Spotkaliśmy się ze Spike’em Slawsonem z zespołu Spike And the Gimme Gimmes, żeby porozmawiać o świątecznej trasie koncertowej, jego inspiracjach bolerem oraz życiu w trasie.
Rozmawiała Marta Antosz, zdjęcie własność the Dino & Luigi Presents
Jak do tej pory przebiega Wasza trasa?
Spike: : Bardzo dobrze, grany głównie w znajomych miejscach z wyjątkiem Santa Cruz. Nie pamiętam, żebyśmy tam grali, może bardzo dawno temu. W Sacramento graliśmy na pewno, w Ace of Spades. To był bardzo dobry koncert na rozgrzewkę. Poza tym wszędzie już wcześniej występowaliśmy. Dziś gramy w Anaheim w House of Blues, gdzie byliśmy już wiele razy. Więc tak — w gruncie rzeczy jest to tour po znajomych miejscach, tylko że za każdym razem gramy coraz lepiej.
A potem jedziecie do Wielkiej Brytanii na brytyjską część trasy, prawda? (Trasa w Wielkiej Brytanii rozpoczęła się 9 grudnia, przyp. redakcja)
Spike: Tak. Będzie zimno i mokro — dokładnie tak to będzie wyglądać. I będą tam, jak zapewne wiesz — nie wiem, czy byłaś w Wielkiej Brytanii o tej porze roku — nadal opalone, pomarańczowe kobiety w koszulkach na ramiączkach i krótkich spódniczkach, biegające na szpilkach i wdające się w bójki. Będzie około czterdziestu stopni Fahrenheita. Deszcz będzie zacinał. A mimo to to zjawisko nadal będzie istnieć. Mam wrażenie, że oni są po prostu inaczej zbudowani — szczególnie im bardziej na północ. Ale być może to tylko moje wrażenie. To jest też w moim DNA, więc ja się z nich nie śmieję, ja śmieję się razem z nimi, nie z nich. (śmiech)
Powiedz mi, dlaczego zdecydowaliście się wydać „All I Want for Christmas Is You” jako singiel? Spośród piosenek świątecznych mogliście wybrać tak wiele — dlaczego właśnie Mariah Carey?
Spike: Myślę, że ten utwór ma ogromny potencjał, żeby pewnego dnia stać się świąteczną klasyką — i dlatego zdecydowaliśmy się go nagrać. To było oczywiste. Było tuż przed naszym nosem. Tak blisko, że aż tego nie widzieliśmy. To jak naturalna, organiczna, spontanicznie zachodząca kampania promocyjna. Nie sądzę, żeby ktokolwiek musiał podnieść choćby palec, żeby promować ten utwór, a jednak każdego roku, w połowie października — a może w tym roku byli na tyle uprzejmi, żeby poczekać aż po Halloween, choć wiem, że bardzo dużo ich to kosztuje — Mariah zostaje „odmrożona”. Ten utwór, podobnie jak piosenka Slade w Anglii, nie potrzebuje promocji. To spontaniczne zjawisko kulturowe, które zaczyna się co roku pod koniec października lub na początku listopada. My po prostu podpinamy się pod ten organiczny, naturalny medialny szum.
Czy są inne świąteczne piosenki, które moglibyście kiedyś nagrać?
Spike: Och, jest ich mnóstwo. Docelowo chcielibyśmy nagrać cały album z piosenkami świątecznymi. Wśród naszych ulubionych jest Wham! — to oczywisty wybór. Paul McCartney. The Kinks mieli swój utwór, ale to zespół, którego nie odważyłbym się dotykać. Kocham ich zbyt mocno. Jaki byłby sens? I tak nie byłoby lepiej. Ale bardzo kocham ich „Father Christmas”. Jest mnóstwo naprawdę złych piosenek świątecznych, ale jeśli dobrze poszukasz, można znaleźć kilka naprawdę przyzwoitych. Na przykład The Beach Boys nagrali cały album świąteczny. Mam nawet wrażenie, że napisali jeden czy dwa utwory specjalnie na ten album. Robili covery standardów, ale coś też napisali sami. W niektórych latach — nie w tym — gramy „The Man with All the Toys”. To chyba ich autorski utwór.
