Nie taki diabeł straszny, jak go malują. Zapewne narażę się opinią dotyczącą „I, Scvlptor”, ale trudno. Ekstremalne oblicze Behemoth nie jest bowiem oblane smołą i chyba więcej krzyku wokół zespołu robią protestujący przeciw ich koncertom aniżeli sam Nergal. „I, Scvlptor” jest albumem trochę wymęczonym, który może nam wtórować podczas sobotniego odkurzania mieszkania.
Legenda na papierze
Jaki jest sens odgrzebywania starszych kompozycji, doprawionych współczesnym brzmieniem, jeśli nie łączą się one w spójną całość? Nabicie kieszeni milionem monet? Chociaż technicznie dostajemy produkt na wysokim poziomie, to jego teatralność nie przekonuje fanów mocniejszego pierdolnięcia. Owszem, bywa ciężko i szybko, ale jest też wolno i rozwlekle. Oprócz „In Thy Pandemaeternum” Behemoth zarzuca lejce i mrok zamienia na bardziej wikingowskie, oschłe brzmienie. Jedni nazwą to budowaniem napięcia, a ja budowaniem niestabilnego pomostu, przedsionkiem piekła, którego Dante nie chciał opisać. Dramaturgia utworzona przez perkusyjne popisy Inferno i gitarowe solówki tworzą prawdziwe dzieło sztuki, ale patrząc całościowo na „I, Scvlptor” odnosi się wrażenie, że potencjał i arsenał, jakim Behemoth dysponuje, nie został w pełni wykorzystany. Najbardziej – i to od samego początku – przeszkadza mi drewniany wokal Nergala. Adam brzmi męsko – nie powiem, że nie – ale dopasowanie do „ekstremalnej” muzyki takiej stylistyki (choć odbija się tradycją) jest nudne. Za mało Szatana w Szatanie.
Zaskakującym zabiegiem są czystsze wokale w „Lord ov the Horizons”, aczkolwiek nie dla każdego pożądanym. Stawianie na takie kardy jest ryzykowne, bo nie każdy potrafi je dobrze rozegrać, a tutaj im wyszło mocne 2/10. Być może podeszłam do odsłuchu ze zbyt wielkimi oczekiwaniami natknięcia się na muzyczne arcydzieło, a uderzyła mnie cegłówka z drewna. Całe szczęście jest to tylko fragment produkcji, a nie motyw przewodni. Na „I, Scvlptor” współczesność miesza się z wbijającą ścianę surowością. Trudno jednak mówić o bezkompromisowości. Za dużo tu ozdobników. Behemoth potrafi się rozpędzić, chociażby w „Begotten”, zachowując melodyjność na możliwie najszybszych obrotach, co na pewno udobrucha bardziej wymagających słuchaczy. Ale czy to wystarczy?
Może przekonają was „In League With Satan” z repertuaru Venom albo „The Return of Darkness and Evil (Live)” Bathory. Mieszanka wybuchowa? Niekoniecznie. „I, Scvlptor” mógłby być materiałem wypuszczonym jako dodatek do następnej płyty – niekoniecznie jako kolejny, pełnowymiarowy album sygnowany logiem Behemoth. Pomimo towarzyszącej muzyce diaboliczności, album zdaje się nie opowiadać żadnej konkretnej historii. Nie jest to odkrywcza propozycja. Zupełnie jakby zespół zatrzymał się w miejscu i utopił we własnej egzaltacji.
Jak to się mówi – dupy nie urywa. Szczęka nie opada. Ni to longplay, ni epka. Nikt nie zwróci mi tych 40 min. życia. Napaliłam się na sushi, a otrzymałam jego wegańską wersję, w większości stworzoną z odnowionych kawałków. Nie ma elementu zaskoczenia. Profesjonalna produkcja i dopieszczenie każdego dźwięku na pewno spodoba się fanom. Nowych raczej nie przygarnie. Może nie potrafię tego zrozumieć, a może Coma faktycznie gra metal. Sztuka dla sztuki w metalu nie jest dobrym pomysłem. Naprawdę chciałabym stwierdzić, że „I, Scvlptor” jest produktem godnym uwagi. Nie jest. Ten album jest jak Pluton wśród planet. Istnieje, ale nie wniesie nic istotnego do waszego życia. Nie chcę przez to powiedzieć, że „trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść”. Trzeba wiedzieć, jak na nią wejść, żeby nie grać koncertu przed ścianą luster.
Shagrath psuje utwór. Pisząc że w głosie Nergala za mało szatana to jakby napisać to samo o wokaliście Slayera. Jest kilka naprawdę świetnych rozbudowanych utworów… Całość też dobra.