Alex Skolnick: thrash metal lat 80. to była wspólnota, nie wojna

Choć dziś scena thrash metalowa lat 80. bywa przedstawiana jako pole nieustannej rywalizacji, Alex Skolnick z Testament burzy ten mit. W rozmowie opublikowanej przez Metal Injection gitarzysta podkreśla, że relacje między zespołami były w zdecydowanej większości oparte na wzajemnym szacunku, inspiracji i poczuciu wspólnej misji, a nie na konflikcie.

Każdy zespół miał własny charakter i nikt nie próbował nikogo kopiować — wspomina Skolnick. — To nie było sportowe współzawodnictwo. Raczej wszyscy pchaliśmy scenę do przodu.

Jedna scena, wiele osobowości

Metallica, Slayer, Megadeth, Exodus, Anthrax czy Testament — każda z tych grup budowała własną tożsamość, często w oparciu o te same muzyczne fundamenty, ale z zupełnie innym akcentem stylistycznym. Według Skolnicka właśnie ta różnorodność była siłą thrash metalu, a nie powodem do tarć.

Jak zaznacza, napięcia zdarzały się sporadycznie. Najbardziej odczuwalny moment miał miejsce, gdy Exodus zatrudnił byłego wokalistę Testament, Steve’a „Zetro” Souzę. Choć początkowo wywołało to pewne emocje, szybko okazało się, że obie formacje idą zupełnie innymi ścieżkami i nie ma mowy
o rywalizacji.

Dwie gitary, jeden cel

Istotnym wątkiem rozmowy jest także rola dwóch gitar w zespołach thrash metalowych. Skolnick podkreśla, że był to naturalny kierunek rozwoju gatunku, mocno zakorzeniony w klasycznym heavy metalu spod znaku Iron Maiden czy Judas Priest. Jednocześnie nie istniał jeden obowiązujący model współpracy.

Reklama

Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: jakim zespołem jesteśmy? — mówi gitarzysta. — Czy działamy jak AC/DC, z wyraźnym podziałem na rytm i prowadzenie, czy jak Scorpions, albo może mamy dwóch równorzędnych gitarzystów solowych? Każdy zespół musi to wypracować sam.

Testament dziś: doświadczenie i balans

Odnosząc się do współczesnego dorobku Testament, Skolnick porównuje dynamikę w zespole do klasycznego układu z Megadeth: Eric Peterson pełni rolę surowego, rytmicznego filaru, podczas gdy on sam częściej sięga po bardziej rozbudowane, techniczne solówki. Kluczowe jest jednak to, że decyduje piosenka, nie ambicja.

— Jeśli utwór wymaga przechodzenia przez różne tonacje, tempa i skale, to jest moja przestrzeń. Ale gdy opiera się na prostym, hipnotycznym riffie, Eric brzmi tam perfekcyjnie — tłumaczy.

Ta elastyczność i dojrzałość artystyczna pokazują, że duch thrash metalu — mimo upływu dekad — nadal opiera się na współpracy, nie na ego. I być może właśnie dlatego ta muzyka wciąż pozostaje żywa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *