywatnie ojca Cassidy) dodawały utworom odpowiedniej mocy, a całość brzmiała niezwykle spójnie dzięki sekcji rytmicznej w osobach basisty Vinniego Texa i perkusisty Pete’a Newdecka. Z kolei jednym z ciekawszych momentów wieczoru okazał się zaskakujący duet Cassidy i Adama Payne’a – oboje zaśpiewali razem kawałek „Nothing Left To Lose”, który w tej wersji zabrzmiał naprawdę zacnie.
Set zamknął zestaw dwóch coverów: pierwszym z nich był wydany niedawno z okazji 30-lecia wytwórni Frontiers Music „Watch The Fire” z repertuaru grupy W.E.T, z kolei drugim – zagrany zupełnie z zaskoczenia „Heaven’s On Fire”, pierwotnie wykonywany przez legendarną formację KISS. Niejako czyniąc zadość tytułom obu utworów, Cassidy i jej zespół zagrali je z prawdziwym ogniem, robiąc wszystko, by publiczność wyszła z koncertu w pełni usatysfakcjonowana.
Występ w Stoke-on-Trent potwierdził, że Cassidy Paris konsekwentnie buduje swoją pozycję w świecie nowoczesnego melodyjnego rocka. Ma znakomity wokal, urzekającą prezencję, świetne obycie ze sceną i rosnącą kolekcję chwytliwych kawałków – czyli wszystko to, czego potrzeba do sukcesu w tym gatunku. A może i wszystko to, czego potrzebuje ten gatunek, by na nowo stać się mainstreamowym? Jeśli Cassidy nie podoła zadaniu wyciągnięcia melodyjnego rocka z niszy, w której tkwi od trzydziestu lat, to… chyba nikomu już się to nie uda! Ale wiecie co? Jakoś wierzę w to, że ona da radę!
