A prywatnie — jaka jest twoja ulubiona piosenka świąteczna, a której najbardziej nie znosisz?
Spike: Szczerze mówiąc, kiedy przychodzi Boże Narodzenie, nienawidzę ich wszystkich, bo słyszałem je już zbyt wiele razy. Ale jeśli miałbym wybierać, to „Father Christmas” albo jakieś bardziej niszowe hiszpańskojęzyczne piosenki świąteczne. Jest taka jedna Johnny’ego Albino — „Nuestra Navidad”. To piękna piosenka o chęci bycia w domu ze swoją dziewczyną na święta. Ma niesamowicie piękny głos. Jeśli nie znasz Johnny’ego Albino — śpiewał w Trio Los Panchos w latach 50. i 60. — zrób sobie przysługę i go posłuchaj. Na początku myślałem, że to kobieta. Ma taki efekt Wayne’a Newtona — jakby jeszcze nie przeszedł mutacji — ale to brzmi przepięknie. Niesamowita intensywność. „Nuestra Navidad” to jedna z moich ulubionych piosenek świątecznych.
Jak narodził się pomysł na Gimme Gimmes?
Spike: Mogę mówić tylko z własnej perspektywy. Pracowałem w dziale wysyłek — można powiedzieć, że byłem kierownikiem, choć pracowała tam jedna osoba, czyli ja. I nie jestem z tego dumny, ale zdarzało mi się przychodzić do pracy jeszcze pijanym. Nie nawet na kacu — kac przychodził później, po lunchu. Raz wysłałem towar zespołu — płyty na sprzedaż — na zły kontynent. Ludzie z Fat Wreck Chords byli zdesperowani, żeby znaleźć mi inne zajęcie. Byli lojalni, chcieli mnie zatrzymać, ale w miejscu, gdzie wyrządzałbym mniej szkód. I tym miejscem był cover band, nad którym Mike i Joey pracowali od lat. Ich pomysł był taki, że na każdej punkowej płycie z lat 90. najlepszym utworem zazwyczaj był cover. Więc dlaczego nie nagrać całej płyty z coverami? Lata 90. były trudne dla punku. San Francisco miało świetną scenę grungową — The Mummies, Trashwomen, Supercharger — ale południowokalifornijskie rzeczy nie bardzo do mnie trafiały. Covery były lepsze. Jeśli grasz covery, odpada ogromna część zgadywania. Utwory są już napisane. Wystarczy ustalić strojenie. Jako wokalista cover bandu wyrządzałem znacznie mniej szkód niż jako pracownik działu wysyłek. (śmiech)
Co jest najtrudniejsze w nagrywaniu coverów? Wiele osób myśli, że to łatwe.
Spike: Jeśli coś staje się trudne, to znaczy, że nie warto tego robić. Jeśli wybrany utwór potrzebuje więcej niż 15 minut, żeby powstała sensowna, przyjemna dla ucha wersja, to wiemy, że jesteśmy na złej drodze. To ma brzmieć jak zabawa — a trudno oddać zabawę, jeśli jej sam nie doświadczasz. Płyta to wydarzenie, które rezonuje w czasie. Ludzie dopowiadają historie, których nigdy nie było. To dla mnie sukces. Trzeba zostawić przestrzeń na wyobraźnię. W przypadku koncertów twoim jedynym zadaniem jest nie przeszkadzać. Publiczność już chce się dobrze bawić. A my często celowo pracujemy nad tym, żeby publiczność stracić, bo czujemy się komfortowo w roli „złych”. Jak w wrestlingu — jest bohater i jest „heel” (z ang. „zły” zawodnik w wrestlingu, przyp. redakcja). I ironicznie — noce z największymi buczeniami i giwzdami są tymi, kiedy sprzedajemy najwięcej koszulek.
Jak Ci się pracuje z obecnym składem? Możesz opowiedzieć coś więcej o swoich kolegach z zespołu?
Spike: Pinch zaczynał z English Dogs, był członkiem założycielem, UK ’82 punk. Gdy The Damned zobaczyli go na żywo, nie puścili go przez 20 lat. Dopiero cover band go „uratował”. Ma w sobie taki angielski punkowy jungle boogie. Uwielbiam go. Jest też i CJ Ramone. Wciąż muszę się szczypać, że występuję z nim na scenie. Nie tylko historia punku, ale też teraźniejszość — i niesamowity człowiek. Jake Kiley ze Strung Out — przemyślany, czarujący, ale dzika bestia z gitarą Jackson w kolorze jaskrawego różu. I Swami John Reis — Drive Like Jehu, Rocket from the Crypt, Hot Snakes. Ustawia poprzeczkę niemożliwie wysoko. Nie mógłbym być szczęśliwszy z tym składem.
Czy już pracujecie nad nową muzyką? Co szykujecie?
Spike: Najtrudniejsze jest selekcja. Jest wiele złych wyborów. Chcę trzymać się złotych lat 70. Zazwyczaj najlepszy wybór to piosenka, której nie mogę znieść.
Kto był Twoją największą muzyczną inspiracją?
Spike: Beatlesi, Stonesi, Yardbirds — w tej kolejności. Stevie Wonder. Chris Bailey z The Saints to chyba mój ulubiony wokalista punkowy w historii. Ramones, Johnny Thunders, New York Dolls. Uwielbiam bezczelne zespoły — The Damned, The Vibrators, The Fall. Never Mind the Bollocks jest obowiązkowe. Ale nigdy nie robilibyśmy prostych coverów piosenek punkowych.
Trasy bywają wyczerpujące, jak dbasz o głos na trasie?
Spike: Chiński syrop z loquatu — Pei Pa Koa — w herbacie z cytryną i imbirem. Waporyzator Vicks. Rozgrzewam się przez 20 minut. Dorastałem w Pittsburghu — wilgotny klimat. Pustynia mnie wysusza. Para pomaga tam, gdzie woda nie wystarcza.
Jaka jest Twoja ulubiona i najmniej ulubiona rzecz w byciu na trasie koncertowej?
Spike: Ulubiona to koncert i to, co zaraz po nim. To jest trochę jak kończenie zmiany w kuchni i ten drink, joint, kawa po zmianie z resztą załogi. Najmniej ulubiona, to prozaiczna i mało glamour część życia na tourze. Lubię wiedzieć, gdzie i kiedy rano będę mógł skorzystać z toalety, a bywa to bardzo kłopotliwe. Nikt o tym nie mówi w wywiadach, a tak naprawdę wygląda życie na tourze.
Czym pasjonujesz się poza muzyką?
Spike: Uwielbiam uczyć się języków. Włoski, hiszpański. Muzycznie – bolera. Meksykańskie i portorykańskie tria. Założyłem zespół bolero, Los Nuevos Bajos. Mamy wydawnictwo w przygotowaniu
w Tamayo Records. Filmy — włoski neorealizm, Pasolini, Rossellini, francuskie kino z lat ’30–’60. Uwielbiam kino.
Czy planujecie tour z Los Nuevos Bajos, po premierze albumu?
Spike: Oczywiście. Nie mogę się doczekać. Moi koledzy z trio to wielkie talenty. Do tej pory graliśmy tylko w Panama City, ale chcę zabrać tę muzykę wszędzie. Bolera to piosenki o złamanym sercu — o początkach lub zakończeniach, nigdy o środku. Może to nasza nisza: bolera o środku związku. (śmiech)
Niedawno grałeś w Polsce. Jakie masz wspomnienia i czy masz przesłanie dla polskich fanów?
Spike: Jako mieszkaniec Pittsburgha, w Polsce czułem się jak w domu. Pamiętam rozmowy podczas pierwszej wizyty, we Wrocławiu o metamfetaminie — tej dobrej północnej — nie próbowałem (śmiech). Wszyscy chcieli, żebym przyszedł do ich mamy na jedzenie. Ostatnio graliśmy w Krakowie. Jest zapierający dech w piersiach. Pierogi były niesamowite. Piękne miasto.
Dziękuję bardzo, Spike.
Spike: Dziękuję. Do zobaczenia wkrótce.