Buzzcocks – „Jesteś prezydentem własnego kraju” [WYWIAD]

Ponad cztery dekady na scenie, setki koncertów i status legendy brytyjskiego punku – a jednak w jego głosie wciąż słychać ten sam ogień. Przed koncertem w Polsce muzyk Buzzcocks opowiada o „Świętym Kościele Rock’n’Rolla”, sile publiczności, nowym albumie pełnym społecznych tematów i o tym, dlaczego każdy z nas jest prezydentem własnego kraju.

Co sprawia, że po tylu latach nadal wychodzisz na scenę z tą samą energią?

Steve: To duch rock’n’rolla. To właśnie po to się urodziłem! Zacząłem mając 20 lat i nawet dziś czuję, jakbym dopiero zaczynał. Nie ma nic lepszego od tej ekscytacji. Czuję, że to nadaje sens memu życiu. To była długa podróż – mnóstwo tras, zmęczenia, szalonych i niesamowitych momentów – ale kiedy wychodzę na scenę, wciąż czuję to samo. Jest coś takiego w energii publiczności, w piosenkach, w tej wymianie między nami… Elektryczność, która sprawia, że czujesz się naprawdę żywy. Pasja do muzyki cały czas płynie w moich żyłach.

Czujesz dziś ten sam rodzaj ekscytacji jak na początku? Jak to możliwe?

Steve: Tak. Oczywiście z wiekiem inaczej odczuwa się zmęczenie trasą, ale samo wyjście na scenę… to wciąż ten sam ogień. Najbardziej interesuje mnie reakcja publiczności. Można powiedzieć, że ten proces odbywa się także na poziomie intelektualnym. To nie chodzi tylko o to, co my robimy. Chodzi o połączenie. O moment, w którym wszyscy czujemy, że jesteśmy częścią czegoś wspólnego. Nazywam to „Świętym Kościołem Rock’n’Rolla”. Przez półtorej godziny dzielimy jedną przestrzeń i jedną energię. Nie narzucamy żadnych zasad podczas naszych koncertów. Jeśli ktoś chce nagrać jedną piosenkę jako pamiątkę – w porządku. Ale czasem mam wrażenie, że nagrywając, można przegapić prawdziwe doświadczenie. A jak często wracamy do tych nagrań? Bardzo rzadko. Najważniejsze jest bycie tu i teraz.

Od początku łączyliście punkową energię z melodyjnością. Czy to był świadomy kierunek?

Steve: Kiedy zespół się formował, pojawiła się między nami świetna chemia. Pierwszy singiel „Spiral Scratch był bardzo surowy i punkowy. Grali z nami wtedy m.in. Pete Shelley i Howard Devoto. Później zaczęliśmy pisać bardziej melodyjne rzeczy, ale wciąż z punkową energią. Szybko przestaliśmy być „po prostu” zespołem punkowym. Tak jak Sex Pistols czy The Clash wypracowali własne brzmienie, tak i my znaleźliśmy swoje. Jeśli ktoś nazywa to punk popem – w porządku. Dla mnie to po prostu brzmienie Buzzcocks.

Wielu muzyków mówi, że otworzyliście drzwi dla sceny indie.

Steve: Słyszałem i traktuję to  jako komplement. Mieliśmy bardziej nietypowe struktury, charakterystyczne melodie, może mniej klasycznego rock’n’rolla niż niektóre inne zespoły tamtych czasów. Jeśli to kogoś zainspirowało – świetnie.

Reklama

Nowy album brzmi świeżo, ale nie traci waszej tożsamości. Jak opisałbyś go własnymi słowami?

Steve: „Attitude Adjutsment” jest jedenastym albumem w naszej karierze. Jego poprzednik – „Sonics in the Soul” również zawierał klasyczne brzmienie Buzzcocks, ale także elementy, które mogły być zaskoczeniem. Myślę o nim jak o książce. Każdy utwór stanowi inny rozdział. Są szybkie, energetyczne piosenki, ale także bardziej refleksyjne momenty, akustyczne fragmenty, nawet inspiracje Motown. Nie chciałem dziesięciu utworów brzmiących tak samo. Każdy miał mieć własny charakter. Tekstowo dotykam spraw, które mnie poruszają – wojna, przemoc uliczna, bezdomność, kultura reality show etc. To nie jest moralizowanie, raczej obserwacja. Chcę podsunąć ludziom tematy do przemyślenia.

W takim razie przyznaję, że udało Wam się stworzyć „książkę” z rozdziałami, które nie są kopiami siebie samych, dzięki czemu zapoznawanie się z nią nie sprawia, że odbiorca zaczyna ziewać. A czy muzyka wciąż może zmieniać świat?

Steve: Może nie zmieni całego świata. Ale może zmienić człowieka. A to już bardzo dużo. Zawsze powtarzam: jesteś prezydentem własnego kraju. Tym krajem jesteś ty sam. Masz kontrolę nad swoimi myślami, nad tym, jak traktujesz innych. Możemy czuć się bezsilni wobec wielkiej polityki, ale mamy wpływ na siebie. Od tego zaczyna się każda prawdziwa zmiana. Mam nadzieję, że dla odbiorców będzie to wspaniałe doświadczenie – podróż warta przeżycia, a nie tylko przesłuchanie utworów i zapomnienie o nich. Nie powinniśmy być niewolnikami własnych świadomości. Możesz myśleć, że nie możesz uciec, że nie jesteś wolny. Ale to ty decydujesz o własnym przeznaczeniu.

Czego mogą spodziewać się fani w Polsce?

Steve: Zagramy klasyki, bo wiem, że ludzie chcą je usłyszeć. Ale dorzucimy też nowe utwory. Chcemy pokazać historię zespołu i jednocześnie to, gdzie jesteśmy teraz. Najważniejsze jest to, żeby między nami a publicznością wydarzyło się coś wyjątkowego, magicznego. Kilka lat temu przyjechaliśmy do Warszawy i było wspaniale. Mam też nadzieję, że znowu skosztujemy waszych pierogów!

Po tylu latach wciąż czujesz głód sceny(i pierogów)?

Steve: Zdecydowanie. Dopóki czuję tę elektryczność i to połączenie z ludźmi, dopóty chcę tam być. Bo właśnie w tych momentach czuję się naprawdę żywy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *